Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Uroki autobusu "Premiere Class" | Dlaczego tak śmiecą?! | Szukam khatu | „Nie daruję tego skunksowi!”
Noc przelatuje jako tako. O godzinie 3:00 wstaję i próbuję opuścić hotel. Brama jest oczywiście zamknięta, pukam do jakichś pokoju, w którym świeci się już światło. Mężczyzna, który pojawia się w drzwiach, mówi, że trzeba zawołać gościa śpiącego na podwórku na glebie. Budzę staruszka, otwiera mi bramę. Z ulgą opuszczam ten hotel i idę na dworzec. Czekam w rosnącej grupie pasażerów na otwarcie dworca. Mój autobus ma numer 121, lecz miejsca są nienumerowane. Standard w autobusie jest dużo niższy niż w poprzednich autokarach, jest ciasno, a fotele bez możliwości opuszczenia. Zajmuję strategiczne miejsce przy otwieralnym oknie i czekam na skompletowanie pasażerów. Ludzie schodzą się i schodzą, trwa to godzinę.
Powiedzieć, że podróżowanie po Etiopii to makabra to nic nie powiedzieć. Oczywiście zdarzyło mi się podróżować na długich odcinkach niejednokrotnie. Ale, jeśli wsiadasz do autobusu o 4:00 rano, a po ośmiu godzinach stwierdzasz, że przejechałeś tylko 200 km, to naprawdę można się załamać. Ja wiem, że jeździmy przez góry, ja wiem, że drogi są beznadziejne, że ciągle są korki, że zatrzymuje nas co chwilę policja. Ale jednak ta droga to makabra. 524 km dzielące Dire Dewa i Addis Abeba w warunkach europejskich można pokonać za parę godzin. Dziś będziemy jechać pewno do 18:00. Autobus, którym jadę, to „Premiere class”. Aż strach pomyśleć, jak może wyglądać druga klasa. Tu w jednym rzędzie znajduje się pięć miejsc i można powiedzieć, w zasadzie jest to przestrzegane – inaczej niż w Nikaragui, gdzie na jednym miejscu siedziało dwóch chudych lokalsów.
Droga na ogół jest asfaltowa, ale, żeby kierowcy nie rozpędzali się za bardzo w wielu miejscach kładzione są na jezdni wały z asfaltu lub ziemi. Sporo jest podjazdów o nachyleniu 10 i 11%. W takich miejscach ciężarówki tworzą gigantyczne korki, a autobusy i busy próbują atakować kolumnę samochodów z lewej lub z prawej strony. Udaje się im to oczywiście tylko częściowo, bo gdy rusza kawalkada pojazdów z przeciwnej strony dochodzi do armagedonu. Tu nie ma, jak gdyby zbiorowego myślenia, każdy działa na własną rękę. Chodzi o to, by wyprzedzić innych, by znaleźć się gdzieś wcześniej od pozostałych.
Gdy stajemy w korku pasażerowie szybko wysiadają za potrzebą, nie zawsze zdążą wskoczyć z powrotem, gdy odjeżdżamy dalej. Właśnie widzę dwie kobiety, które przykucnęły na poboczu rozkładając szeroko swoje spódnice. Ich autobus ruszył, biegną teraz za nim. Autobus jednak przyspiesza, kierowca nie zwraca uwagę na zgubione pasażerki. Później się przekonam, że nie dogoniły go. Nie należy więc pić płynów do oporu. Ja mam ze sobą wodę, ale ograniczam spożycie. Ominęło mnie dziś śniadanie, otworzyłem więc w końcu paczkę krakersów, które wiozłem ze sobą od Krakowa. Właśnie na takie okazję mam zapas jedzenia.
Trzeba przyznać, że droga jest bardzo ładnie położona – oczywiście z punktu widzenia krajoznawczego. Kręta droga prowadzi bowiem nie doliną, lecz po górskich grzbietach wznoszących się na 2300-2500 metrów. Po lewej i prawej stronie opadają w dół rozczłonkowane doliny. A odległe krajobrazy giną powietrznej perspektywie. Na zboczach tych dolin dziesiątki pokoleń Etiopczyków stworzyło tarasy ułatwiające uprawy roli. Niektóre pola mają grządki bardzo głębokie ułożone wzdłuż poziomic bardzo głębokie. Umożliwiają wzrost roślin w zagłębieniach dzięki gromadzeniu się tam nocnej wilgoci lub wody opadowej. Jedziemy więc tak zakręt za zakrętem, podjazd za podjazdem, przełęcz za przełęczą. Z rzadka przyjeżdżamy przez lasy. Rosną w nich głównie cyprysy spotykamy też lasy wawrzynowe, który tak bardzo podobały mi się na Maderze.
Wczoraj wieczorem nie naładowałem akumulatorów i powerbanków, byłem poddenerwowany po dniu pełnym emocji. Teraz podładowałem tylko komórkę z powerbanku. Musiałem przed chwilą zmienić kolejny akumulator w aparacie, mam nadzieję, że na dzisiejszą podróż prądu mi wystarczy. Cały czas staram się fotografować krajobrazy i ludzi widocznych z ulicy. Kobiety i tutaj są pięknie poubierane w barwne suknie i chusty, roślinność, ta rosnąca przy drodze, jest zwykle zakurzona, zwiędnięta i taka… smutna. Przyglądam się tym krajobrazom i nie mogę się naprawdę nadziwić temu syfowi, który towarzyszy nam w każdym miejscu, na każdym kilometrze. Widać, że te śmieci leżą od wielu lat, a pogniecione butelki, jeżeli nawet częściowo się zdegradują, to i tak pozostanie problem z mikro- i nanoplastikiem, który przenikać będzie do wód gruntowych. Niezależnie od tego, czy to miasteczko, czy wieś, wokół każdego domu widzę gruz i śmieci, otoczenie jest nieuporządkowane. Przecież to nie jest jakaś budowa, oni mieszkają tam od lat, ale nie podejmują, jak się wydaje, żadnych działań, by to wszystko uprzątnąć, żeby żyć w ładnym otoczeniu. Czy naprawdę nie mają takich potrzeb estetycznych? Bo przecież tu nie chodzi o pieniądze, nie chodzi tu o czas. Wiele z domów – nieremontowanych, nienaprawianych przez lata, popadło w ruinę. Czasem zostają tylko ściany działowe, dachy są zapadnięte. Czyżby mieszkańcy uciekli z tych domów do wielkich miast?
Mija 8 godzin od wyruszenia z Dire Dewa, nie wiem, jak się skończy ten dzień. Nie wiem, o której dojedziemy do Addis Abeby, nie wiem, gdzie będę spać, czy będzie chciało mi się jechać do Debre Byrhan. To dopiero byłby maraton… Z drugiej strony chciałbym odpocząć, zapłacić te 20 dolarów za dwa ostatnie noclegi, ale mieć już spokój ze wszystkim.
Znów stajemy w korku. Jest okazja, by przyjrzeć się parze sporych rozmiarów ptaków, które żerują wśród śmieci na poboczu. To kruki grubodziobe (Corvus crassirostris) Mają bardzo duże, ale wąskie dzioby, które nadają ptakom bardzo charakterystyczny wygląd. Są wszystkożerne, żywią się larwami chrząszczy ze zwierzęcego gnoju, padliną, resztkami mięsa i ludzkiego jedzenia. Początkowo, ze względu na białe, krótkie piórka na karku, wziąłem je za kruki srokate (Corvus albus), których gody podglądałem w Gambii. Jednak u tamtego gatunku białe było również podgardle i brzuch.
Jedna z kobiet, która jedzie z nami w autobusie zwraca moją uwagę. Podróżuje z mężem i trzyletnim dzieckiem. Ubrana jest całkiem zwyczajnie na ciemną sukienkę narzuciła koronkową chustę, drugą czarno-żółtą zawinęła na głowie. Wyróżnia się tatuażem, Tworzą go trzy „naszyjniki” od ucha do ucha. Chociaż kilka razy próbuję zrobić ją sfotografować, zdjęcia robione w ciemnym autobusie wychodzą mało wyraźne.
Wciąż wypatruję przez okno pól z khatem. Okolice Harar znane są uprawy tej rośliny. Jednak zbyt mało znam się na uprawach, by z daleka rozróżnić gatunki. Cóż, wychowałem się w mieście i chociaż bez problemu rozróżniam jęczmień, owies, żyto i pszenicę, to już odróżnienie sorgo od prosa sprawia mi trudność. Podróżując, nauczyłem się na pierwszy rzut oka rozpoznawać uprawy ananasów (Ananas comosus, L.) oraz pitaji (Hylocereus undatus), ale w dalszym ciągu nie wiem jednak nie rozpoznam uprawy manioku (Manihot esculenta, Crantz) czy batatów (Ipomoea batatas, L.).
Kierowca coś mówi do pasażerów. Zjeżdżamy z głównej drogi i zatrzymujemy się na obszernym podwórku, gdzie stoi już kilka autobusów. Czas na obiad. Siadam przy stoliku i czekam na obsługę. W takich miejscach ruch jest spory i muszę kilka razy przywoływać zagonionego kelnera.
No, nie powiem żebym się najadł tym makaronem. Zawsze w czasie wyjazdów tęsknię za tradycyjną polską kuchnią i teraz też nie mogę się doczekać, kiedy zjem w Krakowie kotlet z ziemniakami.
Do stolicy zostało jeszcze 200 km. Wciąż mam nadzieję, że niedługo tam dojedziemy. A być może jeszcze zdążę pojechać jeszcze dziś do Debre Byrhan. O, jakże naiwny jestem! Chociaż jedziemy tą samą trasą co do Harar, autobus porusza się znacznie wolniej z powodu częstych kontroli policyjnych. Kontrole nie ograniczają się tylko do przedstawienia przez kierowcę dokumentów autobusu, często do środka wchodzą mundurowi i sprawdzają dokumenty podróżnych. Dwukrotnie zdarza się, że każą pasażerom wyjść i przeszukują pozostawione bagaże. Ja w takich sytuacjach nie opuszczam autobusu i nie pozwalam na grzebanie w moich plecakach. Na jednym z takich przymusowych przystanków udaje mi się jeszcze sfotografować szaro-czarnego bilbila somalijskiego (Pycnonotus somaliensis).
Do Addis Abeby docieramy już po zmroku. Tak, jak poprzednim razem, trudno mi się zorientować, na który dworzec zajedziemy. Na pewno nie na Lamberet, tyle wiem. Około 21:00 korzystam z okazji i wyskakuję przy Mexico. To spory kawałek drogi od hotelu, ale teren już mam rozpoznany. Chcę jednak zaoszczędzić na czasie i wyszukuję transport w aplikacji Feres. Potrzebuję tylko do pomocy miejscowych, by porozmawiali z kierowcą.
– No problem – stwierdzają młodzi mężczyźni, których zaczepiam na skrzyżowaniu.
Po chwili podjeżdża umówiony samochód, Etiopczycy tłumaczą na wszelki wypadek kierowcy, dokąd ma jechać.
– Thanks a lot! – żegnam się.
Przejeżdżamy obok placu Meskel, lecz kierowca, zamiast skręcić w Bole Street, jedzie prosto.
– Wait, wait! – reaguję natychmiast – This is the wrong road. At the roundabout you should have turned right.
Etiopczyk przystaje, lecz po chwili kontynuuje jazdę. Faktem jest, że na dwujezdniowej drodze nie może zawrócić. Skręcamy w DR Congo St. Lecz zamiast zawrócić na Bole St. – co też mu podpowiadam, kierowca jedzie aż do Ethio China Road – prawie pod lotnisko.
„Nie daruję tego skunksowi!” – powtarzam sobie w myśli. Nawet, jeśli nie zna swojego miasta, to aplikacja pokazała mu, dokąd ma mnie zawieźć. Przed hotelem podaję mu odliczone pieniądze, które pojawiły się w aplikacji 233 ETB. Etiopczyk zagląda do aplikacji, by sprawdzić faktycznie przejechaną drogę i mówi:
– 380 birr.
– No! You went wrong way. It was your fault. I’ll pay you the money from application.
Zaczynamy się kłócić. Kierowca blokuje drzwi, nie chce mnie wypuścić. Dzwoni do centrali, by zgłosić problem z pasażerem. Przejmuję od niego telefon i tłumaczę rozmówcy w czym rzecz. Atmosfera się rozgrzewa, nie wiem, czy nie skończy się na policji. Do kłótni włącza się chłopak z knajpy, w której kiedyś byłem z Marcinem. Tłumaczę mu co i jak, a chłopak mnie popiera. Ktoś z centrali chce ze mną rozmawiać, mówi, że wszystko jest załatwione, że zapłaciłem tyle, co trzeba. W końcu mogę wysiąść.
Tyle emocji na dziś. Ląduję w końcu na starych śmieciach. Biorę pokój, prysznic i do spania!