Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Czy zdążę na Flixbusa? | Jaki był ten wyjazd? | Rozczarowania i zachwyty
W samolocie moje miejsce przy oknie jest zajęte przez małego Murzynka. Podróżuje wraz z trójką rodzeństwa i matką. Korzystam z okazji i zajmuję inne miejsce w przejściu. Przynajmniej będę mógł wyciągnąć nogi. Po 2:00 zjadamy spóźnioną kolację: sałatka rybna na zimno i trochę słodkiego. Nie mogę zasnąć. O 5:00 mamy zresztą międzylądowanie w Wiedniu. Rozgrywam kilka razy partie szachów, ale, ze względu na mały rozmiar figur na ekranie, co chwilę popełniam niewybaczalne błędy. Raz udaje się mi wygrać.
W Wiedniu większość pasażerów opuszcza samolot. Pozostałych czeka jeszcze półtorej godziny lotu do Warszawy. Na Okęciu lądujemy o czasie. Muszę teraz zadbać o powrót do Krakowa. Jeszcze na pokładzie odpalam aplikację Flixbusa i usiłuję zarezerwować bilet na autobus mający tu przystanek. Cały czas zwlekam z naciśnięciem przycisku „Zapłać”, bo nie wiem, ile czasu zajmie odprawa paszportowa. A odjazd jest za 30 minut, o 8:45. Szybkie skanowanie paszportu, twarzy i kciuka i jestem już po drugiej stronie. Rezerwacja tymczasem wygasa, powtarzam zakup. Teraz pozostaje poczekać na przyjazd autobusu. Na szczęście w Warszawie nie jest zimno, chociaż to koniec stycznia: temperatura na oko 10 do 15 stopni powyżej zera.
Jeszcze trzy i pół godziny drogi do Krakowa. Odnotowuję w autobusie obecność pary z Japonii i Uzbeka, którego rozpoznaję po charakterystycznej czapeczce i piersiówce, z której mężczyzna od czasu do czasu pociąga solidny łyk.
Po 18 dniach wracam do Krakowa. Jaki był ten wyjazd? Zapytał mnie już o to wczoraj syn, a gdy odpowiedziałem, że jak zawsze udany, zaoponował, twierdząc, że przecież trafiają się i słabsze wyjazdy. Niby to prawda, ale mam faktycznie powody do zadowolenia. Przede wszystkim była to pierwsza, na dobrą sprawę, samodzielna wyprawa do Czarnej Afryki. Tramping długo wyczekiwany. Po rezygnacji Renaty z wyjazdu jechałem z nastawieniem na solowy wyjazd. Los sprawił, że część czasu spędziłem z Marcinem, który okazał się świetnym kompanem. Ostatni tydzień, gdy już podróżowałem sam, utwierdził mnie jednak w przekonaniu, że nawet i w tak mało przyjaznym dla turystów kraju da się samodzielnie przemieszczać i zwiedzać. To mnie szczególnie cieszy, podczas wyjazdu nabrałem wiary w to, że sobie poradzę i w Afryce i dał mi wiarę w to, że kolejne samodzielne wyjazdy będą możliwe i „nie zginę".
Wracam zatem wymęczony, ale pełen optymizmu co do kolejnych wypraw afrykańskich. Jak wspomniałem, jestem zadowolony, ale też nie wszystko poszło tak, jak planowałem. Nie udało się mi odwiedzić Lalibeli i jeziora Tana. Być może przy większej determinacji albo dodatkowym tygodniu bym się o to pokusił. Wojna domowa w regionie Amhary jest, jak się wydaje, bardziej w mediach niż w terenie. I pewnie dałoby się tam dojechać – tak jak to zrobił Albert. Odwiedziłem natomiast trzy części kraju: Danakil i Tigraj na północy, i mniejszości etniczne na południu oraz muzułmański Harar na wschodzie. Poznałem także stolicę i przejechałem przez Wielki Rów Afrykański. To dla mnie sukces. Nie spodziewałem się aż tyle. Kupując bilety w maju zeszłego roku, wiedziałem, że w niektórych regionach Etiopii może być niespokojnie. Nie przypuszczałem jednak, że wewnętrzne i zewnętrzne konflikty przeniosą się w region dla Lalibeli. Gdy w grudniu zająłem się na poważnie tym wyjazdem, okazało się, iż wszystkie serwisy odradzają wizytę praktycznie w całym kraju. Do samego końca pozostawałem pełen nadziei, że wyjazd do regionu Amhara będzie, wbrew pozorom, możliwy i łatwy. Zarezerwowałem nawet noclegi w Lalibeli w okresie święta Timkat, by mieć pewność, że będę miał gdzie spać. Jak się okazało, rezerwacje noclegów generalnie są w Etiopii zbędne: zawsze znajdzie się jakieś miejsce do spania – w cenie od 200 do 1000 birrów (aczkolwiek standard i bezpieczeństwo noclegu pozostawia wtedy dużo do życzenia).
Pewnym utrudnieniem były przejazdy na długich trasach: autobusy dalekobieżne (część z nich całkiem wygodna) wyruszają na trasę bardzo wcześnie, o czwartej, piątej rano. A to w praktyce oznacza nieprzespaną poprzedzającą noc. Męczące są byle jakie, wyboiste i dziurawe drogi, a także liczne kontrole policyjne na trasie.
Kuchnia etiopska nie rozpieszczała: spróbowałem injery (indżery) – narodowego dania w kilku odmianach. Nie przypadła mi do gustu. Najczęściej zamawiałem więc makaron (pasta) z warzywami. Urozmaiceniem były tanie w miarę owoce (awokado, mango, papaja i banany), a także fenomenalne, świeżo wyciskane soki.
Największym problemem jednak okazali się ludzie. Niestety Etiopczycy traktują farangi, czyli białego jako źródło pieniędzy. Generalnie problem jest tu z porozumiewaniem się. Przeciętny przechodzień nie zna angielskiego. Zapytany „Do you speak English?” czasem przytakuje. Ale potem, po chwili kulawej rozmowy, pyta „English?” albo „Yes?” tak, jakby się zastanawiał, po jakiemu chce coś powiedzieć. Upierdliwe jest to, że co chwilę ktoś cię zaczepia, woła „You!” albo „Mister!”, a tak naprawdę nic nie chce. A nawet jeśli coś chce, to nie umie tego wyrazić. Oczywiście oprócz tego, że chce (najczęściej) twoich pieniędzy. Po krótkim wstępie Etiopczycy zwykle zaczynają konkretyzować swoje potrzeby – chodzi im po prostu o pieniądze. Niektórzy są bardziej elokwentni i pytają „Where you going?”. Tłumaczyłem już takiemu ciołkowi, że w moim kraju na widok cudzoziemca nie pytamy go, dokąd idzie. No, przecież gdzieś idzie, to jego sprawa. Jeśli, powiedzmy, odpowiem, że idę prosto, to taka odpowiedź zwykle kończy rozmowę, gdyż przeciętny Etiopczyk nie jest przygotowany na bardziej zaawansowany dialog. Zadaje takie pytanie, bo zna to pytanie. Nie zaspakaja specjalnie swojej ciekawości, ani też nie nawiązuje w ten sposób jakiegoś bliższego kontaktu. W gruncie rzeczy takie zaczepianie jest strasznie żałosne. Gdyby wdał się w rozmowę, pogadał o czymś fajnym, opowiedział o sobie lub kraju, alternatywnie dowiedział się czegoś ode mnie – to rozumiem. Ale w większości przypadków te dialogi do niczego nie prowadzą.
Wracając do kosztów wyjazdu. Etiopia byłaby znośnie tania, gdyby nie dwa zorganizowane toury, które kosztowały mnie łącznie nieco ponad 350 dolarów (1450 PLN). Podobnie zapewne byłoby w Kenii, Tanzanii czy RPA, gdzie safari jest znacznym kosztem. Dla poprawienia sobie nastroju te atrakcje wyliczam osobno.
Jestem zadowolony z tego, co widziałem. Dotyczy do zarówno pomników historii jak i współczesnej architektury. Obeliski, starożytne ruiny, XIX-wieczne pałace, meczety i kościoły, chociaż nie powalały niezwykłością, to były przecież całkiem interesujące. Fenomenalne natomiast były spotkania z przyrodą nieożywioną, solniskiem Dallol i wulkanem Erta Ale. Po raz pierwszy tak intensywnie poznawałem życie mniejszości etnicznych. Chociaż wizyty u plemion południa były cokolwiek skomercjalizowane, to dały mi pojęcie o codziennym życiu tych ludzi. W tym miejscu jeszcze raz chciałbym wyrazić wdzięczność Marcinowi, którego aktywne działania i sposób obcowania z miejscowymi tak bardzo sprzyjał w naszych interakcjach z ludźmi. Nie sposób zapomnieć o florze i faunie. Nie było, co prawda okazji do treków po tropikalnych lasach, ale zachwycałem się obfitością ptactwa. W sumie zobaczyłem i zidentyfikowałem kilkanaście gatunków ptaków.
Przydałoby się na zakończenie parę optymistycznych słów. Zdaję sobie sprawę, że rysujący się w mojej relacji obraz kraju może być uznany za zniechęcający. Odpowiada on jednak temu, co widziałem. I nie jest to narzekanie dla samego narzekania. Z pewnością nie jest to najłatwiejszy kraj do podróżowania. A przedstawianie rzeczy takimi, jakie są, jest moją potrzebą. Chociaż sporo widziałem podczas tych 18 dni, to wiem, że Etiopia ma znacznie więcej do zaoferowania. To uczucie niedosytu nie jest zbyt silne, raczej tu nie wrócę. Każdy tramping przynosi mi zachwyty i jakieś drobne rozczarowania. Czy może być inaczej?
Etiopia, chociaż nie fascynuje spodobała mi się. Zadowolony jestem przede wszystkim poznania jej "od środka", z bliska. Mam na myśli te wszystkie kontakty z ludźmi. Cieszę się, że poznałem miejsca z Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO, że zobaczyłem to, co planowałem od lat.
Pozostaje odpowiedzieć na pytanie, co dalej. I tu wielka niewiadoma. Wyjazd zachęcił mnie do dalszej eksploracji Afryki, ale być może ruszę do Azji lub Ameryki Południowej. Kto wie?