Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Addis Abeba

poniedziałek, 27 I 2025


Kupuję jäbäna | Forbidden! Forbidden! | U ojca Estifanosa | Do czego służy trawa? | 30 kobiet w 20 minut! | Polacy wracają do kraju


Dziś ostatni dzień w Addis Abebie, po północy wylatuję do Warszawy. Ten dzień w zasadzie jest mi już zbędny, dostatecznie dużo zwiedziłem już stolicą i bez żalu mogę wyjechać. Co dziś będę robić? Sprawdziłem jeszcze raz w sieci, że Muzeum Narodowe jest zamknięte do odwołania, tak więc moja randka z Lucy jest nieaktualna. W tamtej okolicy jest natomiast Muzeum Sztuki i Nauki. Co prawda nie spodziewam się rewelacji po sztuce i nauce abisyńskiej, ale w ramach wypełnienia czasu jestem skłonny tam się przejść.

Póki co o 10:00 wychodzę z hostelu. Żegnam się z nim bez specjalnych żalu, uważam, że 9 dolarów za noc to przesadzona cena za pokój z odrapanymi i brudnymi ścianami oraz łazienką bez światła i ledwo cieknącą wodą. Przypuszczam, że dopiero w bardzo drogich hotelach w Addis Abebie jest dostępna ciepła woda. W przeciwieństwie do wielu krajów basenu Morza Śródziemnego, gdzie powszechnym rozwiązaniem są zbiorniki na dachu, w których woda się podgrzewa, tutaj takiego wynalazku nie stosuje się.

Udaje mi się w końcu odszukać market czy też bazar w dzielnicy slumsów, na którym byłem z Marcinem tydzień temu. Dziś nie ma tu stoisk z odzieżą i plastikowymi rzeczami, Dominują produkty spożywcze, kasza, fasola i zboże w dużych workach, także przyprawy różnego rodzaju i owoce. Ciągle chcę kupić krzyżyk dla Renaty, lecz na straganach nie widzę żadnych podobnych wyrobów.

W pewnym momencie dostrzegam z boku parę stoisk czy sklepików z ceramiką, na których dominują te tradycyjne gliniane dzbanki jäbäna do podawania kawy. Dzbanki są w kolorze czarnym lub ciemnobrązowym, niektóre są szkliwione i wtedy są znacznie droższe. Notabene, w procesie szkliwienia używa się tutaj gumy pochodzenia roślinnego zamiast szkliwa nieorganicznego. Jednak bardziej podobają mi się te bez glazury, są bardziej naturalne i często ozdobione mniej lub bardziej wyszukanymi ornamentami. Zależy mi na małym naczyniu, przecież muszę w całości dowieźć je do Polski, poza tym w domu nie mam coraz mniej miejsca na pamiątki. Nie przewiduję, abym serwował kawę z takiego naczynia, chociaż kto wie? Może któryś z gości się na to skusi. Potrzebuję również drewnianej zatyczki do tego imbryka oraz podstawki. Te ostatnie są w dwóch rodzajach. Pierwszy to ceramiczne palenisko czy też podgrzewacz; niestety dzbanek nie ma wtedy stabilnej pozycji. Drugi rodzaj to wyplecione z trawy czy też trzciny kółko, w którym wygodnie można posadzić dzbanek i taki komplet mi się bardziej podoba. Zakupy dokonywane przez farangi wzbudzają uzasadnioną ciekawość wśród okolicznych przekupek, które żywo wymieniają spostrzeżenia na mój temat i mojego zachowania. Pomiędzy przekupkami pracuje w małej kanciapie starszy mężczyzna, wykonuje usługi krawieckie. Właśnie w tej chwili coś zszywa, używając przedpotopowej maszyny do szycia. Skupiony na swojej pracy, nie zwraca uwagi na otoczenie. Lubię te klimaty, z nostalgią wspominam krawca z placu Durbar w Nepalu.

Idę dalej w kierunku placu Meskal. W ogrodzie przy muzeum Abisynii przepakowuję plecak, zabezpieczając starannie dzbanek, i zjadam kupione w slumsach bułki z pomidorami i cebulą. Trochę mi to zajmuje czasu, ale przecież się nie spieszę. Mam dziś dużo czasu, co najmniej do 18:00, czyli do zmierzchu, będę się kręcić po mieście. Wciąż mam 700 birrów i zamierzam je wydać.

Przede mną roztacza się panorama miasta. Z daleka dobiega szum samochodów, dźwięk klaksonów i syren. Między gałęziami, w koronie drzew, świergoczą małe ptaszki wielkości wróbla. To chyba wróble siwogłowege (Passer griseus). Są niestety trudne do sfotografowania. Przyleciał natomiast czarny ptak z białą z białym kołnierzem. To kruk srokaty (Corvus albus) rozpowszechniony w całej Afryce Subsaharyjskiej. Widziałem go już kiedyś w Gambii, chętnie bym go i teraz sfotografował. W momencie, kiedy wyjmuję aparat, rzuca się na mnie jeden z dziesięciu strażników, którzy tu bez sensu siedzą i pilnują nie wiadomo czego i krzyczy:

– No camera! No camera!

Wzruszam ramionami, a ten dalej swoje.

– Forbidden, forbidden!

Facet mówi, że mogę fotografować tylko przy pomocy komórki, aparatem nie wolno.

– But why?

– Forbidden.

Widzę, że nie pogadam z nim. Idę do muzeum, gdzie siedzi panienka znająca być może lepiej angielski. Tłumaczę jej, że mam problem z facetem, który zabrania mi robić zdjęcia na zewnątrz.

– Understand, it is not allowed – mówi.

– But why?

– No application – mamrocze bez sensu – We have regulation…

– Show me!

Dziewczę stwierdza, że mogę pogadać z dyrektorem. Okej, niech mnie zaprowadzi do niego. Trafiam do jakiejś kobieciny w kantorku. Tłumaczę, co i jak. A ona swoje:

– Czy byłeś w muzeum?

– Byłem już i nie chcę więcej razy wchodzić.

– Ale musisz zapłacić drugi raz, jak chcesz wejść.

– Ale ja nie chcę wchodzić.

Ciężki z niej przypadek. Jakiś facet się wtrąca i coś plecie.

– Nie znam cię, kim ty jesteś? – pytam uprzejmie.

Jest pracownikiem. I znów się zaczyna.

– Czy chcesz wejść do muzeum? – pyta.

– Nie. Chcę robić zdjęcia.

– Musisz kupić bilet.

– Czy ty rozumiesz po angielsku?

– Tak.

– Czy możesz myśleć po angielsku?

– Tak.

– No, to słuchaj: ten gość zabrania mi robić zdjęcia panoramy miasta. Mogę robić czy nie?

Mężczyzna konsultuje się z ochroniarzem i kobietą.

– Możesz. To nieporozumienie.

Dobra, kończę tą zabawę. Ładny ptak już dawno odleciał. Co można sądzić o tej sytuacji i takim kraju? Mundur zawsze daje poczucie władzy, zwłaszcza, gdy jest wzmocniony pałką. Można wówczas rozkazywać nakazywać lub zakazywać.

Oczywiście, w każdym kraju zdarzają się takie prymitywy umysłowe.

Na ulicy zaczepia mnie kolejny facet.

– How are you?

– Fine.

– Chcesz iść do muzeum martyrologii? – pyta, choć muzeum jest w zasięgu wzroku.

– Nie. Byłem już.

– Ja pracuję w Muzeum Narodowym. Mogę cię tam zaprowadzić.

– Jest w remoncie.

– A skąd wiesz?

– Byłem. A ty jesteś kłamcą i wcale nie pracujesz w Muzeum Narodowym.

Mam serdecznie dość Etiopczyków!

Przy kościele St. Estifanos Church (ቅዱስ እስጢፋኖስ ቤተክርስቲያን) koło placu Meskel trafiam na stragany z dewocjonaliami. Wśród świętych obrazków, kolorowych religijnych broszur, łańcuszków, prawosławnych różańców dostrzegam drewniane i metalowe etiopskie krzyżyki. Chyba nigdy nie ucieszyłem się na widok krzyżyka! Cena jest przystępna, można powiedzieć normalna, kupuję krzyżyk bez wahania. Jest troszkę brzydszy, mniej starannie wykonany od tego, który kupiłem w Aksum, planuję więc zostawić go dla siebie, a tamten dać Renacie.

Usatysfakcjonowany zakupem idę w stronę kościoła. Przy alejce ustawionych jest jeszcze kilkanaście straganów, oferujących, między innymi metrowej wielkości obrazy i makatki z podobiznami Matki Boskiej, Chrystusa i innych świętych. A oto i przystrojony w barwy narodowe kościół pw. Ojca Stefana. Abba Estifanos był żyjącym na przełomie XIV i XV wieku mnichem chrześcijańskim pochodzącym z Tigraj, wędrownym kaznodzieją i męczennikiem, znanym ze swojego ruchu reformacyjnego. Wzywał do ascezy i sprzeciwiał się kultowi świętych w imię rzymskiej zasady soli Deo gloria. Nie wszystkim się to podobało i chociaż zyskał swych stronników, zwanych później stefanitami, to żywot zakończył marnie – został ukamienowany. A wielu stefanitów, którzy odmówili pokłonu Matce Boskiej i Chrystusowi, straciło nosy i uszy. W tym kontekście zastanawiająca jest obecność obrazów Chrystusa i Matki Bożej na straganach. Widocznie Etiopczycy potrafią pogodzić rożne rzeczy.

Kościół jest nowoczesny, kanciasta bryła z ledwo widoczną z poziomu ziemi centralną kopułą. Wielki portal na głównej fasadzie ozdobiony jest obrazem przedstawiającym św. Stefana podczas kamienowania. Wejście jest oczywiście zamknięte. Wierni, którzy tu przyszli, siedzą na ławkach w podcieniach na zewnątrz, niektórzy się modlą, niektórzy odpoczywają. Z boku chłopak robi pokłony. Pięć, dziesięć, dwadzieścia... Nie wiem, jak długo tu stoi i jak długo wytrzyma. Przypomina mi się młody buddysta, który robił głębokie pady na ziemię w Ułan Bator. Myślę, że i ten będzie miał niezłą kondycję.

Odpoczywam przez chwilę w parku Addis Ababa. Rosną tu moje ukochane żakarandy, a park jest zadbany: rabatki, ławki… Tyle że jakoś ludzi nie ma. Może nie ta pora dnia. Mam ochotę zobaczyć z bliska Pałac Narodowy, ale nikt nie umiem mi powiedzieć, czy możliwe będzie tam się dostać. Nie chce mi się chodzić tam i z powrotem, zwłaszcza że noszę przecież plecak ze sobą. Szybko się wyjaśnia sprawa Muzeum Sztuki i Nauki: jest po prostu zamknięte. Nieważne, wracam.

Jest już godzina 14:00, muszę jeszcze coś zjeść. Wstępuję na kawę do znajomej knajpki, w której zjadłem pierwszą w życiu indżerę. Kawa kosztuje 20 birrów. Ale zważywszy, że to, tak naprawdę, są dwa duże łyki, to żeby napić się kawy w odpowiedniej ilości, trzeba wypić kilka filiżanek. Obiad zjadam przy ulicy po przeciwnej stronie w „mojej” knajpce. Już mnie tu znają, dziewczęta witają mnie promiennym uśmiechem. Zamawiam pastę i shia, czyli herbatę. W knajpie, podobnie jak w wielu innych barach i sklepach, rozrzucona jest na podłodze wysuszona trawa.

– Mogę spytać, po co ta trawa? – pytam parę młodych ludzi, siedzących przy stoliku obok.

– To taki tradycyjny zwyczaj.

– Z okazji Timkat?

– To też. W Etiopii często rozkłada się trawę na podłodze tam, gdzie podawana jest buna, czyli kawa.

– A kiedy ta trawa będzie sprzątnięta?

– Może za dzień, dwa. Ważne, żeby była zawsze świeża i pachnąca.

– Rozumiem – przytakuję.

– W ostatnich latach niektórzy rozrzucają prócz trawy także kwiaty – dopowiada dziewczyna.

– Czyli chodzi o to, by picie kawy było przyjemne.

– Tak, to nasza stara tradycja. Staramy się ją kultywować.

Ciekawe, jak się zapatrują na kawę z ekspresu i inne wynalazki. No nic, żegnam się z sympatycznymi Etiopczykami i ruszam dalej.

Teraz kierunek lotnisko. Po drodze mam starcie z cieciem pilnującym wejścia do bramy jakiegoś budynku.

– No, no, no! – krzyczy, widząc, że robię zdjęcie komórką interesującej mnie fasadzie.

Zastanawiam się, czego oni się tak boją. Chyba nieprzyzwyczajeni do białasów.

Ostatni mój zakup to dwulitrowa woda, myślę, że do północy wystarczy. Przy okazji konstatuję, że cena półlitrowej pepsi-coli w dużym samoobsługowym sklepie wynosi ponad 170 ETB (5 PLN).

Na lotnisku jestem o 17:00. Tu spotykam dużą grupę kobiet zajmujących miejsce w jednej części hali odlotów. Ponad setka Etiopek w większości około 25-40 lat. Siadam z boku, zastanawiając się, czy to specjalne miejsce dla kobiet. Nie widzę bowiem mężczyzn w tej grupie pasażerów. Póki co idę się umyć i przebrać. Po chwili podchodzi do mnie dziewczę w chuście na głowie i, trzymając przed sobą komórkę, mówi do mnie:

– Internet.

– Chcesz, żebym ci ustawił WiFi?

Przytakuje. Okej, włączam jej lotniskowe WiFi, ale widzę, że jest więcej chętnych. Podchodzą do mnie kolejno. Ustawiam połączenie drugiej, trzeciej, czwartej, a potem piątej Etiopce.

– Okay, connecting... connecting... – mruczę, obserwując proces łączenia – Connected.

Gdy w tym momencie podnoszę głowę do góry, widzę nad sobą około 20 dziewczyn. A każda z komórką wyciągniętą przed siebie chce, żebym ustawił jej WiFi. W sumie, jak oceniam, w ciągu 20 minut obsłużyłem 30 kobiet! Pasażerowie przyglądają się tej scenie i śmieją się, a ja zastanawiam się, czy przy tej ilości połączeń wystarczy dla mnie internetu. Później podchodzi do mnie jakaś sierotka z wydrukowaną po angielsku rezerwacją. Nie dziwię się, że ma problem z przeczytaniem. Przejmuje ją jakiś mężczyzna w średnim wieku znający zarówno angielski jak i amharski.

– Czy one jadą na hadżdż? – pytam go później.

– Nie, jadą do pracy do Arabii Saudyjskiej.

Pytam go o organizację takich wyjazdów. Wyjaśnia, że są biura organizujące pracę po obu stronach, działają w oparciu o międzyrządową umowę.

– Kilkaset tysięcy Etiopek tam pracuje – dodaje.

– Ale czy to nie jest problem dla rodziny? Kobiety w Etiopii ciężko pracują w gospodarstwie, gdy wyjadą za granicę, w domu będzie brakować rąk do pracy.

Etiopczyk nie widzi w tym problemu. Zapewne obowiązki przejmują córki, niech się przyzwyczajają. Praca w bogatych krajach arabskich jest dla Etiopczyków dochodowa, więc może istnieje nawet presja na kobiety, by tam zarabiały. Wielu migrantów dostało się do pracy w Arabii Saudyjskiej nielegalnie lub utraciło status legalnego pracownika. Pomagają im w tym zorganizowane grupy przemytników. „Brookerzy” pobierają od zdeterminowanych Etiopczyków gigantyczne prowizje, później przemycają ich ciężarówkami do Tog-wachale, kluczowego mieście tranzytowym położonego 17 kilometrów od granicy Etiopii z Somalią, a dalej łodziami przez Morze Czerwone. Wysadzają na wybrzeżu Jemenu lub Arabii Saudyjskiej, pozostawiając często samym sobie. Dwa lata temu rządy obu krajów podpisały porozumienie o deportacji do ojczyzny 100 tysięcy Etiopczyków.

Wieść o moich usługach rozchodzi się na całym lotnisku i później nawet z końca hali przebiegają do mnie dziewczyny i bez słowa wręczają mi swe komórki. Wiele z tych oczekujących na odlot do pracy kobiet ubranych jest w jak gdyby niebieskie mundurki i różowe chusty, przy czym te mundurki mają napisy organizacji pośredniczących w rekrutacji do pracy. Niektóre z kobiet są już teraz przygotowane do pracy w tamtych warunkach: ubrane są w czarne burki z wąską szparką na oczy. Widzę też kilka kobiet w średnim wieku w znoszonych koszulkach z nazwą firmy rekruterskiej. Wyglądają na weteranki, siedzą spokojnie z walizami, zapewne lecą nie pierwszy raz. Mam nadzieję, że lot do Rijadu jest już wkrótce, bo zrobiło się ciasno, a panienka, która przysiadła się do mnie, napiera na mnie, wpatrując się w moją komórkę.

Odprawa paszportowa i kontrola bezpieczeństwa odbywają się szybko. Nikt się nie czepia butelek z wodą. Kilka moich kawałków lawy i soli z salaru również szczęśliwie przechodzi przez rentgen. Przed bramkami setki pasażerów odlatujących do Europy. Dziś jeszcze spodziewane są rejsy do Rzymu, Mediolanu, Frankfurtu i Oslo. Kręcę się, wyszukując wzrokiem backpackersów. Od tygodnia nie rozmawiałem z nikim po polsku!

Na ławkach w pobliżu dostrzegam czwórkę Polaków: faceta z trzema kobietami. Wszyscy w średnim wieku i wszyscy w jednakowych koszulkach z obrazkiem przedstawiającym jeepa i napisem „Namibia safari”.

– O, jakie ładne mundurki! – witam się.

Ekipa jeździ ze sobą od lat. Szefem jest mężczyzna, Sławek. Tym razem byli w Namibii. Na miejscu wynajęli samochód i jeżdżąc przez dwa tygodnie przejechali ponad 4500 kilometrów. Dużo to, czy mało? Wiele dróg w Namibii jest dobrej jakości i można wygodnie się nimi przemieszczać. Zapewne jeździli też jeepem po różnych wertepach. Ja w ciągu tych niemal 20 dni przejechałem 4500 kilometrów – głównie autobusami – i nie uważam, żeby to było ekstremalnie dużo*/.

– Zazdroszczę wam tych widoków pomarańczowego pisaku na pustyni – mówię.

– A jaka była Etiopia? Warto było jechać? – pyta jedna z pań.

– Kraj jak kraj – stwierdzam zgodnie z swymi odczuciami – Trudny do podróżowania ze względu na ludzi. To ciągłe proszenie się o pieniądze było męczące. Ale kilka atrakcji, takich jak Depresja Danakilska i dolina Omo były warte odwiedzenia. Zadowolony jestem.

Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o swoich planach podróżniczych.

– To ile pan krajów odwiedził? – pyta mnie Agnieszka.

– Zależy jak liczyć. Powiedzmy 110.

– A ty, Sławku? – zwraca się do mężczyzny.

– Kilka razy próbowałem policzyć, ale nie wiem.

Ani trochę nie wierzę. Nie znam podróżnika, którego by nie obchodziło, w ilu państwach był. Ale znając naturę ludzką, wiem, że różne mogą być powody takiej wymijającej odpowiedzi. Mniejsza z tym, wzywają już pasażerów do bramki.

W kolejce spotykam polską rodzinę. Byli na Zanzibarze z kilkuletnim dzieckiem.

– Prawie przez tydzień chorowaliśmy. Biegunka i gorączka u syna.

– Ale pogoda dopisała?

– Tak, zadowoleni jesteśmy z warunków.

To ważne. Wyjazdy powinny sprawiać przyjemność.


*/ Podczas miesięcznej podróży po Chinach codziennie średnio pokonywałem 520 kilometrów.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej