Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Poranna kawa bywa droga | Przechadzka po slumsach | Stolica potrafi zachwycić! | Niesamowite kontrasty | Inspekcja w biurze i dzielnica włoska | Nieudana randka z Lucy | Pożegnanie z Marcinem
Dziś wybieramy się do slumsów. I na bazar, jeśli zdążymy. Umówiliśmy się z bratem menadżerki na godzinę 10:00, ale po zjedzeniu śniadania złożonego z owoców, które przygotował Marcin, jesteśmy już gotowi koło 8:00 9:00. Odszukujemy chłopaka, ten jeszcze śpi, wstaje, przeciera oczy. Widać po nim, że nie za bardzo chce mu się gdziekolwiek wychodzić. Ma przecież swoją pracę polegającą na pilnowaniu obiektu.
– Ile potrzebujesz czasu – pyta Marcin.
– Godzinę – odpowiada, ziewając.
– Będziemy za godzinę – mówi Marcin i dodaje – To chodźmy na razie do miasta. Mam ochotę na kawę.
– A ja chciałbym w końcu zajrzeć do apteki.
– Tu w pobliżu są przynajmniej trzy farmacje.
– Widziałeś wczoraj? – trochę się dziwię.
– Tak – Marcin kiwa głową.
No, to szkoda, że nie zauważyłem, bo już wczoraj bym kupił lekarstwo na gardło. W najbliższej aptece nie ma aspiryny w normalnych dawkach, farmaceuta poleca azytromycynę.
– Nie bierz tego świństwa – sugeruje Marcin – zniszczysz sobie wątrobę, weź coś do ssania.
Antybiotyk kosztuje 480 birrów (4 dolary) i jest bez recepty. Rzeczywiście, na razie ustępuję i biorę tylko tabletki do ssania. W hotelowej kawiarni opodal Marcin zamawia cappuccino, ja jestem już po porannej kawie, więc nie potrzebuję. Kontynuujemy podjętą przy śniadaniu rozmowę o literaturze patriotycznej. Słonko przygrzewa, zapowiada się gorący dzień. Jak każdy zresztą tutaj.
– Kolejny raz na tym wyjeździe mnie zaćmiło – mówi Marcin, wracając z baru – powinienem był najpierw spytać o cenę.
– Ile?
– Dwieście.
– O, to tylko trochę więcej niż wczoraj zapłaciłeś za macchiato – stwierdzam.
Wygląda na to, że tania jest tylko kawa sprzedawana na ulicy w małych filiżankach. Wracamy do hotelu.
Ponieważ jest już 10:00, ponownie budzimy chłopaka. Jego mina wskazuje, że nadal jest niechętny na pójście z nami gdziekolwiek. Marcin dzwoni do menadżerki.
– Potrzebujemy jasnej sytuacji. Czy Nade jest zmęczony, czy mamy szukać kogoś innego, czy mamy iść sami.
Kobieta chwilę milczy i mówi:
– Możecie iść sami, ale zostawcie wszystkie rzeczy w hotelu: telefony, paszporty, wszystko.
– Dobrze. Jak tam mamy trafić?
– To miejsce nazywa się Kirkos (ቂርቆስ ክፍለ ከተማ). Wyślę wam pinezkę, tylko uważajcie na siebie. I żadnych rzeczy nie bierzcie!
– Dobrze.
Ech, zawracanie głowy! Można to było ustalić wczoraj, mógł chłopak jasno powiedzieć, że nie ma ochoty. Marcin rzeczywiście zostawia wszystko, łącznie z telefonem, paszportem i kartami kredytowymi, ja mam wszystko, jak zawsze, na sobie.
Na rondzie z obeliskiem skręcamy w kierunku slumsów. Przy ulicy ciągną się baraczki, domki sklecone z blachy i cegieł. To doprawdy niesamowite, że charakter miasta zmienia się w ciągu kilku minut. Od luksusowych hoteli do slumsów kilkaset metrów dalej. Po chwili skręcamy w głąb dzielnicy biedy.
– Nie jest tu aż tak źle – stwierdzamy, widząc poukrywane za murami domy. Jest tu stosunkowo dużo drzew i kwitnących krzewów, co ogólnie poprawia wizerunek dzielnicy. Widać jednak biedę wyzierającą z każdego kąta, z każdego podwórka. Na ulicach przesiadują ludzie, otwarte są niewielkie sklepiki. Jak dla mnie – zwykła dzielnica biedy.
Przechodzimy koło kilku policjantów pijących kawę w kawiarence na ulicy.
– Potrzebujecie czegoś? Zgubiliście się? – pyta ich szef.
– Nie. Tak sobie spacerujemy…
– Ale dokąd idziecie?
– A, tu i tam – Marcin zbywa pytanie.
– Ale tam nie idźcie.
– A dlaczego nie? Tu jest dużo policjantów, czujemy się bezpiecznie – odzywam się.
Śmiejemy się wszyscy.
– Może siądziemy z nimi przy kawie? – zwracam się do Marcina – Pogadamy, podejmiemy jakiś kontakt.
Przysiadamy się. Dostajemy kawę, Marcin ma ochotę na pączki, które dostrzegł zawinięte w torbie. Siedzimy tak więc w piątkę czy w szóstkę z policjantami. Czasem zatrzymują się miejscowi i przypatrują. Policjanci znają słabo angielski, więc rozmowa kuleje.
– Chyba źle trafiłem z tymi pączkami. Są twarde jak kamień – żali się Marcin.
– Ale kawę da się wypić.
Kobieta dolewa mi jeszcze trochę, dziękuję.
– A jak tu jest? – Marcin wskazuje ruchem głowy okolicę – Spokojnie?
– No... Pilnujemy porządku – mówi jeden z policjantów.
– Ale lepiej tu wieczorem nie chodzić?
– Jeśli spotkacie nas, to nic się wam nie stanie – śmieją sie chłopaki.
Dopijamy kawę, płacę 40 birrów i idziemy w stronę bazaru. Tu klimaty są ciekawsze, zwłaszcza gdy zagłębimy się między stoiskami i straganami. Targowisko ciągnie się między domostwami stołecznej biedoty. Mamy okazję pozaglądać przez otwarte drzwi i okna zajrzeć do środka. Zdecydowanie nie chciałbym tu mieszkać, nawet w pobliżu.
Przechodzimy przez znajomy już plac Meskal i idziemy w stronę Mexico. Z uznaniem patrzę na nowoczesną architekturę stolicy: budynek centrum kulturalnego Giddugala Aadaa Oromoo, siedzibę banku Wegagen, centrum handlowego Yeha, Nina Building i inne. Kolejne wysokościowce są wznoszone i myślę, że centrum Addis Abeby może śmiało konkurować z Warszawą.
Kierujemy się do odległego o parę kilometrów Mercato. Dzielnica, w której się znajdujemy, ma wyraźnie wielkomiejski charakter. Wieżowce o nowoczesnej architekturze, szerokie aleje, po których chodzą mężczyźni w marynarkach i pod krawatami, a kobiety w europejskiej żakietach. Jestem pod wrażeniem rozmachu, z jakim zbudowano tę część Addis Abeby. Jakże wielkie są kontrasty nie tylko między prowincją a stolicą, ale i nawet w obrębie samego miasta.
Dochodzimy do Gambia St. Swoją drogą władze miasta nie wykazały się specjalną pomysłowością przy nadawaniu nazw ulicom. Na planie odnotowałem obecność kilkudziesięciu ulic z nazwami państw. Na końcu ulicy widać pomnik Lwa Judy. Postawiony z okazji koronacji cesarza Heile Selassje (1930 r.) pomnik został skradziony przez Włochów podczas drugiej wojny abisyńskiej i zwrócony dopiero w latach 60. W ciągu ostatniego stulecia w Addis Abebie przybyło sporo pomników judejskiego lwa. Jest on nie tylko symbolem Jerozolimy (i Żydów), ale także Etiopczyków, którzy od wieków poczuwają się do związków z królem Salomonem. Nie można się więc dziwić, że lew znalazł się na fladze Cesarstwa Etiopii i na licznych pomnikach. Ot choćby na takim nowoczesnym dziele, które stoi obok, przy alei Churchila. Sam cesarz Selassje miał przydomek "Waleczny Lew Judy", a przez niektórych rastafarianów uważany jest za inkarnację Chrystusa.
Mijamy pomnik z czerwoną gwiazdą umieszczoną na 50-metrowej iglicy. Trzeba przyznać, że autorzy pomnika wykazali nie lada ambicję, wznosząc obelisk dwukrotnie wyższy niż te z Aksum. U podstawy znajdują się posągi i płaskorzeźby przedstawiające bohaterów walki. Walki o co, może ktoś zapytać. Inskrypcja na tablicy „Nieśmiertelne są czyny bohaterów, którzy polegli w walce o życie i szacunek dla naszej ojczyzny i naszej rewolucji”, czerwona gwiazda oraz sierp i młot trzymane przez uzbrojone postacie wskazują, że pomnik pochodzi z czasów Derg – junty wojskowej, która obaliła cesarza Heile Selassje. Upamiętnia żołnierzy etiopskich i kubańskich, którzy brali udział w wojnie w Ogadenie. Po obaleniu rządów Derg, pomnik popadł w zapomnienie i jest skazany na kontrolowaną dezintegrację. Park wokół wygląda na zamknięty i niedostępny dla publiczności, trochę to dziwne.
Skręcamy w boczną ulicę, ta ma już mniej przyjemny charakter. Sporo ludzi siedzi na chodnikach, włóczy się tam i z powrotem, zaczepia nas. Poruszamy się środkiem ulicy, a kierowca zaparkowanego samochodu rzuca przez okienko:
– Uważajcie na złodziei.
– Będziemy uważać.
Przystajemy przy bramie, przez którą przechodzi sporo osób.
– Tam musi coś być ciekawego – stwierdza Marcin – Chodźmy, zobaczymy.
Wąska droga ze sklepikami i punktami gastronomicznymi po obu stronach prowadzi nieco pod górę. Przechodzimy przez kolejną bramę i tu natykamy się na niewielki bazar stłoczony na małej przestrzeni. Natychmiast obstępują nas dzieciaki proszące o pieniądze. Marcin wypija colę, ja kupuję jeszcze banany.
– Muszę trochę czasu poświęcić na uzupełnienie relacji poprzedniego wyjazdu – mówi Marcin i siada na krzesełku.
Przez najbliższe 15 minut opowiada do kamery o swoich przygodach w Maroku, a ja rozmyślam o naszym wyjeździe. I o tym, jak spędzę ostatni tydzień w tym kraju. Powinienem się lepiej przygotowywać, czytać o ciekawych miejscach, by potem nie żałować, że się gdzieś nie było.
Próbując wydostać się później z bazaru, dochodzimy do kościoła św. Michała (Gola St. Michael Church). Tędy jednak nie przejdziemy, gdyż brama prowadząca na dziedziniec przykościelny jest zamknięta. Kilku Etiopczyków modli się przy bramie, monotonnie kiwając się i żegnając co chwilę. Sam kościół średnio atrakcyjny: przysadzisty, pomalowany w poziome żółto-brązowe pasy niczym włoskie bazyliki i zwieńczony dużą kopułą.
Chcemy dojść do dzielnicy włoskiej, gdzie znajduje się trochę postkolonialnej architektury. Najkrótsza droga prowadzi przez rzeczkę, nie chcemy jednak pakować się do slumsów rozłożonych malowniczo w dolinie. Zataczamy szeroki łuk i po kwadransie dochodzimy znów do "cywilizacji”.
– Niesamowite kontrasty – zauważa Marcin.
– Pewno za jakiś czas to się zmieni. Pamiętam, że z okazji mistrzostw świata w piłce nożnej w Rio de Janeiro wyburzono ileś dzielnic ze slumsami, uporządkowano teren, unowocześniono miasto.
Przystajemy przy placu Teodora II (Tewodrosa II Square, አፄ ቴዎድሮስ ዳግማዊ አደባባይ), XIX-wiecznego cesarza. Spomiędzy równo przystrzyżonych żywopłotów wystaje działo zwane przez mieszkańców "Sabastopol". Ma nieproporcjonalnie krótką lufę w stosunku do kalibru i jest repliką pierwszego działa w Abisynii. Działo w pewnym sensie symbolizuje wojowniczego cesarza, który mężnie walczył o integrację cesarstwa, choć ostatecznie zginął poniekąd z rąk Brytyjczyków, popełniając samobójstwo przy użyciu pistoletu ofiarowanego przez królową Wiktorię.
Zagaduje do nas Etiopczyk siedzący obok na murku. Zna dobrze angielski, przedstawia się jako szef jakiejś organizacji, czy też instytucji wspierającej przemysłu etiopski.
– Mam tu biuro, może chcecie zobaczyć, pokażę wam.
– Daleko to jest? – przytomnie pyta Marcin.
– Tu niedaleko, trzy minuty.
Nie za bardzo uśmiecha mi się chodzić po jakichś biurach, choć zawsze może wyniknąć stąd coś interesującego. W drodze do jego biurowca (F.D.R.E Authority for Civil Society Organizations), który faktycznie znajduje się kilkaset metrów dalej, dopytuję go o system dotacji dla przedsiębiorstw. Chciałbym, by facet określił budżet przeznaczony dla przedsiębiorców.
– To są miliony rocznie – odpowiada.
– Birrów czy dolarów?
Facet patrzy na mnie podejrzliwie.
– Dolarów.
Niewiele z tego wynika, zresztą nie jest to dla mnie tak ważne. Wjeżdżamy na 8 czy 10 piętro, personel kłania się facetowi. Przedstawia nam kolejnych pracowników. Nie wiem, jak z tej sytuacji później facet się wytłumaczy, ale uważam ją za idiotyczną. Nic z niej przecież nie wyniknie – ani dla nas ani dla nich.
No, dobrze. Poznaliśmy wszystkie działy w firmie, doceniam obecność klimatyzacji i względnego porządku na biurkach, inspekcja zakończona.
– Gdzie chcecie teraz iść? – pyta facet Marcina.
– No, nie wiem jeszcze.
– Do dzielnicy włoskiej – przypominam wcześniejsze ustalenia.
– Zaprowadzę was.
Dobrze, niech sobie idzie, chociaż to tylko niecały kilometr. Etiopczyk prowadzi nas najpierw pod okazały pomnik, gdzie fotografuje się mnóstwo miejscowych. Biorę z nich przykład i też robię zdjęcia. Pomnik Zwycięstwa pod Adwą (Adwa Victory Memorial, የአድዋ ድል መታሰቢያ) jest całkiem nowy, odsłonięty zaledwie roktemu. Miedziane postacie wojów z dzidami wciąż lśnią nowością. Zwycięstwo z 1896 roku nad Włochami jest uzasadnionym powodem do dumy dla Etiopczyków. Zielony kontur Afryki umieszczony na szczycie pomnika pokazuje, że pod Adwą nie tylko odparto kolonizatora. Bitwa stanowiła nowy rozdział w historii, który zmienił globalne postrzeganie Afrykanów. Zwycięstwo przekreśliło dominującą wówczas narrację percepcji Afrykanów jako gorszych i niezdolnych do tworzenia niepodległych państw.
Otoczenie placu jest ultranowoczesne i ponoć szczególnie pięknie prezentuje się przy nocnym oświetleniu. Cała dzielnica wygląda zresztą na nowoczesną, mieszczą się tu jakieś centra logistyczne, muzeum, agendy rządowe, w pobliżu jest urząd miasta.
– A dzielnica włoska? – nieśmiało pytam.
– Niewiele pozostało – mówi Etiopczyk jakby z zażenowaniem i po chwili dodaje – Chodźcie, pokażę wam.
Oglądamy kilka starszych budynków, między innymi hotel z lat dwudziestych zeszłego wieku. Wygląda na to, że spóźniliśmy się o rok. W marcu 2024 do dzielnicy Piassa (zwanej też Arada) wjechały buldożery i uliczka po uliczce zrównały kwartał złożony z parterowych domów pochodzących czasem z początku XX wieku. Uczciwie dodajmy – zaniedbanych ruder. Wyburzenia prowadzone w ostatnich latach dały przestrzeń do realizacji wielomilionowego projektu (Addis Ababa Corridor Development Project), który zapowiedział premier Abiy Ahmed w 2018 roku. W wyburzanych domach znajdowały się sklepiki, małe zakłady rzemieślnicze, kafejki i piwiarnie, tu mieszkali również ludzie. Z drugiej strony, takie wyburzenia były prowadzone również za czasów cesarza Haile Selassje. „Nie wszystko, co ma 100 lat jest dziedzictwem narodowym” – stwierdził Dyrektor Etiopskiego Urzędu Dziedzictwa Abebaw Ayalew. Osobiście się z tym zgadzam. Można płakać na wyburzonymi hutongami w Pekinie, ale mieszkańcy mogą teraz być dumni z nowoczesnego miasta i ładnego otoczenia i wygodnych domów. Gdybyśmy nie wyburzali starych dzielnic, mieszkalibyśmy wciąż w Biskupinie. Co nie znaczy, że nie można tworzyć skansenów na pamiątkę 😉.
Facet zagaduje głównie do Marcina i czuję się niezbyt komfortowo.
– Marcin, ja bym chciał przejść do Muzeum Narodowego, to jest w tej części miasta – mówię.
– To idź. Mnie muzea za bardzo nie interesują.
– O której będziesz w hotelu?
– Wieczorem. Może około 20:00.
– No to do zobaczenia.
Żegnam się z nimi i szybkim krokiem ruszam ulicą Haile Selassje w stronę muzeum. Naprawdę z chęcią chciałbym zobaczyć tamtejszą kolekcję, zwłaszcza że do tej pory Addis Abeba – poza nowoczesną architekturą – niewiele miała mi do zaoferowania. Ponadto mam ochotę spotkać się z Lucy, a przynajmniej zerknąć na nią. Lucy zwana pieszczotliwie przez Etiopczyków Dinkenesh (po amharsku: „Jesteś piękna”) liczy sobie ponad 3 miliony lat i chociaż większości facetów może się nie podobać jej obecny wygląd, to z punktu widzenia antropologii jest bardzo ważnym eksponatem*/.
Kilometr dalej znajduje się tak zwana dzielnica ormiańska. Jeśli kogoś zastanawia obecność Ormian w kraju afrykańskim, to będzie jeszcze bardziej zdziwiony tym, że pierwsza fala Ormian przybyła tu z Egiptu już w okresie rządów Saladyna (1169–1193) z powodu powstań i akcji pacyfikacyjnych oraz wojen z Nubią i Jemenem. Emigrowali tu również w XVI wieku, gdy sułtani Imperium Osmańskiego ścierali się z mamelukami rządzącymi w Egipcie. Ostatnia fala Ormian napłynęła na początku XX wieku, wtedy osiedlili się w stolicy, tworząc swoją dzielnicę. Dziś mieszka ich tu 800, a dzielnica zatraciła swój oryginalny charakter. Nie sądzę, by było tu coś ciekawego do zwiedzenia. Ograniczam się do obejrzenia zbudowanego w 1928 roku kościoła ormiańskiego pod wezwaniem św. Jerzego. Wyglądem przypomina kościółki, które oglądałem kiedyś w Armenii. Łączy tradycyjny styl średniowiecznych klasztorów ormiańskie wyrzeźbionych w zboczach gór ze stylem bizantyjskim uwidocznionym w planie budynku i okrągłych łukach okien.
Zagłębiam się w uliczki dzielnicy ormiańskiej i dochodzę kościoła Kideste Kidusan Mariyam z charakterystycznymi niebiesko-żółtymi okiennicami i wysoką dzwonnicą z kolumnami na każdej z kilku kondygnacji. Wokół budynku zgromadziło się wielu wiernych, żarliwie się modlą przed zewnętrznymi ołtarzykami. Stąd już tylko dwa kroki do muzeum. Już z daleka widzę rozkopany teren wokół budynku i czuję, że nici z mojej randki z Lucy. Ochroniarze na budowie mówią, że muzeum jest w remoncie. Przychodzi mi do głowy pytanie, czy facet, który oprowadzał nas po swoim biurze wiedział o zamknięciu muzeum. Nie wiem. Wszystko jedno, kij mu w oko.
Teraz trzeba się dostać do hotelu. Nie mam już żadnego pomysłu na dalsze zwiedzanie tej okolicy. Zerkam tylko na położony w parku pałac patriarchy Etiopskiego Prawosławnego Kościoła Tewahido. Pałac jak pałac, mało ciekawy budynek, ale dwa gigantyczne gołębie przy bramie wejściowej wywołują u mnie zdumienie i nieskrywany uśmiech.
Mapa mówi, że do hotelu jest 6 km, nie za bardzo chce mi się iść tyle drogi. Postanawiam wypróbować miejską komunikację. Na przystanku przy ulicy Króla Jerzego VI autobusy zatrzymują się co chwilę, ale numer, który wskazali mi miejscowi podjeżdża dopiero po 30 minutach. Przejazd kosztuje 20 birrów, pieniądze podaje się przez okno bileterce siedzącej przy kierowcy, a następnie wsiada środkowymi drzwiami.
Mijamy plac Meyazia 27 powszechnie zwany Arat Kilo, z centralnie ustawionym pomnikiem upamiętniającym zwycięstwo nad faszystowskimi włoskimi najeźdźcami**/. Wysiadam się. Do hotelu występuje obiad w drodze do hotelu występuje na obiad ka zamawiam po raz kolejny makaron z warzywa.
Wieczorem zjawia się Marcin.
– Byłem z tym gościem na Mercato! Kawał drogi do tego bazaru… – opowiada, jak spędził popołudnie.
– A ja kupiłem bilet do Harar na jutro.
O 22:00 żegnam się z Marcinem, który za chwilę jedzie na lotnisko.
– Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś gdzieś pojedziemy – mówi Marcin.
– Całkiem możliwe – uśmiecham się.
Żegnamy się po etiopsku, nastawiam budzik na godzinę 2:30 w nocy.
*/ Prawie kompletny szkielet Australopithecus afarensis został odkryty w 1974 roku na Depresji Danakilskiej.
**/ 27 Meyazia w kalendarzu etiopskim to 5 maja w kalendarzu gregoriańskim. Jak tu żyć w takim kraju?
Ze względu na bliskość Pałacu Menelika, rezydencji premiera Etiopii i budynku parlamentu etiopskiego, nazwa Arat Kilo jest często używana jako metonimia rządu etiopskiego.