Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Aksum – Shire – Addis Abeba

czwartek, 16 I 2025


Gdzie moja łyżka?! | Idę na bazar | Spór o wojnę w Tigraj | Jedziemy do Shire | Czy jesteś chrześcijaninem? | Lecimy do Addis Abeby | Miasto bez tuk-tuków


Budzę się o 5:40. Za oknem wciąż ciemno, choć ruch na ulicy jest już znaczny. Muszę przemyśleć czy jechać dziś do Adwy. Ale żebym mógł przeczytać informacje z przewodnika, muszę najpierw wypić kawę. Starając się robić jak najmniej hałasu, zagotowuję wodę.

Adwa jest jednym z ciekawszym miast tutaj, na północy w Tigraj. Jak się jednak zorientowałem na podstawie wczorajszego spaceru po Aksum, tamtejsze atrakcje są może ważne w skali kraju, ale blakną w skali afrykańskiej czy w globalnym wymiarze. Dla Etiopczyków miasto ma również symboliczne znaczenie, z racji zwycięskiej bitwy stoczonej pod Adwą w 1896 roku. 11-tysięczny włoski korpus ekspedycyjny wspomagany przez 7 tysięcy Erytrejczyków poniósł sromotną klęskę w starciu ze 100-tysięczną armią cesarza Menelika II. Zwycięstwo Etiopczyków pozwoliło utrzymać niepodległość państwa i ostudziło kolonialne zapędy Włochów na 39 lat. Adwa oddalona jest od Aksum o 100 km, a przejazd trwa dwie godziny. Jeśli zatem ruszyłbym już teraz koło 7:00, to istnieje prawdopodobieństwo, że po zwiedzeniu Adwy miałbym problem z powrotem na czas do Aksum. A jesteśmy wstępnie umówieni o 12:00 na przyjazd do Shire. Tak więc ostatecznie odpuszczam wycieczkę do Adwy, zwłaszcza że Marcin, który właśnie się przebudził, mówi, że Francuz trafił w środę na festiwal Shire. I omal nie spóźnił się na samolot. Jeśli zatem dojedziemy odpowiednio wcześnie do Shire, to może zobaczymy to święto.

Powoli pakuję się, na śniadanie chcę zjeść wczorajszy obiad. Nie sądzę, by te warzywa były solidnie umyte, ale może się nie zatruję dzisiaj.

– Masz moją łyżkę gdzieś? – pytam Marcina.

– Nie dawałeś mi.

Jestem przekonany, że wyjmowałem łyżkę w czasie tego wyjazdu i pożyczałem. A jednak nie. Łyżka odnajduje się w mojej saszetce.

– No, zostałem złodziejem łyżek! – woła Marcin i chociaż jest to wypowiedziane żartem, to mam wrażenie, że moje pytanie go dotknęło. Trudno.

Marcin wychodzi wcześniej, nie czeka na mnie. Co prawda jest dopiero godzina 7:00, na zewnątrz jeszcze szarówka. Spotkamy się może na bazarze, ewentualnie później, o 12:00 w hotelu.

Dziś idę na bazar, by poczuć miejscowe klimaty. Tych bazarów w życiu widziałem dziesiątki. Większe i mniejsze, bardziej lub mniej kolorowe. W pamięci oczywiście zapadają te pierwsze bazary, które odwiedziłem, na przykład, w Kaszgarze na Jedwabnym Szlaku w Chinach, czy w Ułan Bator na Black Market. Z dużym sentymentem wspominam też targ w Katmandu, stolicy Nepalu: niezwykle barwny, a jednocześnie wyjątkowo ciekawy ze względu na obecność wielu świątyń na placu. Bazary to zwykle wygodne miejsce do fotografowania ludzi. Można sobie stanąć gdzieś z boku i nie tylko do woli się napatrzeć na sprzedających i kupujących, ale i dyskretnie zrobić zdjęcia.

Zostało jeszcze mi około paru minut drogi do bazaru. Charakter miasta na ostatnich setkach metrów się zmienia, skończył się asfalt, zaczęła się kostka brukowa. Idę teraz drogami gruntowymi, domy wokół są parterowe, raczej kamienne; wytynkowane i pomalowane na pastelowe kolory: niebieski, zielony lub żółty kolor. W zasadzie na tych uliczkach generalnie jest czysto, drobne śmieci się oczywiście zdarzają, ale nie ma tych okropnych wysypisk śmieci pomiędzy domami, które widziałem w innych etiopskich miastach. Dopiero przy samym bazarze pojawiają się góry śmieci. Trafiam najpierw na bazar warzywno-owocowy, tu jak zawsze jestem namawiany zakup różnych owoców. Najwięcej tu pomidorów i cebuli, ale też jest i zielona sałata, i buraki, i czosnek w pęczkach. W workach leży kasza i fasola, na stoiskach kosze są pełne przypraw i nasion. Jest też i kawa, a także gruboziarnista sól w kolorze kości słoniowej lub brudnego różu.

Kobiety ubierają bądź tradycyjne barwne kwieciste suknie, bądź ubierają się bardziej współcześnie, ale równie kolorowo. Noszą wzorzyste chusty lub przykrywają się białymi płótnami. Mężczyźni na ogół chodzą w dżinsach i kolorowych koszulach. Wielu z nich, pomimo narastającego upału ma na sobie dres lub kurtkę.

Dostrzegam z daleka Marcina, mówi coś do kamery. Jest w towarzystwie miejscowego chłopaka, który go oprowadza po mieście. Chwilę rozmawiamy na temat kawy, potem każdy z nas idzie w swoją stronę. Przysiadam się przy dziesięciolatku, który gra na interesującym instrumencie przypominającym ni to lirę, ni tu gitarą. Na ramię napiętych jest kilka żyłek, ale najciekawsze jest to, że grając chłopak z jednej strony ramy przytrzymuje struny, a z drugiej strony szarpie je, używając małego kawałka plastiku jako kostki do gry. Dźwięk przypomina nieco banjo. Ta prymitywna wersja tradycyjnego instrumentu zwana jest kissar i zaopatrzona jest w niewielkie prostokątne pudło rezonansowe. Nagrywam i filmuję jego brzdąkanie i ruszam dalej.

Kręcę się po zatłoczonym targu, później znajduję spokojniejsze miejsce. Siadam na murku w towarzystwie dwóch mężczyzn. Mają po czterdzieści, pięćdziesiąt lat.

– Hi! Jak leci? – pyta starszy.

– W porządku. Zwiedzam miasto i bardzo mi się tu podoba.

– Skąd jesteś? Jak się nazywasz? – dopytuje drugi.

Przedstawiam się. Starszy mężczyzna, Tesfaye, pochodzi z Tigraju i prowadzi swój biznes. Wygląda na stosunkowo zamożnego człowieka. Getachew, drugi Tigrajczyk pracuje w jakimś urzędzie.

– Oglądałem wczoraj kościoły chrześcijańskie w Aksum, także obeliski. Widzę, że miasto ma długą historię, ale mało wiem o współczesnych wydarzeniach. Możecie mi powiedzieć, co się tu właściwie wydarzyło?

– To długa historia, ale powiem ci jedno – ożywia się Tesfaye – Tigraj został zaatakowany! Rząd Abiya Ahmeda chciał nas zniszczyć, odciął pomoc humanitarną, bombardował nasze miasta i pozwolił obcym armiom z Erytrei mordować naszych ludzi.

– To nieprawda! – odzywa się Getachew – To TPLF rozpoczęło wojnę, atakując bazy wojskowe Etiopii w listopadzie 2020 roku. Rząd nie miał wyboru – musiał odpowiedzieć, by chronić krajową stabilność.

– Chwila, chwila… Co to jest TPLF?

– Tigrajski Ludowy Front Wyzwolenia.

– Rozumiem. Tesfaye, mówisz, że rząd Etiopii celowo zaatakował Tigraj?

– Tak! Abiy Ahmed nie znosił TPLF, bo odsunęliśmy się od jego władzy. Jego celem było osłabienie Tigrajczyków jako grupy etnicznej. Dlatego zamknął banki, odciął prąd, internet i nawet pomoc humanitarną. Ludzie umierali z głodu!

Widzę, że Getachew aż się zagotował.

– A może powiesz prawdę, że TPLF rządziło Etiopią przez 27 lat, a kiedy stracili władzę, nie chcieli zaakceptować nowej rzeczywistości? Oni byli jak mafia, kontrolowali gospodarkę i wojsko!

– Czyli TPLF miało duże wpływy wcześniej? – upewniam się.

– Tak, przez lata TPLF dominowało w rządzie i traktowało inne grupy jak podwładnych. Kiedy Abiy próbował zjednoczyć kraj, oni go zdradzili.

– Zdradzili?! – Tesfaye się zaperza – To Abiy zdradził konstytucję! Według prawa każdy region ma prawo do własnych sił zbrojnych i do organizowania wyborów. My po prostu skorzystaliśmy z tego prawa, a on zaatakował!

– Ale przecież wojnę przerwano w 2022 roku. Czemu nadal są napięcia?

– Bo Abiy nie dotrzymał obietnic! – denerwuje się starszy Tigrajczyk – Zawarto pokój, ale nasz region wciąż jest okupowany przez wojska amharskie i erytrejskie. Ludzie z Zachodniego Tigraju zostali wygnani!

– To kłamstwo! Amharowie odzyskali ziemie, które były im ukradzione przez TPLF dekady temu.

– Mówicie o Zachodnim Tigraju?

– Tak! – przytakuje Tesfaye – To ziemia Tigrajczyków, ale po wojnie Amharowie siłą przejęli te tereny i rząd nic z tym nie robi!

– Bo te tereny zawsze były amharskie! To TPLF zmieniło granice, by nam je odebrać! Teraz po prostu wracają do prawowitych właścicieli.

– A co z ludźmi? – wtrącam się – Czy wciąż są przesiedlenia?

– Oczywiście! Setki tysięcy Tigrajczyków zostało wyrzuconych z domów i żyją w obozach dla uchodźców.

– A co z Amharami i innymi Etiopczykami, których TPLF mordowało przez lata? Nie tylko wy cierpieliście! – Getachew nie daje za wygraną.

– Zdaje się, że organizacje humanitarne publikują raporty o zbrodniach wojennych… – mówię ostrożnie.

– Rząd Etiopii i armia erytrejska dokonały masakr! W Aksum, Mai Kadra, Humera… Oni mordowali cywilów i gwałcili kobiety!

– A TPLF było święte? – Getachew podnosi głos, aż przechodnie zaczynają się nam przyglądać. – Oni także zabijali cywilów w Afarze i Amharze, niszczyli kościoły, palili wsie!

– Czy w takim razie jest jakakolwiek szansa na prawdziwy pokój?

Tesfaye wzdycha.

– Tylko jeśli Tigraj odzyska pełną autonomię i winni ludobójstwa zostaną osądzeni!

– Pokój jest możliwy, ale tylko jeśli wszyscy zaakceptują jedno silne państwo, a nie podziały etniczne.

– Rozumiem, że niełatwo wam dojść do porozumienia… Mam nadzieję, że w końcu wszyscy dojdą do porozumienia. Muszę się zbierać – podnoszę się z murku. – Dziękuję wam za rozmowę, to było dla mnie bardzo interesujące.

Etiopczycy patrzą na siebie spode łba.

– Zobaczymy, co przyniesie przyszłość…

– Trzymaj się i uważaj na siebie.

– Do widzenia.

Wałęsam się jeszcze po bazarze przez chwilę. Przystaję w różnych miejscach, obserwuję mieszkańców, robię zdjęcia. Przed jedenastą kieruję się do hotelu.

Marcin czeka już na mnie, wejść do pokoju nie może, gdyż to ja mam klucze. Zbieramy swe rzeczy i idziemy na dworzec.

Przejazd do Shire trwa półtorej godziny, chociaż to zaledwie 63 km. Zajmuję strategiczne miejsce z tyłu przy oknie, widok na zewnątrz mam przez zerwany kawałek ciemnej folii, którą oklejoną szyby. Marcin usiadł bliżej kierowcy, licz na to, że dosiądzie się do niego jakaś panienka. Faktycznie, miejscowa piękność siada koło niego. Marcin przedstawia się, wyciąga rękę. Dziewczyna z niechęcią podaje mu dłoń, odwraca głowę i tak spędza większość drogi do Shire. A droga jest całkiem interesująca: w oddali ciągnie się pasmo gór, poszczególne szczyty sięgają 4000 m n.p.m. (Kisad Gudo 3935 m n.p.m.). Tu i ówdzie na horyzoncie wyrastają z terenu olbrzymie pionowe skalne szpice. Być może to neki z zastygniętej lawy (twardziele) pozostałe po zerodowanych stożkach wulkanicznych. A na pierwszym planie widać coś, co nazwałbym górską sawanną: rzadka, wysoka roślinność.

Francuz przesłał info do Marcina, że droga trwa długo; przynajmniej pół godziny trzeba odliczyć na wojskowe czy też policyjne inspekcje drogowe. My natomiast zostajemy zatrzymani przez wojskowych tylko raz, a trwa to może 2-3 minuty. Dworzec autobusowy w Shire. Dziesiątki autobusów i busów, zewsząd słyszymy nawoływanie nawoływania „Axum, axum!” i „Mekele, Mekele!”. Opędzamy się od miejscowych i naganiaczy i opuszczamy teren dworca. Przylegające uliczki stanowią olbrzymi bazar pełen owoców, warzyw, ciuchów i plastików.

– Chodzimy razem, czy każdy na własną rękę, jak myślisz? – pytam Marcina.

– Możemy osobno.

– W takim razie spotkamy się później na mieście lub na lotnisku.

– O 15:00?

– Pewno tak. Mogę się trochę spóźnić. 15:30.

Mam swoje plany: chcę przede wszystkim zobaczyć całe miasto, nie tylko okolice dworca. Ruszam w kierunku południowym, ulice wyprowadzają mnie pod wzgórze, na którym znajduje się kościół Enda Selassie (እንዳዳስላሴ ቤተክርስትያን).

Przed sobą na wzgórzu widzę pięciopiętrową dzwonnicę kościoła chrześcijańskiego, postanawiam więc go odwiedzić. Przed bramą wejściową żegnam się na wszelki wypadek, mijam grupę żebraków ustawionych pod murem i szeroką drogą zmierzam ku zabudowaniom kościelnym. Nade mną powiewają kolorowe chorągiewki w barwach narodowych – pozostałość po wczorajszym święcie. Na ulicy leżą kolorowe błyszczące papierki, uroczystości musiały być więc huczne. Wejście do wspomnianej dzwonnicy jest zamknięte, ale oto widzę przed nią trzech mężczyzn, właściwie księży. To proboszcz w towarzystwie drugiego duchownego i podrostka. Ksiądz ubrany jest w białą szatę, trzyma w ręku 30-centymetrowy krucyfiks.

– Czy jesteś z tajnej policji?

– Nie. Jestem turystą.

– Czy jesteś chrześcijaninem?

– Tak. Jestem chrześcijaninem.

– Ortodoksyjnym?

Tu już nie chcę przesadzać, boję się przeegzaminowania. Mówię, że w każdym kraju jest osobny kościół: na Ukrainie jest cerkiew prawosławna, w Rosji inna cerkiew, w Armenii inny kościół ortodoksyjny i tak dalej.

– I w Grecji tak samo – uzupełnia ksiądz.

Nie dziwię się obawom duchownego. Podczas wojny w Tigraj z rąk żołnierzy erytrejskich zginęło wielu księży Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego.

Pyta się jeszcze raz, czy jestem z policji, zaprzeczam, a wtedy przyciska mi krucyfiks do czoła, potem zbliża do moich ust, a następnie proponuje mi przejście do kościoła na wzgórzu. Wchodzimy po kilkudziesięciu stopniach, towarzyszy nam drugi duchowny i chłopak. Kościół ma mało interesującą bryłę: to czworoboczny budynek z podcieniami dookoła. Na werandzie ustawiono parę ławek, jest tu trochę modlących się wiernych, inni odpoczywają na ławce. Jest z nami również ochroniarz z karabinem. Wymieniamy uprzejmości, nawet fotografujemy się razem.

– Chodźmy – zachęca mnie duchowny.

Zewnętrzne ściany świątyni pokryte są dziesiątkami malowideł. Pop objaśnia mi znaczenie tych obrazów. Tam, gdzie rozpoznaję znajome postacie, sam komentuję. Oglądamy scenę Sądu Ostatecznego z podziałem na grzeszników, którzy idą do piekła i tych, którzy żyli cnotliwie, więc trafią do nieba. Obchodzimy cały budynek dookoła. Tych obrazów jest bardzo dużo, niektóre z nich przedstawiają współczesne postaci. Ale dużo jest scen biblijnych.

Jestem absolutnie usatysfakcjonowany tym miłym przyjęciem przez popa. Chciałbym podziękować duchownemu, złożyć ofiarę na kościół. A chcąc być delikatnym i nie chcąc naruszyć jakichś zasad, pytam towarzyszącego nam chłopaka czy datek dać bezpośrednio księdzu, czy też wrzucić do jakiegoś pudełka.

– Możesz dać bezpośrednio.

– Dobrze.

Przygotowuję 200 birrów i podchodzę do księdza.

– Dziękuję za wszystko i chciałbym złożyć małą dotację na kościół… – podaję mu pieniądze, ten chowa je za pazuchę, a chłopak mówi do mnie:

– To wcale nie było tak mało.

Aaa! Jeśli tak, to przystępuję do planu B.

– Czy mógłbym zobaczyć kościół w środku? – uprzejmie pytam.

Pop zastanawia się przed dłuższą chwilę.

– Poczekaj tutaj – mówi i odchodzi na bok. Bierze klucze od drugiego duchownego, otwiera drzwi i gestem pokazuje, żebym ściągnął buty. Wchodzę do środka z chłopakiem, który wszystko mi objaśnia w środku. Kościół tonie w półmroku, ale na ile się mogę zorientować, centralną część zajmuje sanctum sanctorum – niewielka wewnętrzna struktura z najświętszym miejscem zwana tu mäqdäs. Mamy tutaj więc do czynienia z rozwiązaniem podobnym jak świątyniach hinduistycznych. Do środka prowadzi niewielkie wejście, środek jest oświetlony, znajduje się tam zasłonięty tkaniną krucyfiks i inne święte przedmioty. Do wnętrza ja oczywiście nie mogę wyjść wchodzą tam tylko duchowni. Po prawej stronie mäqdäs znajduje się przestrzeń przeznaczona dla kobiet, natomiast po lewej – dla mężczyzn. Qeddest, miejsce przed mäqdäsem jest przeznaczona dla däbtära, czyli śpiewaków. Chłopak mnie oprowadza, a ja wszystko fotografuję. Obchodzimy wewnętrzną budowlę dookoła. Również tutaj na ścianach namalowane są obrazy, podobnie jak w całym pomieszczeniu. Dużo jest scen męczeństwa i scen biblijnych. Po przeciwnej stronie mäqdäsu znajduje się we wnęce święty obrazek, tu się zatrzymujemy, a chłopak skrapia mnie jakimś płynem. Każe mi się pomiziać tą wodą po szyi i po dłoniach. Na wszelki wypadek żegnam się i bo myślę, że otrzymałem jakieś ważne błogosławieństwo. Wychodzimy.

Jestem bardzo usatysfakcjonowany tą wizytą w kościele. Po pierwsze wszedłem do środka, po drugie byłem miło przyjęty indywidualnie, oprowadzał mnie sam pop, a to się dla mnie liczy.

Powoli wracam do miasta, kręcę się w okolicach dworca, oglądam bazar. Przysiadam w kilku miejscach, robię zdjęcia. Wszystko mi się tu bardzo podoba, cieszę się, że dojechaliśmy do tego Shire. Teraz kieruję się na zachód, w stronę lotniska oddalonego może o dwa kilometry od centrum.

Zmienia się charakter miasta. Zabudowa staje się bardziej podmiejska, czy też wręcz wiejska. Przechodzę obok placu, na którym sprzedawany jest węgiel drzewny w dużych worach. Jak mi się wydaje, węglarze stanowią najbiedniejszą warstwę społeczeństwa. Droga wyprowadza mnie za miasto, do lotniska został jeszcze kilometr. Jak się okazuje, przy ogrodzeniu spotykam Marcina.

– Na razie lotnisko jest zamknięte, możemy wejść dopiero za godzinę.

– Trudno, poczekamy.

– Chcesz iść na obiad?

– Z powrotem do miasta?

– Do centrum. Tu w pobliżu niczego nie znalazłem. Przeszedłem kilka knajp, ale w żadnej nie było nic dobrego do jedzenia – Sorry, nie chce mi się wracać, jestem za bardzo zmęczony. Zresztą coś tam już zjadłem.

– To w takim razie ja idę.

Rozkładam się na trawie koło strażniczki z karabinem. Jak się okaże, po 10 minutach wpuszcza wszystkich do środka, mogę więc przejść dalej. Terminal jest niewielki, to po prostu większy barak. Podaję paszport i dostaję kartę pokładową. Przenoszę się do poczekalni, myję się i przepakowuję plecak. Wkrótce zjawia się Marcin. Przechodzimy przez bramkę, dosyć dziwna ta kontrola bezpieczeństwa, ponieważ wiele osób przechodzi z przedmiotami metalowymi, nie rozumiejąc w ogóle, o co tu chodzi. Jeden z Murzynów zdjął pasek od spodni z metalową sprzączką (widocznie tak mu polecono) i, dzierżąc go przed sobą, przychodzi przez bramkę. Bramka piszczy, ale nikt się tym nie przejmuje. Urzędniczka zagląda do mojego plecaka, najwyraźniej rentgen ujawnił kilka powerbanków. Pokazuję je, a kobieta kiwa głową. Jej zainteresowanie wzbudza jeszcze coś innego.

– Co to jest i do czego służy? – pyta, wskazując na moją grzałkę elektryczną.

– Do podgrzewania wody na herbatę – objaśniam i, uznając, że moja misja edukacyjna w Afryce jest zakończona, zamykam plecak.

Cały czas jestem zły, że mój moja karta w sieci safari.com bardzo rzadko działa, sieć jest zorganizowana tylko wokół Addis Abeby i na południu kraju. Poza tym, co z tego, że mam 40 GB internetu, skoro obowiązują mnie jakieś limity tygodniowe?

Zastanawiamy się, jaki samolot przyleci. Ja obstawiam ATR, bo przecież nie będzie tu lądować jakiś wielki Jumbo-Jet czy Dreamliner. Jak się okazuje, przylatuje Bombardier Dash-8, który zabiera 80 pasażerów.

Wiem, że mam miejsce przy oknie. Okazuje się, że siedzi tam już jakaś panienka. Marcin ładuje się koło niej.

– Sorry, you have your seat here – zwracam się do młodej Murzynki i, widząc, że na bilecie ma 22E, wskazuję miejsce pod oknem po drugiej stronie samolotu.

Dziewczyna bez słowa się przenosi, podaję jej jeszcze zapomnianą torebkę.

– Ale jesteś agresywny – mówi Marcin.

– Ja agresywny?!

– No mówisz, że musi się przenieść zamiast poprosić…

– No, ale ja powiedziałem „you have a seat”, czyli masz miejsce. a nie „you have to”, czyli musisz coś tam.

– Okej, mój angielski nie jest najlepszy.

W samolocie dają skromny posiłek. Właściwie to jest cola i mufinka. Lot do Addis Abeby trwa tylko półtorej godziny, więc to nie problem. Przelatujemy nad terenami ogarniętych rebelią, myślę jednak, że nie będą nas zestrzeliwać. Wcześniej zapowiedziałem, że zdemoluję stanowisko Safari.com za wciśnięcie mi na wpół bezużytecznej karty SIM. Gdy jednak lądujemy, zapominam o tym i wychodzimy z hali przylotów.

– Weźmiemy tuk-tuka do hotelu – mówi Marcin po przylocie.

Zastanawiam się, czy ja w ogóle widziałem motoriksze w stolicy.

– Tu chyba nie ma tuk-tuków, co najwyżej taksówki…

Jest faktycznie jak mówię. W marcu 2023 Biuro Transportu Miejskiego zapowiedziało zakaz używania tuk-tuków i motocykli w stolicy. Władze postanowiły wymienić zatruwające powietrze dwusuwy na pojazdy elektryczne. W kraju, w którym jest tylko jedna publiczna stacja ładowania! A jednak, od 25 września 2023 r. kilka tysięcy ryksiarzy świadczących usługi straciło swe źródło dochodu*/.

Ruszamy na piechotę. Marcin trochę narzeka na nogę, ale uznaje, że dalej może iść.

– Jak trzeba będzie, to weźmiemy taksówkę – zapowiada.

Idziemy naokoło, unikając wchodzenia na teren slumsów. Myślę, że gdybym był sam, skróciłbym sobie drogę.

– Jestem młody, mam dużo do krajów do zobaczenia, więc nie będę ryzykować – powiedział kiedyś Marcin. Słusznie!

Mamy do przejścia około 4 km. Ostatni kilometr podjeżdżamy samochodem (200 ETB), ponieważ noga coraz bardziej dokucza Marcinowi. Nasz strażnik hotelowy jak zwykle siedzi przed bramą. Płacimy mu po 1000 birrów i zajmujemy dwa pokoje. Robię sobie jeszcze sobie chińską zupkę i kładę się spać.

__________________________________________

*/ W sierpniu 2024 podobny zakaz wprowadzono w stolicy Burundi. W tym wypadku uzasadnieniem była duża ilość wypadków komunikacyjnych.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej