Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Depresja Danakil (Dallol)

poniedziałek, 13 I 2025


Jazda przez pole lawowe | Dzieci, wielbłądy i "arbuzy" | Pędzimy przez salar | Zachwycam się formami skalnymi i kolorami | Jestem wniebowzięty | Krótki wykład o skałach i kolorach | Nowy Jork i kąpiel w przeręblu | Alberto domaga się mięsa. I fanty! | Nicola gubi komórkę


Poranek pod wulkanem. Obudziłem się już dobrą chwilę temu, ostatecznie wstaję o 6:40. Ciężkie chmury przesuwają się nade mną. Wokół panuje cisza. Marcin, Nicole i Alberto śpią i czuję, że nasz pobyt tutaj nadmiernie się przedłuży. Zazwyczaj miałem do czynienia z towarzyszami podróży, którzy wstawali później niż ja.

Po obozowisku kręci się chudonogi chłopak z karabinem. Przywitał mnie słowami „Welcome to” i poszedł sobie. Głodny jestem! Śniadanie jest zamknięte w samochodzie, skacowany kierowca też śpi. Zjadam garść orzeszków solonych przywiezionych na takie okazje. W zasięgu wzroku stoi jeszcze kilka jeepów, obok nich – podobne do naszych leżanki ze śpiącymi turystami.

Grupa, z którą wczoraj tu dotarliśmy, już odjechała. Spieszą się, bo ich tour jest dwudniowy. Wczoraj naciskano nas, byśmy zjedli z nimi śniadanie – o 4 rano! – „bo jest tylko jeden kucharz”. No, bez przesady. Wstał już Alberto, Marcin też już na nogach. Tylko nasz biedny Francuz leży skulony na pryczy. Nakryłem go rano kocem, bo trząsł się zimna.

Na śniadanie dostajemy słodkie naleśniki, które możemy zjeść z dżemem lub miodem. Oprócz pomarańczy mamy też jajka na twardo oraz… ugotowane, ale zimne ziemniaki.

O godzinie 8:00 ruszamy. Teraz jeszcze lepiej widać skały wulkaniczne wokół nas. Są poszarpane, ostre, widać, że zawierały dużo gazów, które, wydostając się na zewnątrz, nadawały porowatą strukturę odłamków. To lawa blokowa składająca się głównie z andezytu. Chociaż jest bardziej charakterystyczna dla stratowulkanów, występuje również tutaj. Gdzie indziej z kolei lawa tworzy w miarę wyrównaną powierzchnię, widoczne są poskręcane fałdy, zmarszczki. To lawa trzewiowa, zwana na Hawajach pahoehoe. Ta bazaltowa lawa ma najmniejszą lepkość i po stromych zboczach może pędzić z prędkością samochodu.

Cały czas towarzyszy mi uczucie niedosytu. Nie mogę się doczekać chwili, gdy na wyjeździe zobaczą naprawdę spektakularną aktywność wulkanu. Wciąż nie widziałem momentu, gdy lawa swobodnie wypływa z krateru. Może kiedyś zobaczę taką rzekę płynnej, rozpalonej magmy. Jest luźniej, bo Marcin wpakował się na dach samochodu. Jedzie z dwójką miejscowych. Wziął kamerę, będzie filmować, a przynajmniej taki ma zamiar. Kończą się wertepy, wjeżdżamy na asfalt i rozpędzamy się. Po paru kilometrach stajemy na krzyżówce. Zmarznięty Marcin schodzi w dół.

– Wiało jak diabli, musiałem trzymać się opony i nie mogłem filmować – skarży się.

Jedziemy. Tym razem tak naprawdę nie wiem, dokąd. Ogólnie w kierunku solnego jeziora, gdzie jest bardzo kolorowo. Nie wiem, ile to kilometrów drogi, nie chce mi się wyciągać nawet komórki, żeby to sprawdzić. Cały czas jestem zadowolony z tego, że udało się zorganizować ten wyjazd i to stosunkowo tanio dzięki Marcinowi. Co zobaczymy, to zobaczymy. To jak gdyby mniej ważne. Generalnie widoki są teraz mało urozmaicone. Krajobraz surowy, wokół pustynia kamienista, raz bardziej słona, raz bardziej piaszczysta. Dalej przejeżdżamy wzdłuż pól lawowych. Pomiędzy te nie kończące się kilometry czarnej lawy wciskają się fragmenty czystej piaszczystej pustyni. Roślinności prawie nie ma. A tam, gdzie jest, spotykamy zwierzęta. Spotykamy również ludzi wędrujących wzdłuż drogi. To Afarowie. Ubrani są kolorowo i widoczni z daleka. Gdy ich dostrzegę, chwytam za aparat i fotografuję przez przednią szybę. Samochód trzęsie jak diabli i nie spodziewam się, by zdjęcia były udane. Chcę jednak zachować te obrazy w pamięci, mieć pamiątkę z tego przejazdu.

Najczęściej spotykamy dzieciaki. Gdy zwalniamy biegną za samochodem i krzyczą o pieniądze. Kierowca uprzedza, by nie robić im zdjęć, ponieważ rodzice nie byliby z tego zadowoleni. Myślę, że jednak nie protestowaliby, gdyby przy okazji dzieciaki dostały kasiorę. Spotykamy kobiety niosące żółte pojemniki na wodę, czasem mężczyznę poganiającego osiołka, czasem grupę kobiet dźwigającą na plecach wiązkę gałęzi lub traw. Wszyscy są ubrani bardzo kolorowo, szczególnie kobiety: długie suknie są najczęściej w kolorze czerwonym lub niebieskim. Są wysocy, szczupli. Chciałoby się rzec: dumni.

O ile dorośli nie zwracają na nas uwagi, to dzieciaki podbiegają do samochodu lub biegną za nim, gdy musimy zwolnić. Czasem nawet spotykamy zapory z kamieni usypane przez dzieci; zmuszają kierowcę do zwolnienia lub zjechania na pobocze. Nie spotykamy się jednak z jakąś agresją. Dzieci ograniczają się do proszenia o pieniądze. Kierowca uprzedził, że miejscowi nie lubią fotografowania. A jeśli chcemy ich sfotografować, musimy zapłacić. Na zapłacenie decyduje się jedynie Alfredo. Trudno się dziwić, jest profesjonalnym fotografem, a taki datek stu czy dwustu birrów zwróci mu się tysiąckrotnie, gdy sprzeda parę zdjęć w sieci. Zdjęcia, przyznaję, robi bardzo ładne. Ma nie tylko komórkę, jak my wszyscy, ale też kilka aparatów cyfrowych z wymiennymi obiektywami.

Zatrzymujemy się w pewnej odległości od wielbłądów. Skubią trawkę podchodzę do nich od przodu, widząc nas, ruszają w stronę pustyni w głąb pustyni staram się zrobić ładne ujęcia. To dla mnie duża przyjemność spotkać się z takimi "bezpańskimi" wielbłądami. Oczywiście należą one do jakiejś rodziny, tutaj po prostu puszczone są samopas, przecież nie mają ogrodzonego pastwiska ani identyfikatorów. Każda rodzina zna swoje zwierzęta i je rozpozna.

Możemy ruszać dalej. Zmienia się nieco sceneria, tu już nie ma lawy, nie ma skał. Jak okiem sięgnąć rozciąga się płaska przestrzeń pokryta piaskiem i nalotem białej soli. Gdzieniegdzie płoży się niska roślinność. I nagle wśród traw dostrzegam rozrzucone piłki tenisowe. Są żółciutkie, mają średnicę 7-8 centymetrów. Arbuz kolokwinta (Citrullus colocynthis, L.) należy do rodziny dyniowatych. Jest spotykany w całej północnej Afryce i w Azji od Izraela po Birmę. Kierowca mówi, że owoce są trujące. Niektórzy uważają, że właśnie owocami kolokwinty Agrypina otruła swego męża Klaudiusza. To być może prawda, ale w małych dawkach sok rośliny stosowany jest jako silny środek przeczyszczający. Wychodzę z samochodu i obfotografuję te cuda pustyni. To niesamowite, że ta roślina rośnie w takim klimacie. Niektóre z owoców są jeszcze ciemnozielone z jasnymi, marmurkowatymi prążkami, gdy dojrzeją stają się żółte. Później, po oderwaniu się od pędu, pozwalają, by wiatr toczył je po piasku aż pękną i rozsieją nasiona.

Ruszamy w dalszą drogę. Kolejny wielbłąd – kolejny przystanek. Tym razem wielbłąd jest osiodłany, a w koszach na jego grzbiecie siedzi dwójka kilkuletnich chłopców. Alberto szybciutko negocjuje cenę za zarobienie zdjęć, podobnie robi Nicole. Jedziemy dalej. Alberto od czasu do czasu sprawdza na mapie nasze położenie, a także wysokość względem poziomu morza. Odnoszę wrażenie, że jest po raz pierwszy na depresji i bardzo się tym przejmuje. Co chwilę pokazuje nam ujemne wysokości: -15 metrów, -60 metrów, -120 metrów.

Na swojej drodze spotykamy i inne jeepy wiozące turystów. Białasów lub skośnych. Nasz kierowca czasem zwalnia, wita się ze znajomymi, zamienia parę słów. Tak naprawdę jest to konkurencja, ale to nie znaczy, że kierowcy nie mogą się przyjaźnić, pracując w różnych firmach.

Dojeżdżamy do miasteczka. Nie wiem, jak się nazywa, grunt, że dostaniemy tu lunch. Siadamy pod zadaszeniem knajpki. Kierowca o nas chwilowo zapomina – ma inny problem. Złapał po drodze gumę, ale jakoś tu dojechał. Już zawołał miejscowego pomocnika i wzięli się za zmianę koła. My tymczasem z niecierpliwością czekamy na lunch. Za przepierzeniem znajduje się kuchnia. Zaglądam tam w poszukiwaniu wody do umycia rąk. Trochę mnie dziwi brak kobiet przy garach. Sami mężczyźni! Etiopski ewenement.

Obiad jest skromny i niektórzy kręcą nosem. Dostajemy makaron z kilkoma kawałkami tuńczyka. Na deser – kawałek arbuza. Ale do picia już nic poza wodą od organizatora.

Koło jest naprawione, obiad – zjedzony. Jest godzina 13:00, właściwie powinniśmy już ruszać, ale nikt i nic nas nie zachęca by wstać od stołu.

– Jaki jest plan? – pyta zniecierpliwiony Marcin.

– Za półtorej godziny pojedziemy na jezioro Tak powiedział kierowca – odzywa się Alfredo, który jest w najlepszej komitywie z naszym driverem.

Nasz driver ma taki plan, żeby przeczekać tu największy upał zanim pojedziemy na kolorowe solnisko Dallol. Nie podoba się nam to. Owszem, jest gorąco, ale tutaj nie ma co robić. Może ma rację, trudno powiedzieć. Grupa, która wyruszyła o 4:30 rano spod wulkanu, już zaliczyła to miejsce i pojechała na miejsce odbioru wycieczki. Upał faktycznie jest spory, choć nie wiem, ile stopni jest na termometrze. Zwykle wożę ze sobą ciekłokrystaliczny termometr paskowy, tym razem go zapomniałem wziąć. W każdym razie komórka Alberto wyświetla 32 stopnie – lecz nie znam dokładnej lokalizacji. Drugi, francuski przyjaciel udostępnia nam na chwilę internet. Tu niestety nie ma sieci Safari.com, z której korzystam. Wysyłam krótką wiadomość do Krakowa i tyle.

– Skończyliście lunch? – pyta Alberto – Jedźmy dalej!

Naciskamy kierowcę, by jednak ruszyć w drogę.

Tyle że... Marcin się zgubił. A dokładniej – poszedł do toalety. Gdzie jest toaleta? Wszędzie. Stwierdził, że pójdzie za górkę, chociaż wytłumaczyłem, że za górką jest kolejna osada, może więc poszedł dalej. Chyba że kopie dołek, to też jest możliwe... W każdym razie przepadł bez wieści.

Nic się nie dzieje. Wioska nie jest specjalnie interesująca domy. Domy zbudowane z patyków i żerdzi ustawionych pionowo pokryte są matami i kawałkami blachy falistej. Tam, gdzie wiało, uszczelnili domy folią i jakimiś gumami. Pomiędzy domami jest pustynia i oczywiście mnóstwo śmieci. Być może przyszłe pokolenia zrozumieją, że plastikowa butelka nie rozkłada się. Chociaż może znaleźli rozwiązanie, bo zauważyłem kilka kóz grzebiących w sosie butelek PET.

Wraca Marcin.

– Słuchaj! – wołam do niego już z daleka – Jest decyzja, żeby jechać dalej.

Wyjeżdżamy w stronę salaru. Jedziemy groblą położoną między dwoma wysychającymi jeziorami. Jedno z nich pokryte jest cienką warstwą wody. Kilka centymetrów jej powierzchnią widoczna jest wykrystalizowana solna skorupa. Podobnie jak na Salar de Uyuni krystalizująca sól tworzy na powierzchni wykwity solne, które układają się w wielokąty, najczęściej widać sześciokąty, choć nie tak symetryczne jak w Boliwii. Po drugiej stronie grobli jeziora jest praktycznie wyschnięte. Powierzchnia jest twarda, można chodzić po salarze, chociaż zdarzają się bardziej wilgotne miejsca, w których stopa zapada się na kilka centymetrów. Zatrzymujemy się, by zrobić zdjęcia. Marcin po raz pierwszy jest w takim miejscu, ja byłem na salarze na Alti Plano w Boliwii, ale też nad wyschniętym słonym jeziorze na Cyprze. Wkrótce wjeżdżamy na teren właściwego wyschniętego jeziora, tu już nie ma drogi, poruszamy się śladem innych jeepów, które przekraczały wcześniej jezioro w poprzek.

– Otwórz okno – proponuje Marcin – klimatyzacja i tak nie działa.

Tak jest dużo lepiej, stwierdzamy. Pędzimy 80 km na godzinę, wiatr owiewa nasze twarze. Wystawiłem aparat przez okno i filmuję. Salar nie jest idealnie biały, sól przybiera odcień żółtawo-brązowy, a po kolejnych 10 minutach jazdy staje się nagle żółta.

– Co to za związki? – dopytuje Marcin.

– Nie, to raczej nie związki. To piasek i pył nawiany od strony pustyni – mówię.

Faktycznie im bliżej znajdujemy się przeciwległego krańca jeziora, tym barwa i jeziora jest bardziej intensywna.

Zatrzymujemy się po drugiej stronie jeziora przy tablicy informującej, że jesteśmy w jednym z najgłębszych miejsc na świecie: 125 m p.p.m.

– Gdzie mamy teraz iść? – pytamy.

– Do góry! – kierowca wskazuje na zbocze pokryte brązowymi, połamanymi skałami z białym nalotem soli. Ruszam zdecydowanym krokiem, nie czekając na pozostałych wciąż guzdrzących się przy samochodzie. Szybko przekonuję się, że to, co brałem wcześniej za brunatne skały to pokrywa solna.

Szybkim krokiem zmierzam w górę. Pokrywa solna, jak wspomniałem, jest brązowa i przypomina lukier na cieście. Wykrystalizowane sole tworzą charakterystyczne krawędzie: krzaczaste, faliste, także o łagodnych łukach. Powierzchnia jest wklęsła, żłobkowana. Od czasu do czasu odwracam się i widzę, że nasza grupka mozolnie pcha się do góry. Gdy osiągam szczyt wzgórza są w jego połowie. Na wierzchowinie znajdują się interesujące formy geologiczne Wygląda na to, że ta wierzchowina została wcześniej wyniesiona w górę, a następnie rozmyta przez deszcze i wytworzyły się ostańce, grzyby, kolumny i inne formy skalne złożone z twardszych wykrystalizowanych soli. Staram się fotografować co ciekawsze formy, niektóre są wyjątkowo interesujące.

Po drugiej stronie wierzchowiny wzgórza widzę rozległą przestrzeń i kilka kolorowych miejsc. Tam będę się kierować, ale najpierw podejdę w stronę naszej grupki, która właśnie nadeszła i stoi przy kolorowych wykwitach solnych. Niewielkie gorące źródła bulgoczą, wydobywając na powierzchnię rozpuszczoną sól, która krystalizuje później na zboczach niewielkich pagórków. Tworząca się polewa o barwie zielonej, żółtej lub pomarańczowej układa się w falujące wzory, tworzy zmarszczki, a niekiedy przybiera formę bardziej pryszczatą. Gorąca solanka wypływa nieustannie, cały czas, kropla po kropli spływa w dół. Ten wypływ wody z pewnością jest zmienny, czasem mniejszy, czasem przybiera na sile. Trwa to przez tysiące lat. Z tego co wiem, układ hydrotermalny na solnisku Erta Ale jest bardzo dynamiczny. W ciągu paru tygodni gorące źródło może zaniknąć, by w ciągu miesiąca pojawić się w innym miejscu. Wokół takiego źródełka tworzą się nowe wielometrowej rozmiarów kobierce w kolorze żółtym i pomarańczowym, a czasem zielone mikroskopijne kałuże. Te wykwity przybierają formę małych grzybków, gwiazdek, fałdek, kopczyków, stożków, czasem przypominają brukselkę, a czasem kalafiora; niekiedy wykrystalizowane białe sole tworzą formy przypominające róże pustynie.

– Niesamowite! Jestem zszokowany – powtarza Marcin kręcący się w pobliżu.

Ja również jestem zachwycony.

– Chciałbym, żebyś powiedział do kamery o tym, co tu widzisz – proponuje.

– Dobrze, dobrze. Ale później, bo muszę najpierw poprzeżywać to wszystko.

– Jasne, rozumiem.

Przewodnik z dwójką pozostałych oddalili się od nas. My nie zamierzamy się jednak spieszyć. Miejsc z kolorowymi wykwitami jest tutaj więcej i nie zamierzamy żadnego z nich odpuścić. Zestawienie barw jest naprawdę fenomenalne. Idealna biel kontrastuje z intensywnym pomarańczem, kanarkową żółcią i rdzawą czerwienią. Jednak najbardziej podobają mi się zielone kałuże. Staram się jak najdokładniej przyglądać tym różnorodnym formom i stwierdzam, że te drobiazgi byłyby ucztą badawczą dla naukową dla każdego krystalochemika lub mineraloga. Kilkaset metrów dalej ze źródeł wydobywają się białe opary. Fumarole składają się głównie z siarkowodoru, pary wodnej i dwutlenku siarki. Mój chemiczny nos natychmiast to wykrywa.

– Nie wdychaj! Siarkowodór jest trucizną dla hemoglobiny – ostrzegam Marcina.

Co prawda driver zaoferował nam wszystkim maseczki, ale to oczywiście śmiechu warte. Taka maseczka może, co najwyżej zatrzymać cząstki pyłu, a nie gaz. Ignorancja (albo skłonność do pozorowania działań zapobiegawczych) jest jednak powszechna u ludzi. Nicole oświadcza, że idzie do włoskiej bazy wojskowej. To pozostałość po obecności Włochów w tym kraju. Nie rozumiem, w jaki sposób, po odzyskaniu niepodległości przez Abisynię i utworzeniu Etiopii Włosi tu zostali, nie wygoniono ich stąd. Muszę jednak sprawdzić, czy nie jest to jakaś współczesna współpraca wojskowa. A może to jakaś stara baza wojskowa?*/

Przed nami kolejne zagłębienie. Wypełnione równo popękaną warstwą brązowych osadów. Te brązowe osady dominują w tym krajobrazie. jest wiele takich pól i tylko w niektórych miejscach obecne są bardziej barwne wykwity solne. Chodzimy więc od jednego do drugiego takiego miejsca w poszukiwaniu najbardziej fotogenicznych obrazów.

– Proponuję, abyśmy przeszli stąd – Marcin zatacza ręką szeroki łuk – dotąd.

– Dobrze – odpowiadam, chociaż zdaję sobie sprawę z tego, że teren jest bardzo rozległy i nasz spacer wśród tych wspaniałości zabierze dużo czasu.

Kilka razy docieramy do miejsc uroczych, a jednocześnie zabawnych. W każdym razie wzbudzających mój uśmiech sympatii. Przystajemy między takimi mini-gejzerami lub mini-wulkanami i fotografujemy się. Muszę przyznać, że ten spacer z Marcinem bardzo mi pasuje. Nikt nikogo nie pogania ani nie spowalnia, po prostu dobrze mi się z nim ogląda te cuda natury.

Idziemy dalej i dalej. Czasem staniemy na kruchej pokrywie solnej. Pęka wtedy z czystym, metalicznym dźwiękiem tłuczonego szkła.

– Macha do nas driver – mówi Marcin. I szybko dodaje – ani myślę wracać, mam go gdzieś.

– Ja też. Zbyt ładne miejsce, by już kończyć. Poza tym nie ustaliliśmy, ile czasu ma nam to zająć. Nigdy w życiu tu nie wrócę, więc chcę wykorzystać okazję na tyle, ile mogę.

Znowu trzeba przejść przez brązowe pole. Tym razem solna pokrywa jest bardziej wilgotna, buty zapadają się aż po cholewki, nawet nogawki spodni mam już wypaćkane brązową mazią.

– Jakie piękne jeziorko – mówi Marcin, wskazując ręką.

– Ale to tylko taka polewa – oponuję. – Nie widzę wody…

– Podejdźmy.

Marcin ma rację. Wśród kilkumetrowych pagórków wije się niewielkie jeziorko. Jesteśmy zszokowani pięknem różnokolorowych skał odbijających się w wodzie.

Nasz driver znowu macha rękami.

– Widocznie ma przerwę na gimnastykę – stwierdzam – Był tu wiele razy i się nudzi.

Zbliżamy się do końca naszego celu. Nie spieszymy się, wciąż odnajdujemy wiele ciekawych miejsc. Przystajemy przy jednym z takich kolorowych zakątków. Marcin przypina mi mikrofon, kucam, przełykam ślinę i udzielam poglądowej lekcji mineralogii i geologii stosowanej do wideobloga.

– Tu już nie ma skał magmowych, nie ma lawy. Są natomiast wykrystalizowane osady. To bogactwo kolorów wynika z obecności różnych barwnych soli, które krystalizują z solanki przy różnych nasyceniach. Te czerwone i brązowe to najczęściej związki manganu i żelaza, osady żółte to siarczki. Tę obecność siarki znakomicie wyczuwają nasze nosy, czuć zapach siarkowodoru i dwutlenku siarki. Z kolei zielone związki to chlorki miedzi lub wodorotlenki żelaza na niższym stopniu utlenienia?**/. Czasem kolor jest wynikiem zanieczyszczenia białej soli barwnymi jonami innych metali.

Zwracam uwagę na bogactwo form, w jakich krystalizują związki i podkreślam ich kruchość i nietrwałość.

Doganiamy naszego drivera. Wsiadamy do naszego jeepa i ruszamy szybko. Okna są otwarte, pędzimy tak jak na Salar de Uyuni, tyle, że tam podróż trwała ze dwie godziny. Tu przestajemy na chwilę pośrodku niczego, by zrobić zdjęcia panoramiczne. Marcin znów wykorzystuje okazję, by powiedzieć parę słów do kamery.

– A teraz jedziemy do New Yorku – zapowiada kierowca.

Nie wiemy dokładnie, co ma facet na myśli, ale będziemy cierpliwie czekać na tę niespodziankę. Podjeżdżamy do wyrastającego ponad salar skalnego grzbietu. Skały wznoszą się na kilkadziesiąt metrów, tworząc turnie i iglice. Od biedy można by je nazwać drapaczami chmur. Idziemy na krótki spacer. Charakterystyczne biało brunatnym brązowym warstwowaniem. Szybkim krokiem ruszam w kierunku kotlinki, przechodząc między skałami tworzącymi bramę. Tu interesujących skał jest więcej. Niektóre przybierają kształt grzybów podobnych do tych znanych wszystkim z Kapadocji. Szkoda tylko, że jest już późne popołudnie i część skał tonie w mroku. I to tyle Nowego Jorku w wersji etiopskiej.

Kolejny przystanek na salarze. Stajemy w towarzystwie kilku innych jeepów w pobliżu wulkanicznych skał wystających ponad białą powierzchnię jeziora. Jak się okazuje, czeka nas tu kąpiel. W grubej skorupie soli wybito nieregularną w kształcie przerębel, odsłaniając to, co kryje się poniżej. Utworzone oczko wodne, a raczej solankowe jest niewielkie, ma może 5 metrów długości i 2 metry szerokości. Kąpie się w niej czterech facetów.

– Cześć! Jak wam tam? – zwracam się do nich po polsku usłyszawszy ich rozmowę.

Łukasz i Kamil są zadowoleni. Pozostali dwaj to Zachodnioeuropejczycy, zdaje się, Francuzi.

– Hej! Jest dobrze, tylko woda wypycha do góry.

Szybko ściągam spodnie i koszulkę.

– Uważajcie na ostre krawędzie! – ostrzega Łukasz.

Ostrożnie opuszczam się do wody. Ciężko utrzymać stabilną pozycję, a jest zbyt mało miejsca, by swobodnie położyć się na wodzie. Nie jest to moja pierwsza kąpiel w wodzie o tak dużym zasoleniu. Kąpałem się już w Morzu Martwym zarówno w Jordanii jak i w Izraelu. Dołącza do nas Marcin i tak spędzamy parę chwil, chybocząc się na boki, próbując na gorąco wymieniać się wrażeniami z wyjazdu do Etiopii.

Łukasz i Kamil byli już na południu kraju, odwiedzili plemiona w dolinie Omo. Etiopczycy wozili ich na motorach. Było to trochę niebezpieczne, gdyż jeden z kierowców spowodował wypadek pod wpływem alkoholu. Skończyło się na szczęście na drobnych otarciach i potłuczeniu. Obiecują przesłać namiary na Abrahama, który był organizatorem. Wyskakujemy z wody. Marcin pojękuje, piecze go rana w okolicach kostki.

– Schodząc z góry, zahaczyłem nogą o ostrą skałę… – wyjaśnia.

– Zdarza się. Wytrzymasz.

To już właściwie koniec dzisiejszej wycieczki. Słońce wisi nad horyzontem, zachmurzyło się nieco, wzmógł się wiatr. Żegnamy się z chłopakami i wracamy do wioski, w której zjedliśmy lunch.

Jest już wieczór, gdy zasiadamy do kolacji w knajpce. Dostajemy gęstą zupę z fasolą lub ciecierzycą, do tego kawałki cienkiego chleba. Na drugie – makaron z niewielką ilością mięsa, co bardzo złości Alberto.

– Daj mi więcej mięsa! Chcę mięso! – dopomina się.

Chce również fantę, podana kawa i herbata go nie satysfakcjonują.

– Nie ma fanty – mówi obsługujący nas Murzyn.

– Chcę fantę!

Do pewnego stopnia rozumiem Hiszpana. Zapłacił kupę kasy, zdaje się 400 dolarów za dwudniowy tour. Z pewnością jest przyzwyczajony do wyższych standardów, a dostaje niewiele wartą usługę.

Dwadzieścia minut później przybiega chłopak z zawiniątkiem, w którym jest kilka puszek coca-coli.

– Nie było fanty w sklepie.

– Nie. Ja chcę fantę! – powtarza Alberto.

Idę na spacer po wsi. Przez jej środek przebiega prosta asfaltowa droga, którą tu dotarliśmy. Po obu stronach kilkadziesiąt chat o drewnianej konstrukcji. Przykryte są kawałkami mat, folii i blachy falistej. Gospodarstwa mają na ogół wydzielone podwórka ogrodzone płotem z patyków. W pobliżu znajduje się opuszczone przez nomadów obozowisko. Pozostały tylko drewniane pałąki wbite w kamienistą ziemię i tworzące kopulastą konstrukcję o średnicy 4 metrów. Pomiędzy domami – kamienie i śmieci. I parę kóz, które pozują mi do zdjęcia na tle zachodzącego słońca.

Wracam do reszty grupy. Panuje nerwowa atmosfera.

– Nie mam komórki! Zgubiłem smartfon! – denerwuje się Nicola i zagląda w różne kąty.

Przyłączamy się do poszukiwań, sprawdzamy dokładnie okolice stoły, przy którym jedliśmy kolację, teren przy samochodzie. Próbujemy ustalić, gdzie komórka była ostatnio widziana.

– Trzymałem ją na stole przy jedzeniu.

Podejrzenie pada na chłopaka, który przyniósł puszki z colą ze sklepu. Nasz driver mówi, że ręczy za niego. Ktoś sugeruje, by zawiadomić policję.

– Sprawdź wszystkie rzeczy w plecaku – mówię spokojnie do Nicole.

Razem rozkładamy rzeczy na leżance ustawionej pod ścianą knajpy i sprawdzamy każde zawiniątko Francuza.

– Nie ma!

– Spokojnie, pewnie się znajdzie. Przypomnij sobie, gdzie chodziłeś.

Po pięciu minutach Nicole woła:

– Jest! Znalazłem.

Komórka leżała przy drugim domostwie, przy którym chłopak szukał zacisznego miejsca do ustawienia leżanki. Widać ulgę na twarzy Nicole.

– Miałem tam wszystkie dane, Bilety, rezerwacje, ważne e-maile. Wszystko!

Rozumiem go. Dwa lata temu stanąłem przed widmem przedwczesnego zakończenia trampingu po Arabii Saudyjskiej, gdy mój smartfon się zepsuł. Ach, te uzależnienia od komórek!

Kładziemy się spać. Wiatr zmienił kierunek i osłona ze ściany knajpy niewiele pomaga. Zaszywam się w swoim cienkim śpiworze, zakładam na głowę komin i próbuje usnąć. W nocy sen przerywa mi wycie szakali (szakal pręgowany, Lupulella adustus). „One codziennie w nocy podchodzą pod wioskę” – powie mi rano kierowca.

__________________________________________

*/ Jak później sprawdziłem, Nicola dotarł do opuszczonego, przedwojennego jeszcze, obozu wojskowego.
**/ Ten siarkowodór musiał przytruć mój umysł. Powinienem od razu się domyślić, że w tych warunkach jony brunatne wodorotlenki i tlenki żelaza na +3 i +4 stopniu utlenienia łatwo redukują się do zielonych jonów Fe2+ pod wpływem wszechobecnego siarkowodoru, np.: H2S + Fe3+ ⟶ Fe2+ + S↓ + 2 H+.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej