Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Co właściwie czuję? | Renata podejmuje decyzje | Jak backpacker z backpackerem | Spotykam Marcina | Czarne chmury zbierają się nad Etiopią
Zastanawiam się, co właściwie czuję. Teraz, gdy ruszył autobus wiozący mnie do Warszawy? Radość z kolejnego wyjazdu? Jeśli jest, to gdzieś głęboko na dnie. Może wybuchnie za parę godzin, może za parę dni. A może dopiero, gdy będę wysiadać z samolotu powrotnego w Warszawie. O ile wrócę! Czy czuję stres? Pytanie retoryczne. Stres zawsze mi towarzyszy przed i podczas trampingu, więc stres się nie liczy. Czuję ciężar. I wcale nie ciężar plecaka, ten waży może 7 kg. To ciężar całego wyjazdu, dla mnie trudnego z wielu powodów. Po pierwsze jadę sam. Renata trzy tygodnie temu zakomunikowała mi, że rezygnuje z wyjazdu. Oglądała relacje filmowe na YouTube i wystraszyła się trudów podróży. Nie udało mi się jej przekonać.
Drugi powód jest bardziej oczywisty: Etiopia jest niespokojna, w zasadzie kraj na północ od stolicy jest niebezpieczny dla turystów. A właśnie północ Etiopii była i jest moim celem. Konflikt w Tigraj niby się zakończył, ale pogorszyła się sytuacja w Amharze, czyli na północ, zachód i wschód od jeziora Tana. Dotyczy to także Lalibeli, którą koniecznie chcę zobaczyć. Podobno część dróg, na przykład z Aksum do Mekele, jest nieprzejezdna, obszar znajduje się pod kontrolą rebeliantów. Podobno, bo brak pewnych informacji. Jakby tego było mało, parę dni temu pojawiła się informacja o trzęsieniu ziemi i przebudzeniu się wulkanu kilkadziesiąt kilometrów od Addis Abeby*/. 80 tysięcy mieszkańców regionu ma być ewakuowanych. Brakuje żywności i środków transportu. Tak więc jadę do kraju ogarniętego niepokojami społecznymi i konfliktem etnicznym (nie mówiąc o wojnie z Somalią) oraz dotkniętym klęską żywiołową. Sam! Stąd ten ciężar, który czuję.
Zbieram w myśli te dłuższe trampingi, na które wybrałem się solo. Była to, między innymi, niemal 50-dniowa wyprawa drugą lądową do Chin, później tramping po Zakaukaziu, prawie miesięczny objazd Indochin, tygodniowy tramping samolotowy po krajach Zatoki Perskiej. Wówczas sam podejmowałem decyzję o samotnej podróży lub dostosowywałem się do sytuacji. Jednak nie przypominam sobie negatywnych uczuć związanych z samym krajem, do którego jechałem. Co najwyżej przejmowałem się potencjalnymi problemami związanymi z logistyką i przekraczaniem granic. Tym razem jest inaczej. Nie bez kozery Afryka jest uważana za najtrudniejszy kontynent do uprawienia indywidualnej turystyki. Moje decyzja o wyborze Etiopii jako kolejnego kraju, który zamierzałem poznać, była logicznie umotywowana. Miałem za sobą już "cywilizowane" kraje północnej Afryki (Maroko, Egipt, Tunezja), wraz z Oskarem posmakowałem już trochę Czarnej Afryki (Gambia, Senegal, Gwinea-Bissau). A ostatnio namówiłem Renatę na "wpół europejskie" Wyspy Zielonego Przylądka. Etiopia jawiła się jako kraj bezpieczny, przyjazny, zamieszkały przez chrześcijan, a przede wszystkim ciekawy. I tak blisko Europy…😉 Inne kraje Czarnej Afryki uznałem za trudniejsze do realizacji.
Gdy w maju pojawiły się stosunkowo tanie bilety z Warszawy do Addis Abeby (1500 zł), niewiele myśląc, zdecydowałem się na wyjazd. A Renata niejako z rozpędu (tydzień wcześniej kupiliśmy bilety do Singapuru) zaakceptowała mój pomysł.
Późną jesienią, już po powrocie z Dalekiego Wschodu i krótkiego objazdu po Europie Środkowej zaczęliśmy się koncentrować na Etiopii. Dla mnie było oczywiste, że musimy zdecydować się na zwiedzenie albo południa Etiopii z doliną Omo na czele, albo północy z chrześcijańskimi kościołami wykutymi w skałach (Lalibela) i innymi monastyrami w Tigraj. Oglądając filmy o Etiopii, Renata zwróciła uwagę na niezwykle krajobrazy Depresji Danakilskiej.
– Tam jest tak pięknie – wzdychała.
– Ale wyjazd w ten region dużo kosztuje – zwracałem uwagę.
– Chciałabym to zobaczyć.
Przed wyjazdem do Indonezji Renatę zafascynowały warany z Komodo i skutecznie mnie namówiła na uwzględnienie tamtejszego parku narodowego podczas wyjazdu. Okazało się, że pomysł nie był tragicznie kosztowny w realizacji. Może i tak będzie z Danakil. Wysłałem zapytania do kilku firm organizujących toury do Depresji, a jednocześnie szukałem informacji o bezpieczeństwie (a raczej możliwości) przejazdu pomiędzy głównymi atrakcjami północy: Aksum, Gondar i Lalibelą. I wówczas spadła na mnie hiobowa wieść.
– Nie gniewaj się, nie pojadę do Etiopii – powiedziała Renata.
– Ale dlaczego?!
– Oglądałam film i chłopak mówił, że jest piekielnie gorąco na pustyni, a droga samochodem trwa 11 godzin i jest bardzo męcząca. Nie dam rady.
– Pokaż mi ten film.
Autorem internetowej relacji jest facet z tego "nowoczesnego" pokolenia. Na filmie chodzi z komórką na patyku i opowiada, jak jest mu tu gorąco. Mówi o 50 stopniach Celsjusza, kilkadziesiąt razy powtarza kwestię dotyczącą upału. Ewidentnie chce epatować widza "piekielnymi warunkami", których doświadcza i które cudem przeżył.
– Ale kiedy on tam był? W jakim miesiącu?
– W innej relacji mówi, że było to w sierpniu.
– No, a my jedziemy w styczniu, będzie dużo chłodniej.
– Ale ja nie dam rady tylu godzin w samochodzie.
– Przecież jest klimatyzowany...
– Przepraszam, podjęłam już decyzję.
No, dobrze. Staram się w obliczu tej nowej sytuacji znaleźć dobre strony. Zapewne opieka nad towarzyszką podróży również przynosiłaby mi stresy, zamieniam więc jedne problemy na drugie. Tak, jak to bywa w życiu... Może trudniej będzie mi zorganizować tour na Danakil, może trudniej będzie mi znaleźć nocleg, ale będę mógł ciąć koszty według swojego uznania i realizować trasą po swojemu.
Niestety to wszystko, o czym piszę, miało miejsce na parę tygodni przed trampingiem. Nie zdążyłem, nie dałem rady ogarnąć wyjazdu. Wyjeżdżam, nie mając umówionej wycieczki na Danakil, nie wiem nic konkretnego o przyjazdach do Lalibeli. Nie kupiłem żadnego lotu wewnętrznego. Z pozytywnych rzeczy – mam załatwioną e-wizę i ubezpieczenie podróżne. Zarezerwowałem też nocleg w Addis Abebie na jutro i w Lalibeli na 18-21 stycznia. W tym czasie w Etiopii obchodzone jest święto Timkat, które bardzo chcę zobaczyć właśnie w Lalibeli.
I właśnie z tymi dość ponurymi myślami zmierzam FlixBusem do Warszawy. Deszcz pada nieustannie, roztapia rozmiękły śnieg leżący na polach. Wyjechałem dziś z Krakowa dość wcześnie, o 9:00. Nie chciałem ryzykować spóźnienia autobusu lub pociągu, wyjeżdżając później. Samolot odlatuje po 20:00, mam więc dość czasu, by spokojnie, na piechotę przejść z dworca Warszawa-Zachód na lotnisko. Mało co chodziłem ostatnio, nie mam kondycji, a tam przecież wędrować będę na wysokości ponad 2 500 m n.p.m.
Lotnisko im. Fryderyka Chopina w Warszawie. O, jak dawno nie byłem na Okęciu! To już chyba 4 lata. Nie było mi po drodze 😉. Mam sporo czasu. Zjadam kanapki i co chwilę sprawdzam, czy już uruchomiono countery, bym mógł odebrać kartę pokładową (co prawda odprawę on-line zrobiłem wcześniej).
O 17:30 ustawiam się w dużej kolejce chętnych do skorzystanie z Ethiopian Airways. Większość pasażerów to czarnoskórzy, ale bez względu na rasę prawie wszyscy mają olbrzymie walizki po 20-30 kg. Wyszukuję wzrokiem plecakowiczów. Przede mną stoi zakonnik z małym plecaczkiem, ale raczej nie wybiera się na tramping. Odbieram kartę pokładową i siadam na ławce koło 60-latka. Przygląda się mi ukradkiem.
– Dokąd pan leci? – zwraca się do mnie po chwili.
– No, do Etiopii…
– No, to mi się podoba, że z małym plecakiem. Ja też tak jeżdżę.
Zbyszek mieszka w Toruniu i wybiera się na Karaiby. Jest bardzo sympatyczny. Parę miesięcy temu wrócił z Ameryki Południowej, był również na Galapagos.
– Teraz chcę poświęcić na Karaiby 2,5 miesiąca – wyjaśnia.
– A jak chce się pan tam przemieszczać? – pytam.
– Czym się da. Łodzią, statkiem…
– Ale tam nie ma zbyt dużo promów.
Streszczam mu swoją karaibską przygodę.
– No to będę latać samolotem. Bahamy odrzuciłem, bo są za drogie.
Opowiadam mu o atrakcjach na poszczególnych wyspach. Zbyszka góry za bardzo nie interesują, ale lubi różne przyrodnicze ciekawostki. Żali się, że trudno znaleźć towarzystwo na takie wyjazdy. Fajny gość, może się z nim kiedyś wybiorę. Wymieniamy się numerami telefonów i idziemy do stanowisk kontroli bezpieczeństwa.
Później siadam przy gatesie numer 7 obok czterdziestokilkulatka. Chłopak podróżuje ze średniej wielkości plecakiem. Przedstawiamy się. W przeciwieństwie do wielu innych osób tu znajdujących się leci tylko do Etiopii. Inni korzystają z połączenia i lecą dalej – na Zanzibar, do RPA lub na Malediwy.
Marcin jest z Wrocławia i spędził już trochę czasu w Afryce.
– Byłem na autostopie. Przejechałem 5 krajów w ciągu półtora miesiąca. Od Nairobi do Kapsztadu.
– Sam byłeś?
– No, nie. Z kolegą. Ale teraz nie mógł lecieć.
– A co chcesz zobaczyć w Etiopii? – pytam.
– Nastawiłem się głównie na północ – wyjaśnia.
– Ja też chciałbym zobaczyć różne miejsca na północy, przede wszystkim Lalibelę.
– A co tam jest?
– Kościoły chrześcijańskie wykute w skale.
– No, coś tam słyszałem, ale mnie takie kościoły nie za bardzo interesują. Wolę przyrodę.
– To tam jest Depresja Danakil. Super miejsce.
– Właśnie tam chciałem się wybrać. Na te słone jeziora.
Opowiadam o sytuacji na północy kraju. Marcin jest trochę zdziwiony. Mówi, że nic o tym nie słyszał.
– Chcę się wybrać się nad jezioro, w pobliżu są wodospady na Nilu – ciągnie dalej. – Może byśmy pojechali tam razem stopem?
– Zobaczymy. Planowałem również jezioro Tana, ale najpierw chciałbym zobaczyć Danakil.
– Mam ze sobą namiot, taką małą jedynkę, bardzo lekką.
Chwilę rozmawiamy o swoim sprzęcie, widzę, że chłopak jest przygotowany na różne ewentualności. Wydaje mi się, że chciałby wspólnie przyjechać kawałek Etiopii.
– Pierwotnie miałem jechać z drugą osobą. Ale przestraszyła się wyjazdu do Etiopii, oglądając filmy o niej na YouTube – opowiadam historię Renaty.
– Byłem przez tydzień w wiosce Masajów, pomagałem im – relacjonuje swoją afrykańską eskapadę.
Nabieram ochoty, by zobaczyć z nim kawałek Etiopii, chociaż wydaje mi się, że mamy nieco odmienne motywacje: ja jednak chciałbym zobaczyć trochę zabytków, on – pobyć z ludźmi. Wymieniamy się numerami telefonów, a resztę ustaleń zostawiamy na później.
W samolocie jest dużo wolnego miejsca.
– Zobaczymy, czy w Wiedniu pojawią się nowi pasażerowie – zastanawiam się.
– Na pewno tak.
Na pokładzie spotykamy pana z RPA, który mieszka tam od 82 roku.
– A to musisz znać jednego gościa, który tam mieszka – mówi Marcin.
Rzeczywiście, jak się wyjaśnia, mają wspólnego znajomego. W pobliżu siedzi jeszcze jeden Polak, Krzysiek z Gdyni. Wcześniej marynarz, sporo zobaczył świata. Dosiadam się później do niego i rozmawiamy na temat współczesnego świata. Jak się wydaje, mamy dużo wspólnych poglądów na ten temat. Krzysiek włącza się do rozmowy na temat podróżowania po północnej Etiopii.
– Absolutnie tam nie jedźcie! W Lalibeli miałem przykładany granat do głowy i musiałem wracać samolotem. A do kościołów nie dało się wejść, chyba że za 100 dolarów.
Muszę przyznać, że mój entuzjazm, co do możliwości podróżowania po Etiopii nieco przygasł.
– A co z tym południem? – pyta Marcin.
– Tam jest w miarę spokojnie.
Ocena sytuacji przedstawiana przez Krzyśka pochodzi jednak sprzed sześciu miesięcy, wszystko się mogło zmienić. Przeglądając internet w ostatnim czasie, nigdzie nie przeczytałem o konkretnych zagrożeniach dla turystów.
Ethiopian Airlines serwuje ciepłą kolację. Zjadam z apetytem. Zmęczenie bierze górę nad ciekawością Afryki. Powoli zapadam w półsen.
____________________________________________________
*/