Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Lista zakupowa | Mój pierwszy "malowany" kościół | Tam, gdzie nauczał Pentelewon... | Pogrzeb po etiopsku | A gdzie krzyżyk!? | Pamiątki po Kalebie i Ezanie | Obeliski robią wrażenie, chociaż... | Życie na przedmieściach | Perypetie z Królową Saby | Dziwne losy Arki Przymierza | Kolacja ze specem od komórek
Wstaję koło 7:00. Marcin, zgodnie z zapowiedzią, zostanie cały dzień w hotelu. Ja natomiast wybieram się na dłuższy spacer po mieście i okolicach.
– Kup mi jakieś środki przeciwbólowe i przeciwobrzękowe. Najlepiej paracetamol. – mówi Marcin.
– Dobrze.
– I dwa kilogramy bananów.
– Dobrze. Coś jeszcze?
– I jeszcze papaję.
– To wszystko?
– I jeszcze parę pomarańczy.
– Dobrze.
Apteka jest kilkadziesiąt metrów dalej przy tej samej ulicy. Starodawne pomieszczenie z drewnianymi szafkami i oszklonymi drewnianymi szafkami. Regały z lekami mają przynajmniej 50 lat. Wygląda na to, że jednak niczego nie kupię. Chociaż apteka jest otwarta, to za kontuarem nikogo nie ma, a moje kilkukrotne „Hello!” pozostaje bez odzewu. W sąsiednim sklepiku kupuję banany (60 birrów za kilogram) i proszę sprzedawczynię o odnalezienie aptekarza. Wywołany z zaplecza farmaceuta zna dobrze angielski. Daje mi paracetamol (pod lokalną nazwą) w przystępnej cenie: 20 birrów za 10-tabletkowy blister.
Kilka ulic dalej odszukuje sklep z papajami. Nie było to proste, gdyż panuje tu daleko posunięta specjalizacja wśród dostawców owoców. Biotę dużą, ponad 1,5-kilogramową papaję za 150 birrów. W hotelu nasz Francuz pakuję się i pakuje, a przecież samolot ma dziś o 12:30 i chce jeszcze motorikszą zwiedzić Aksum. Chłopak jednak wygląda generalnie na wyluzowanego (z wyjątkiem sytuacji, kiedy zgubił komórkę) i mało czym się przejmuje.
O 9:00 jestem gotowy do mojej dzisiejszej pieszej wycieczki.
– Dlaczego nie zażyłeś paracetamolu? – pytam Marcina, widząc nietknięte opakowanie.
– Muszę najpierw zjeść śniadanie. Nie będę zażywać na pusty żołądek.
Słusznie. Należy mieć swoje zasady.
Ogólnie rzecz biorąc, Aksum ciągnie się ze wschodu na zachód, przy czym w zachodniej części są zlokalizowane najciekawsze miejsca dla turystów, między innymi obeliski, ruiny pałacu królowej Saby oraz kościół świętej Marii z Syjonu z przyległościami. Natomiast we wschodniej części znajduje się dworzec autobusowy i nasz hotel. Różnego rodzaju kościółki wybudowano na północ od miasta. Mój plan jest następujący: odwiedzić kilka monasterów lub kościołów w północnej części miasta, przejść przez podmiejskie wioski w kierunku obelisków, a potem do ruin pałacu królowej Saby. Mam ze sobą litr wody i pierniki. Jest godzina 9:00.
Po przejściu parę przecznic widzę, jak bardzo zmienia się charakter miasta. Tu już nie ma sklepików, nie ma sprzedawców, nie ma nawet chodników. Domy są parterowe, a uliczki opustoszały. W pobliżu, na ogrodzonym terenie, można powiedzieć w parku, znajduje się kościół chrześcijański (ሚካኤል ቤት ክርስቲያን). Kościół jest dwukondygnacyjny, na parterze znajdują się zapewne pomieszczenia gospodarcze i „służbowe”. Natomiast piętro, do którego prowadzą zewnętrzne schody, obiega ganek z podcieniami. Jest zwieńczony krenelażem lub raczej attyką zwaną tu gibbi (ግቢ), ponad którą znajduje się ledwo widoczny dach z centralną kopułą i górującym nad całością krzyżem etiopskim. Chociaż… jak się lepiej przypatruję, to wcale nie krzyż, lecz dziwna trójwymiarowa konstrukcja złożona z dwóch srebrzystych obręczy i szeregiem niewielkich rombów oraz podwójnych stożków umieszczonych wzdłuż promieni.
Obchodzę ganek dookoła. Ściany pokryte są barwnymi malowidłami o treści religijnej. Od razu przypominają mi się malowane cerkwie na Bukowinie (Rumunia) i Monastyr Rilski (Bułgaria). Takie obrazy to nie tylko ozdoba elewacji, ale stanowiły też przez lata pomoc dla tych, którzy nie radzili sobie z czytaniem Biblii. Nie od rzeczy będzie przypomnieć, że 35% Etiopczyków wciąż pozostaje analfabetami. Cóż więc tu mamy? Jest Matka Boska z Dzieciątkiem na ręku, jest Archanioł Gabriel na tronie w otoczeniu uzbrojonych w miecze mężów, jest ukrzyżowany Chrystus w towarzystwie Dyzmy i Gestasa przywiązanych do krzyża. Ich ręce wykręcone są poza poziomą belkę, jak na obrazie Hansa von Tübingena. Jest i dzielny Jerzy dobijający smoka. A także wielu innych świętych. Uwagę moją zwraca portret mężczyzny w garniturze i pod krawatem. Czyżby to jakiś sponsor tych malunków? Oglądam tę wystawkę w towarzystwie dzieciaków, dla których to ja z kolei jestem atrakcją. Podchodzimy razem do skromnej dzwonnicy z niewielkim dzwonem ustawionej opodal. Wystarczy. Kościół jest niestety zamknięty, nic tu po mnie.
Zza domów i drzew wyłania się budynek chrześcijańskiego monastyru. Znajduje się na wzgórzu na samotnej skale zwanej Mai Qoho. Czeka mnie więc 15-minutowa wędrówka. Po drodze przystaję i delektuję się panoramą rozłożonego w dolinie Aksum. Jak wspomniałem, Tigrej należy do najbardziej chrześcijańskich regionów, i znajduje to potwierdzenia w proporcji widocznych dzwonnic i minaretów wyrastających ponad miasto. Zachwycam się również olbrzymimi sukulentami z gatunku wilczomleczy (Euphorbia candelabrum). Przechodzę przez zieloną bramę w murze otaczającym monastyr Abba Pentelewon (ገዳም ኣቡነ ጴንጠልዮን) i wspinam się na szczyt wzgórza. Przystaję na moment przy tzw. nowym kościele skrytym wśród gigantycznych 15-metrowych wilczomleczy. W życiu nie widziałem tak wielkich kaktusów! Pnie o średnicy 40 centymetrów i trzy piętra wysokości! Kościółek przykryty zielonym dachem wydaje się przy tych drzewiastych wilczomleczach maleństwem. W drodze na szczyt mijam kilka starych grobów z zardzewiałymi tabliczkami i skromnymi krzyżami. Tu, między drzewami porastającymi wzgórze, znajdują się mizerne resztki pochodzącej z VI w. n.e. pierwotnej świątyni. Przybytek został ponoć zbudowany przez Abbę Pantelewona, chrześcijańskiego mnicha, jednego z Dziewięciu Świętych, którzy po uchwałach Soboru chalcedońskiego (451 r. n.e.) wskazujących na dualną, ludzko-boską naturę Chrystusa, wybrali się na tramping do Etiopii. Wielu z nich założyło tu później monastyry, między innymi sławny Abuna Yemata Guh. Notabene w średnich wiekach było wielu takich „wycieczkowiczów”, którzy związani wspólną ideą głosili swe prawdy wiary, a przy okazji – nauczali. Podczas swoich podróży spotkałem się już z takimi mnichami-wędrowcami, między innymi w Kachetii (Zenon z Iklalto) i Kartlii (Tadeusz ze Stepancmindy)*/.
W końcu dochodzę do niewielkiego kościółka na szczycie wzgórza. Niestety też jest zamknięty z zewnątrz mało ciekawy. To prostokątne pudło z dachem ozdobionym etiopskim krzyżem. Warto jednak było wejść choćby dla tej fenomenalnej panoramy. Na horyzoncie ciągną się łańcuchy górskie, za nimi, 36 kilometrów w kierunku północnym, znajduje się już Erytrea. Po stronie wschodniej w odległości może 10 kilometrów wznosi się samotna góra wznosząca się może na kilkaset metrów ponad równinę. Wygląda imponująco!
Już już mam schodzić, gdy w niewielkiej kotlince u stóp wzgórza, na którym się znajduję, dostrzegam ubrany na biało tłum, zgromadzony wokół okrytej złotą kapą trumnie. Kilkanaście, a może i kilkadziesiąt osób dzierży w ręku kolorowe flagi inni trzymają kolorowe parasole chroniące od słońca. Takiej okazji nie mogę przepuścić!
Zbiegam tak szybko, jak mogę do kotlinki i mieszam się z tłumem. Akurat w tym momencie uroczystości dobiegają końca. Czterech mężczyzn chwyta za trumnę i poprzedzani kościelnymi dostojnikami rusza w górę. Ani chybi idą w kierunku kościoła, w którym byłem przed chwilą. Za trumną rusza tłum żałobników. Towarzyszą nam rytmy wybijane na bębnach i jazgotliwe dźwięki piszczałek. Ruszam za tłumem, który tworząc rozciągnięty biały wąż powoli zmierza do monastyru. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem jednym z nielicznych, którzy mają na sobie ciemniejsze ubranie. Widzę, że wielu mężczyzn narzuciło na ramiona kawałki białego bawełnianego płótna wielkości pieluchy tetrowej. Wyprzedzam dużą grupę kobiet, a gdy dochodzę do zewnętrznego muru monastyru, trumna jest już ustawiona pośrodku placu. Dostojnicy kościelni stoją przed nią w rzędzie, a dziesiątki miejscowych z kolorowymi flagami i parasolami tworzy krąg o średnicy stu metrów. Kobiety natomiast ustawiły się w zwartej grupie na prawo ode mnie. Mężczyźni, do których dołączam, ustawili się w drugim miejscu. Wygląda na to, że kondukt żałobny wyruszył z Aksum, a podczas przystanków odbywają się modły za zmarłego.
Uroczystości pogrzebowe prowadzone są przez kilku ważnych dostojników kościelnych ubranych w odświętne ornaty. Wśród nich jest, jak informują mnie mężczyźni, abune Mathias – patriarcha Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego Tewahedo**/. Towarzyszy mu qomos (kanonik) oraz czterech księży (qess). O ich randzie w hierarchii kościelnej może świadczyć dbałość, by cały czas byli skryci w cieniu parasoli chroniących przed słońcem. Ich haftowane szaty są w kolorze żółtym, błękitnym lub bordowym. Parasole są wyjątkowo ozdobne. Bardziej wyszukane są w kolorze czerwonym, granatowym i zielonym ze srebrnymi aplikacjami. W dolnej części ozdobione są długimi frędzlami, które na wietrze lub przy kręceniu parasolem rozwiewane są na boki. Czubek parasoli jest zwieńczony metalowym etiopskim krzyżem. Innego typu parasole przypominają nasze – plażowe, lecz z dodatkowymi frędzlami. Równie kolorowe są flagi trzymane przez mężczyzn: albo czterobarwne – narodowe, albo czerwone flagi Tigraju z żółtą gwiazdą i takimż trójkątem. Po dziesięciu minutach modłów intonowanych przez księży mężczyźni znów chwytają trumnę na ramiona i orszak rusza w stronę kościoła. Samo składanie trumny do grobu już mnie mniej interesuje. Ruszam dalej.
Z mapy na Maps.me wynika, że odległości około półtora kilometra znajduje się kolejny kościół chrześcijański na wzgórzu. Idę polnymi drogami, od czasu do czasu spotykam miejscowych. A to dziewczynę poganiającą osiołka z dwoma baniakami z wodą, a to starsze małżeństwo wypasające kozy.
Jest godzina 11:00, gdy dochodzę do wzgórza z kościołem Abba Liqanos. Muszę odpocząć. Przyznaję, że afrykański upał dziś daje mi się we znaki. Zresztą nie spieszę się specjalnie. Podchodzę pod schody prowadzące do świątyni i przekraczam bramę. Tu kilka zabudowań z framugami i okiennicami w kolorach narodowych: wymalowanymi są na zielono, czerwono, żółto i niebisko. Niestety wszystkie okna i drzwi pozamykane. Na ścianie wiaty z falistej blachy duży, współczesny obraz przedstawiający Dziewięciu Świętych. Całość wygląda na mało uczęszczaną. W tym momencie siedząca na murku kobieta przyskakuje do mnie i zaczyna trajkotać, że nie mogę tu wchodzić.
– A to dlaczego? Chciałem się pomodlić!
– Ty nie masz krzyżyka.
No, fakt. Nie mam. Wielu miejscowych nosi drewniane lub metalowe krzyżyki na piersi. Ale też część chrześcijan nie manifestuje w ten sposób przynależności do kościoła.
– Chrześcijanin nie musi nosić, krzyżyka, bo Pana Boga może mieć w sercu – mówię (nieźle wymyśliłem, co nie?).
– Ale się nie przeżegnałeś, gdy przekraczałeś bramę.
Fakt, zawaliłem. Będę musiał bardziej uważać. Kobieta jeszcze smęci przez pewien czas, a nawet wzywa na pomoc kogoś innego jakiegoś faceta, ale wzruszam ramionami i dalej zwiedzam wzgórze. Z pewnym niesmakiem opuszczam to miejsce. Widzę, że Etiopczycy są nieufni wobec obcych. Wyznaczam sobie teraz drogę do sławnych obelisków znajdujących się w zachodniej części Aksum. To około 5 kilometrów. Po drodze znajdują się dodatkowe atrakcje, a mianowicie grobowiec króla Kaleba oraz Kamień Ezana.
Po dojściu do grobowców okazuje się, że wstęp tu jest płatny, a jakiś dziadek przy wejściu oczekuje ode mnie 800 birrów, w dodatku „przypadkowo” nie ma biletów. Grobowce nie wyglądają zbyt atrakcyjnie: pod dwoma blaszanymi zadaszeniami znajduje się zejście do podziemi. Po zejściu dość ciasnym korytarzem kilkanaście schodów, w niewielkim pomieszczeniu można zobaczyć trzy puste granitowe sarkofagi, w których rzekomo spoczął król Kaleb ze swą żoną oraz syn – król Gebre Meskel. Jeśli się dobrze rozejrzeć, na ścianie można również zobaczyć zatarty obrazek przedstawiający słonia. Obchodzę stanowisko archeologiczne, zerkając zza niskiego muru na całość. Miejsce to zwane jest czasem Pałacem Kaleba. Jeśli faktycznie istniał tu pałac, to niewiele z niego przetrwało do współczesności. W tylnej części zadaszeń widać fundamenty (zapewne zrekonstruowane) kilku pomieszczeń. Kaleb rządzący królestwem Aksum w VI w. n.e. bez wątpienia wielkim był nygusem. Co wcale nie znaczy, że był leniem 😉. Tytuł nygusa (lub negusa) przysługiwał władcom poszczególnych królestw na terenie Abisynii zaś ostatnim koronowanym nygusem został cesarz Hajle Selasje I, negatywny bohater najsławniejszej chyba książki Ryszarda Kapuścińskiego pt. „Cesarz”. Natomiast król Kaleb prowadził bardzo aktywną politykę zewnętrzną. Około 520 roku n.e. przeprawił się wraz z armią przez Morze Czerwone i uderzył na królestwo Himjar. Rządzący tam wówczas Zu Nuwas, piękniś, który nawrócił się na judaizm, wyrżnął 20.000 chrześcijańskich Aksumitów mieszkających w Nadżranie (który odwiedziłem parę lat temu). Ostatecznie Kaleb musiał – pod naporem Persów – wycofać się z Półwyspu Arabskiego i abdykował, składając jako dar swą koronę w Jerozolimie.
Idę dalej asfaltem w stronę obelisków. Spotykam grupę dzieciaków wracających ze szkoły. Podśpiewują wesoło piosenki. Miłe. Później spotykam na swej drodze stado krów rasy begayt. To czarno-białe łaciate bydło występuje głównie w regionie Tigraj i należy do najstarszych rdzennych odmian. Jest dość silne, by używać w charakterze zwierząt pociągowych i dość smaczne by przeznaczać na mięso i mleko. Na łąkach dostrzegam również parę sztuk długorogiego bydła rasy raya.
Drugie miejsce „historyczne” na trasie do obelisków jest, po prostu, zamknięte. Co prawda odnajduję tablicę informujące o tym, że znajduje się tu sławna stela, ale w pobliżu nie ma żywego ducha. Stela z inskrypcjami o tyle jest ciekawa, że trójjęzyczny tekst opisujący nawrócenie króla Ezany (IV w. n.e.) na chrześcijaństwo i jego podbój sąsiednich obszarów, w tym Meroe – stolicę królestwa Kusz (Sudan) jest lokalnym odpowiednikiem kamienia z Rosetty.
Jestem rozczarowany. Pocieszenie czy też rekompensatę znajduję szybko. Oto coś kolorowego mignęło między gałęziami. Przeleciał ptaszek, usiadł na ziemi. Rozgląda się, pozwalając mi pozachwycać się jego wyglądem. Motylik krasnouchy (Uraeginthus bengalus) z rodziny astryldowatych (Estrildidae) ma brązowe skrzydła i intensywnie błękitne podbrzusze ogon i kuper. Jego policzki ozdobione są czerwonymi plamkami. A zatem to samczyk, gdyż samiczki pozbawione są tych czerwonych plamek. Chociaż występuje licznie w całej Afryce Subsaharyjskiej, widzę go po raz pierwszy w życiu. Muszę powiedzieć, że te wszystkie spotkania z ptakami zawsze mnie cieszą! Ciekawe, jakie jeszcze gatunki zobaczę w Etiopii? Wkrótce dochodzę do stumetrowej niecki wypełnionej wodą. Można by powiedzieć. Staw, jakich wiele. A jednak z niewiadomych powodów zatrzymują się tu dżipy z białasami, a lokalni przewodnicy wmawiają im, że to baseny królowej Saby.
Wkrótce dochodzę do terenu z obeliskami. May Ḥǝǧǧa to znane miejsce, w każdym razie jedno z ważniejszych na terenie na terenie Etiopii. Obeliski z monolitycznych skał zostały ustawione na niewielkim obszarze. Różnią się zarówno rodzajem materiału (bazalt, granit, sjenit), jak i wielkością i jakością wykonania. Pierwsze z tych, które widzę, nie sprawiają dużego wrażenia. To podłużne kamienie mierzące 5-6 metrów ustawione w pionie. Trudno się nimi zachwycać – poza uznaniem dla techniki sprzed niemal 2000 lat. Można jednak ocenić, że postawienie takiego obelisku wymagało tuzina wołów i kilku ludzi, którzy pod kierownictwem bardziej kumatego kierownika stopniowo podnosiło leżący obelisk.
Kilkadziesiąt metrów dalej znajdują się bardziej imponujące monolity, między innymi obelisk numer 3 sięgający 21 metrów. Zwana jest również stelą Króla Ezana i pochodzi IV w n.e. Ma kwadratowy przekrój, wykonany jest z granitu i pokryty geometrycznymi reliefami w kształcie ślepych drzwi i okien. Brakuje tu wykutych inskrypcji tak charakterystycznych dla dzieł starożytnych Egipcjan: między innymi obelisku Ramzesa II w Luksorze lub Totmesa III z Karnaku (wywiezionego do Rzymu). Stela zwieńczona jest charakterystycznym półkolistym czubkiem. Uważa się, że stele markują położenie grobowców, jednakże brak epitafium na obeliskach uniemożliwia identyfikacje lokatora w grobie. Trudno zresztą powiedzieć, czy ewentualnie pod obeliskami znajdują się jakieś komory grobowe. Jeśli tak, to zostały nieźle „przypieczętowane” ciężkimi stelami. „Królewska” stela Ezana waży ponad 100 ton, a ustępujący grunt sprawił, że obelisk zaczął się przechylać. Został zabezpieczony parę lat temu mało fotogenicznymi linami.
Obok znajduje się równie wysoka, 23-metrowa stela nr 2. Zwieńczona jest również półkolistym czubkiem i również pokryta reliefami w kształcie drzwi i okien. Ta stela miała również niełatwy „żywot”. W 1937 roku Mussolini pozazdrościł hiszpańskim złodziejom ograbiającym Indian w Ameryce Południowej, a także Anglikom ogołacającym ze skarbów kultury Egipt, Indie i Birmę. Połakomił się na największy obelisk. Kazał zbudować nawet specjalną barkę, która ułatwiła transport do Europy. Obelisk został ustawiony na Piazza di Porta Capena. Po wielu latach starań Etiopczycy odzyskali w 2005 roku swój skarb narodowy. Warto dodać, że nie tylko Włosi zostali zmuszeni do zwrotu skradzionych zabytków. Ostatnio Wielka Brytania musiała oddać Etiopii cenne przedmioty, między innymi zabytkową Biblię, krzyże, ikony, puchary, koronę oraz dwa pukle włosów należące do cesarza Etiopii Tewodrosa (Teodora) II (1818-1868). Przedmioty te zostały zrabowane przez brytyjską ekspedycję w Etiopii podczas bitwy pod Magdalą w 1868 r. i wywiezione do Anglii.
Jeśli komuś imponuje wysokość tej steli-podróżniczki, to z pewnością byłby pod wrażeniem steli nr 1. Niestety, 33-metrowa Wielka Stela leży obok w kilku kawałkach. Czy rozpadła się podczas transportu z odległego o kilka kilometrów kamieniołomu? A może padła ofiarą trzęsienia ziemi? Trudno powiedzieć. Dość, że jest wykończona, pokryta reliefami (i to z czterech stron!). Rozpadając się na części, stela rąbnęła w komorę grobową zwaną Nefas Mawcha.
Kto i dlaczego stawiał obeliski w Aksum? Jak wspomniałem, obeliski mogą wskazywać położenia grobowców. Były wznoszone w okresie świetności państwa aksumickiego i z pewnością były powodem do dumy ówczesnych władców. Na przełomie III i IV wieku nastąpił jednak przełom. Król Ezana pod wpływem Frumencjusza z Aksum (a właściwie Frumencjusza z Tyru), który wychowywał go od dziecka, ostatecznie przyjął chrześcijaństwo za religię państwową, co oznaczało, że nie wypada już wznosić dla siebie pośmiertnych pomników chwały. Stela nr 3 jest prawdopodobnie ostatnią wielką stelą. Skoro już mowa o Frumencjuszu, to trzeba zauważyć, że jest przykładem świetnej kariery i… szczęścia. Załapał się wraz z bratem Edezjuszem na tramping do Indii. Pech chciał, że statek, którym płynęli rozbił się na wybrzeżu Morza Czerwonego, a organizator wycieczki, Meropiusz, zginął wraz z resztą załogi z rąk tubylców. Bracia zostali dostarczeni jako dar dla władcy Aksum, lecz zamiast wieść nudny żywot niewolnika awansowali na królewskim dworze, a Frumencjusz został królewskim sekretarzem. Przy okazji stał się żarliwym chrześcijaninem nawracających „dzikich”, na nową wiarę. Ochrzcił przy okazji króla Ezanę i tak skończyło się wznoszenie steli w Aksum.
Wstęp na teren z obeliskami jest, zdaje się, płatny, ale kupowanie biletów mija się z celem, jako że wszystko widać jak na dłoni.
Poczułem znów zmęczenie upałem. Znajduję ławkę w cieniu i wyciągam się jak długi. Ptaszki nade mną fruwają, uwijają się wśród gałęzi.
– Are you ok? – wybija mnie z drzemki głos przychodniów najwyraźniej zaniepokojonych stanem farangi.
– Yes, yes, ok! – podnoszę się, by zademonstrować swoją ogólną sprawność.
Czas na dalsze zwiedzanie. Obok znajduje się jeden z ważniejszych kościołów chrześcijańskich w Etiopii. To Kościół Matki Bożej z Syjonu (ርዕሰ አድባራት ቅድስተ ቅዱሳን ድንግል ማሪያም ፅዮን), tu tradycyjnie odbywały się koronacje etiopskich cesarzy.
W tym momencie nie da się wejść na teren kościoła, a muzeum ma być otwarte od 16:00. Pod ogrodzeniem otaczającym kościół rozłożyło się kilku handlarzy oferujących dewocjonalia, a wśród nich metalowe krzyżyki. Niestety, moje propozycje cenowe nie satysfakcjonują Etiopczyków, muszę więc poczekać na inną okazję. Tymczasem ruszam w kierunku tak zwanego Pałacu Królowej Saby, a raczej jego ruin. Prawdę mówiąc, nie oglądałem na zdjęciach tego obiektu i nie wiem, czego się mogę spodziewać. Ale taaaaka nazwa skutecznie mnie zachęca, by odbyć półgodzinny spacer poza miasto.
Opuszczam gwarne okolice kościoła i po chwili wędruję pustymi uliczkami przedmieść. Momentalnie zmienia się klimat okolicy, jest bardziej wiejsko i swojsko. Tu chyba wszyscy się znają, dzieciaki biegają po ulicy, kopiąc piłkę lub po prostu dokuczając sobie. Pojawienie się farangi wywołuje zaciekawienie wśród mieszkańców nie przyzwyczajonych do wizyt obcych ludzi. Dzieciaki jak zawsze zaczepiają mnie, proszą o pieniądze. Domy wyglądają bardzo biednie, są parterowe, w większości pokryte gliną i z drewnianymi ramami okien, a czasem otwartymi okiennicami. Idąc, zaglądam do ciemnych wnętrz i przez ułamki sekund widzę domowe scenki: krzątających się w domach mieszkańców, kobiety gotujące coś na kuchni, mężczyzn rozmawiających w bramie lub naprawiających coś na podwórku. W niewielkim przydomowym ogródku siedzi trzech starszych Tigrejczyków. Zapewne odpoczywają po pracy, bo sączą piwo z plastikowych kubków. To z pewnością piwo domowe zwane siwa, bo widzę, że gospodyni przyniosła właśnie duży gliniany dzban. Tu, na wyżynach, piwo jest warzone z jęczmienia, podczas gdy na nizinach surowcem jest proso, sorgo lub kukurydza; zawsze jednak dodaje się drożdże (Saccharomyces cerevisiae) i suszonych liście gesho (Rhamnus prinoides).
Po pewnym czasie ciągnie za mną już kilkanaścioro dzieci w wieku od pięciu do dziesięciu lat. Męczą mnie o pieniądze i choć próbuję się ich pozbyć, nie odpuszczają. Kilka razy zmieniam kierunek, poruszając się na ukos przez szachownicę ulic. Nawet, gdy opuszczam miasto i idę polną ścieżką, trójka najwytrwalszych lezie za mną. Krzyczą coś do mnie, a jeden zaczyna nawet rzucać do mnie kamieniami. Zawracam i ruszam pędem w ich stronę. No tak szybko biegających dzieciaków nie widziałem. Wyrosną z nich olimpijscy sprinterzy!
Ruiny pałacu królowej Saby wyrastają z rozległej równiny. Od razu powiem, że to jedna wielka ściema. Ruiny położone są pośrodku pustkowia, zajmują obszar około 40 arów i są w miarę interesujące. Archeolodzy określają to miejsce jako wykopaliska Dungur, jednakże w żaden sposób nie wiążą tych ruin z królową Saby. Przemysł turystyczny rządzi się jednak swoimi prawami i określenie stanowiska archeologicznego mianem pałacu królowej Saby jest pewnego rodzaju magnesem dla turystów. Ruiny pochodzą z siódmego wieku naszej ery, mniej więcej tego samego okresu co fundamenty kościoła świętej Marii z Syjonu. Natomiast wspominana w Biblii królowa Saby żyła w X w. p.n.e. Jest więc niemożliwością, by miała cokolwiek wspólnego z pałacem w Aksum. Tym niemniej Etiopczycy, którzy są dumni ze swej bardzo długiej historii (co jest w pełni uzasadnione!), lubią przypisywać swojemu państwu związki z królową Saby. Etiopczycy chętnie uznają swojego pierwszego i legendarnego! króla Menelika I za syna Saby i… króla Salomona (~1000 p.n.e. – ~931 p.n.e.). Faktycznie, wiele wskazuje na to, że królowa (znana w Etiopii pod imieniem Mekeda) z jakiegoś królestwa zwanego Saba lub Sheba, leżącego prawdopodobnie na południu Półwyspu Arabskiego (Arabia felix) wybrała się na wycieczkę do Jerozolimy z wypasionymi darami dla króla Salomona. Być może puszczalska królowa zapomniała się później na imprezie. Etiopczycy uznają, że Menelik wrócił do Jerozolimy jako dorosły mężczyzna, by pogadać z tatą, propozycję objęcia tronu odrzucił, zapakował na wielbłąda Arkę Przymierza i wrócił do mamy. Klimat Arabii chyba mu nie służył, bo machnął się przez morze (Czerwone) i założył królestwo Etiopii***/. Tyle tej antycznej legendy godnej telenoweli. Oczywiście można przyjąć, że pałac w Dungur założyła jakaś inna królowa Saby, problem tylko w tym, że królestwo Saby padło pod naporem Himjarytów w III w n.e. a ruiny są z VII wieku…
Wracając do ruin. Zachowały się tu fundamenty i fragmenty dolnej kondygnacji. Nie wiem, jak wyglądało to stanowisko archeologiczne w momencie odkrycia, ale, sądząc po równym ułożeniu kamieni w murach i wyrównanym poziomie murów, podejrzewam, że obiekt został częściowo zrekonstruowany. Część archeologów dopatruje się tu obecności hypocaustum, co jednak byłoby dziwne z powodu gorącego klimatu. Nie jestem rozczarowany tym miejscem. Pałac Dariusza I w Shush (Iran) również nie wyglądał zbyt imponująco. Nie mówiąc o kupie kamieni na Forum Romanum, którymi wszyscy się zachwycają…
Po drugiej stronie drogi biegnącej obok ruin znajduje się miejsce zwane Polem ze stelami nr 2. Teren nie jest ogrodzony, jest ogólnie dostępny. Co prawda jakieś facet skryty w cieniu steli wydziera się do mnie, chcąc, żebym kupił jakiś wyimaginowany bilet, ale zwyczajnie go olewam.
– Don’t even try!
Obelisków lub jak ktoś woli – steli jest tu kilkanaście i już na pierwszy rzut oka wyglądają na bardzo stare. Są to wydłużone kamienne bloki bardzo prymitywnie obrobione, jak gdyby tylko ociosane „z pierwszego”. Powierzchnie mają zaokrąglone, nie widzę również ornamentów ani inskrypcji. Zresztą nie staram się dokładnie przyglądać tym zabytkom. Uznaję, że to miejsce mi się po prostu podoba. Robię parę fotek i ruszam drogą stronę miasta.
Upał wciąż jest spory i, jak widzę, nie tylko mi dokucza. Wiele Etiopek idących ulicą kryje się przed palącym słońcem pod parasolami. Skręcam w stronę glinianych przedmieść, przez które dziś już przechodziłem, po drodze wypijam jeszcze zimną coca-colę i dochodzę do kompleksu maryjnego. Niespecjalnie zależy mi na zwiedzaniu muzeum. I tak nie można oglądać "prawdziwej" Arki Przymierza. Przechodzą przez bramę z żebrakami, nie zapominając o przeżegnaniu się i siadam na chwilkę na ławce w cieniu. Cały kompleks „starego” Kościoła św. Marii z Syjonu wraz z pozostałymi budynkami (Kaplica Tablic i nowy Kościół Matki Bożej z Syjonu) zajmuje spory teren o charakterze parkowym. Ludzie tu odpoczywają, ale też jedzą lub modlą się. W pobliżu rozsiadła się grupa młodzieży, śpiewają psalmy w swoim języku. Miło się ich słucha.
Przede mną znajduje się brama prowadząca na teren starego kościoła. Przechodzę na drugą stronę, mijając mężczyznę w średnim wieku modlącego się na kolanach. Przede mną, na kilkustopniowym podwyższeniu stoi się XVII-wieczny kościół. Zbudowany na planie prostokąta ma dość prostą bryłę. Dach jest zwieńczony niewielką nadbudówką, a ściany ozdobione krenelażem. W narożniku placu kościelnego znajduje się wolnostojąca dzwonnica. Siedzi pod nią starszy mężczyzna i podśpiewuję jakieś pieśni religijne. Cóż za utalentowany naród! Stary kościół jest zamknięty, obchodzę budynek dookoła. Zaglądam przez brudne okna i odnoszę wrażenie, że kościół jest nieużywany.
Obok znajduje się Kaplica Tablic. Jak nazwa wskazuje, znajdują się tu tablice z Dekalogiem umieszczone w Arce Przymierza. Wiadomo z księgi Jozuego, że Arka Przymierza miała magiczną moc przydatną podczas oblężenia Jerycha przez Izraelitów (chociaż zawsze myślałem, że większą rolę odegrały tam trąby jerychońskie 😉). Boska moc emanuje również z Mojżeszowych tablic, a najlepszym dowodem jest popękanie kamiennego wewnętrznego sanktuarium w starym Kościele Matki Bożej z Syjonu, gdzie początkowo umieszczono Arkę. Konieczne było przeniesienie jej do nowej kaplicy, której budowę zasponsorowała etiopska cesarzowa Menen. Budynek jest niewielki z ornamentowanymi ścianami. Rzecz jasna, wstępu do niego nie mam.
Przenoszę się pod nowy kościół. Prezentuje nowoczesną architekturę z typowymi tradycyjnymi elementami etiopskimi. Budynek na planie koła z olbrzymią kopułą i czterema kaplicami z kolebkowym sklepieniem.
Później przed kościołem widzę kilku białasów chodzących z przewodnikiem. Sam kościół jeszcze jest zamknięty, niestety po pewnym czasie jakiś cieć wygania mnie z ogrodzonego terenu. Zapewne wpuszczać będą teraz ludzi z biletami. Na stoisku przed kościołem kupuję krzyżyk i już prosto wracam do hotelu.
– Hej, jak twoja noga? – pytam Marcina.
– Dużo lepiej. Wychodziłem nawet coś zjeść.
– A ja się nachodziłem dzisiaj.
Streszczam, co widziałem.
– Może pójdziemy jeszcze coś zjeść proponuję Marcin – a przy okazji zajrzymy do punktu serwisowego z telefonami. Może coś doradzą, dlaczego nie masz internetu.
– Dobrze, tylko wypiję kawę.
Zrobił się wieczór na ulicy sprawdzamy jeszcze ten owoców mam ochotę na pomidory. Na straganie mam ochotę na pomidory. Odnajdujemy sklepik workami z komórkami. Chłopak jest gotów sprawdzić moją komórkę. Długo, długo rozkminia ustawienia moich kart SIM (przy okazji nawiązuje płatne połączenie przez polską kartę SIM). Marcin jak zwykle bajeruje chłopaka swoimi kontaktami handlowymi. Etiopczyk po chwili już ma wizję wyłącznego przedstawiciela firmy handlującego chińską elektroniką. Wymieniają się numerami do WhatsAppie.
– Znasz jakieś miejsce, gdzie można dobrze i tanio zjeść? – pyta Marcin.
Chłopak poleca nam knajpkę przy głównej ulicy, udziela wskazówek.
– A co z moją komórką? – pytam.
– Ustawienia są okej, tylko sieć safari.com nie ma tu zasięgu...
– Aha.
Tyle to i ja wiedziałem. Liczyłem na to, że wyjaśni się brak roamingu do innych etiopskich sieci.
Żegnamy się. Chłopak mówi, że zaraz zamknie interes i przyjdzie do knajpki. Miejsce wygląda na uczęszczane, chociaż początkowo mamy problem z ustaleniem menu. Zaglądam do kuchni i pokazuję palcem, co chcę zjeść. Zjawia się Etiopczyk od komórek i dalej spędzamy czas we trójkę. Chłopak jest sympatyczny i miło się rozmawia, ale czuję się zmęczony i... najedzony. Porcja ryżu z warzywami na gorąco i sałatką z marchewki, buraków i ziemniaków oraz bułkami jest olbrzymia. Proszę więc, by obsługa spakowała mi jedzenie do pudełka.
– Przepraszam was – mówię – Wracam do hotelu, położę się.
Nachodziłem się dzisiaj przez 8 godzin bez żadnej osłony głowy i po prostu źle się czuję.
___________________________________________
*/ Do Etiopii zawitał natomiast bizantyjski mnich, Kosmas Indikopleustes (VI w. n.e.), który wraz karawaną kupiecką przewędrował Syrię i Egipt, a po zwiedzeniu królestwa Aksum, drogą morską udał się do Indii i dalej na Cejlon. Ktoś mógłby powiedzieć: „podróże kształcą”. Ale nie w przypadku Kosmy. Ten pożal się boże geograf wydał swe dzieło życia – „Chrześcijańską topografię wszechświata”, w którym – opierając się na Biblii – twierdził, że: „Nie można wierzyć świeckiej nauce, która wyobraża sobie, iż rozumem można objaśnić świat”. Owocem jego rozważań i doświadczeń był prymitywny obraz świata, w którym nieruchomą płaską Ziemię w kształcie prostokąta (i Palestyną pośrodku) obiegały słońce i inne planety, chowając się za wielką górą od czasu do czasu.
**/ Pełny tytuł brzmi: „Jego Świątobliwość Abune Mathias I, szósty patriarcha i katolikos Etiopii, arcybiskup Aksum i Ichege ze stolicy św. Taklehaimanota”.
***/ Według Kebra Nagast, XIV-wiecznej księgi etiopskiej, która opisuje historię dynastii salomońskiej, królestwo Saby mieściło się w Afryce, Menelik nie musiał tworzyć nowego państwa. Jak na mój gust to wszystko nie trzyma się kupy: dlaczego Menelik I miałby być pierwszym etiopskim królem, skoro matka (Mekeda) rządziła krajem i zapewne miała swych poprzedników?