Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Autostop nie taki prosty... | Ryba na szybko | Biznesmen od skóry | Wieczorna uczta owocowa
Dziś dzień transportowy – wracamy do Addis Abeby. Bilety mamy na 6:00, odjeżdżamy z dworca po drugiej stronie miasta. Marcin dzwoni do mnie o 4:10.
– Ja dzwonię tylko tak kontrolnie…
– Tak, obudziłem się już.
– W porządku. Robię sobie kawę, ubieram na siebie wilgotne rzeczy. W pokoju cały czas pracowała klimatyzacja centralna, nie zdążyły wyschnąć.
– Ja słabo spałem, bo komary latały. Musiałem mieć okno otwarte – mówi później Marcin.
Cóż, sam wybrałeś dwukrotnie tańszy pokój, nie narzekaj.
Jest jeszcze ciemno, gdy wychodzimy. Prowadzi Marcin, zna drogę. Po 20 minutach jesteśmy na miejscu. Mamy jeszcze sporo czasu, gdyż nasz autobus odjeżdża dopiero o 6:30. Co zresztą stoi jak byk na bilecie. Mieliśmy zjeść wcześniej śniadanie w pobliskim barze, jednak, jak się okazuje, jest on zamknięty chociaż miał być otwarty od 5:30.
O 6:30 odjeżdżamy. Zamieniamy jeszcze parę słów, potem Marcin zapada w drzemkę. Obydwaj siedzimy przy oknach, są jednak zamknięte i brudne. Później opowiadam mu o przeżyciach poprzedniej nocy.
– No nieźle – stwierdza Marcin i dodaje: Hotel powinien zapewnić bezpieczeństwo. Ja nocuję w hotelu, bo potrzebuję po pierwsze łóżka, po drugie bezpiecznego noclegu, po trzecie wody.
– Ja bym do tego dodał jeszcze prąd. Czasem trzeba podładować akumulatory.
Marcin później opowiada o swojej przedwczorajszej drodze do Konso.
– Musiałem przyjść sporo kilometrów pustą drogą. Nic nie jechało. W wioskach dopadały mnie zgraje dzieci, coś tam krzyczały, ale spoko. Nie czepiały się. W końcu zabrała mnie ciężarówka, ale jechała tylko paręnaście kilometrów. Kierowca zatrzymał się przy swoim gospodarstwie. Zaproponował mi nocleg. Chciałem jednak jechać dalej, powiedziałem mu, że jak nic mnie nie weźmie, to się wrócę do niego. Na szczęście jechał później van i podrzucił mnie do Konso. Był już wieczór, a wokół żadnego hotelu. Po dłuższej chwili odszukałem jakiś lepszy hotel, a potem przez godzinę negocjowałem obniżenie ceny z 3000 do 1500 birrów. Warunki były super, mówię ci.
– Wierzę.
– Ale dzisiaj też nie za bardzo mi szło na stopie. Musiałem przejść parę kilometrów drogą, zanim ktoś mnie zabrał. W dodatku wywieźli mnie nie tam, gdzie chciałem. Musiałem zawracać. Potem kolejny kierowca wysadził mnie przed Arba Minch. Musiałem całe miasto przejść, żeby jechać dalej do Soddo.
Trudno oczywiście o jakieś uogólnienia na podstawie doświadczeń jednego dnia. Ale faktem jest, że Marcin mówił wcześniej, iż poruszanie się stopem po Afryce jest szybsze niż autobusem. Ale, jakby nie było, dogoniłem Marcina, chociaż wyruszył poprzedniego dnia z Konso.
Zaraz po wyjeździe z Soddo skręcamy w prawo, to oznacza, że pojedziemy po wschodniej stronie jezior położonych w Rowie Abisyńskim. Droga poprowadzona jest w sporej odległości od jezior i w związku z tym widoki są mało interesujące. Chcielibyśmy już być na miejscu, godziny jednak mijają powoli. A my jedziemy i jedziemy.
Koło 13:00 zatrzymujemy się na obiad.
– Macie przerwę 30 minut – mówi kierowca.
W knajpie panuje niesamowity ścisk. Tłum chętnych do zjedzenia obiadu wypełnia salę. Zajmujemy jeden z ostatnich wolnych stolików i z niecierpliwością czekamy na podejście kelnera.
– Może zjemy taką rybę? – proponują, widząc, co jedzą sąsiedzi.
– Dobrze.
Ze dwa razy podchodzę do kuchni. Proszę o przyspieszenie podania posiłku.
– Zaraz będzie gotowy – odpowiadają niezmiennie.
Po 15 minutach kelnerka przynosi jedzenie. Ku mojemu zdziwieniu na talerzu leży 5 wysmażonych ryb.
– Ale ja chciałem po jednej rybie! – protestuję.
Kelner coś odpowiada po swojemu. Czasu zostało mało, w pośpiechu dzielimy się rybami.
– Nie lubię tak jeść – mówi Marcin – Gdybym wiedział, że tak będzie, to bym w ogóle nie zamawiał.
– Ja też nie wiedziałem, ale co możemy teraz zrobić.
Dodatkowy zgrzyt pojawia się przy płaceniu. Jestem zaskoczony ceną, kelner chce od nas 1000 birrów. Kierowca autobusu trąbi na pasażerów, szybko przekładam niezjedzone ryby i sałatkę na swój plastikowy talerz, który zawsze wożę ze sobą. Odjeżdżamy.
– Nie lubię tak jeść – powtarza Marcin.
Dalsza droga dłuży się nam. Godziny mijają, a do stolicy wciąż jeszcze tyle kilometrów. Z rozmów z pasażerami wynika, że nie jedziemy na dworze Lamberet, lecz na jakiś inny. Śledzę trasę przy pomocy GPS.
– Zdaje się, że będziemy jechać w stronę Mexico. Stamtąd będzie najbliżej naszego hotelu.
O 19:00 w końcu wysiadamy. Za nami 12 godzin jazdy. Godzinę później jesteśmy już w hotelu.
– Może pójdziemy coś zjeść? – nieoczekiwanie mówi Marcin.
– Myślałem, że się najadłeś tych ryb...?
– To było wiele godzin temu, już zgłodniałem.
Zaglądamy do pobliskiej knajpy, w której znajduje się klub. Kelner przynosi menu, ale niewiele z niego dla nas wynika – jest wyłącznie po amharsku. Próby tłumaczenia przy pomocy translatora Google prowadzą do wygenerowania zabawnych określeń. Siedzący obok mężczyzna pyta, czy potrzebujemy pomocy.
– Nie wiemy, co jest w jadłospisie – tłumaczy Marcin.
– A może chcesz to, co je ten facet?
Etiopczyk kończy posiłek mięsny, mówi, że to wołowina.
– To może ją wezmę – stwierdza Marcin i dodaje:
– Jeszcze poproszę coca-colę – zwraca się do kelnera.
Ja pasuję, czuję się najedzony rybami.
Nasz pomocny sąsiad jest biznesmenem, przyjechał tutaj załatwiać interesy. Mieszka w niewielkim mieście jakieś 100 kilometrów od stolicy. Wygląda sympatycznie i dobrze mówi po angielsku. Zapraszamy go do naszego stolika.
– Czym się zajmujesz? Jakie interesy cię tu sprowadzają? – pyta Marcin.
– Przyjechałem po chemikalia, potrzebne są w mojej firmie. Mam garbarnię, zatrudniam kilkadziesiąt osób.
Te sprawy są mi znajome. Opowiadam o tym, czym się zajmowałem przez lata, także o projektach związanych ze skórami. Jeden z nich, dotyczący rosnących butów wzbudza zainteresowanie.
– O, to ciekawe! – stwierdza Etiopczyk i dopytuje o szczegóły.
Przedstawiam mu, na czym polega mój patent.
– Może nawiążesz z nim kontakt? Zrobisz z nim jakiś interes. – podpowiada Marcin.
No nie wiem. Z pewnością ma swoich technologów od garbowania i niekoniecznie musi być otwarty na jakieś modyfikacje. Ale mogę pomyśleć. Tylko, czy chciałbym tu pracować, w tym kraju? Wymieniamy się numerami na WhatsAppie.
– Będziemy w kontakcie – obiecujemy sobie.
Rozmowa chwilowo schodzi na sprawy kulinarne.
– To mięso jest chyba surowe – zastanawia się Marcin.
Etiopczyk potwierdza. Danie nazywa się kitfo i jest czymś w rodzaju wołowego tatara. Zwykle mięso marynuje się bardzo ostrym chili zwanym tu mitmita*/.
– Trzeba było od razu poprosić o wysmażenie mięsa – stwierdza poniewczasie Marcin.
– Poczekaj – mówi nasz nowy przyjaciel i załatwia sprawę z obsługą – Zaraz ci podsmażą mięso.
– Czują już ciężar na żołądku – Marcin najwyraźniej jest przejęty. – Nie wiem, czy zjem wszystko do końca.
– Spokojnie. Może nie trafiłeś na szaloną krowę. No cóż, choroba Creutzfeldta-Jakoba grasuje na świecie (najbliżej – w Arabii Saudyjskiej), ale może chłopak będzie miał szczęście.
– Jakie macie plany na wieczór? – pyta się Asefa.
– Żadnych właściwie. Wrócimy hotelu, mamy go tutaj obok.
– A nie chcecie pójść do klubu?
– Nie za bardzo. Jesteśmy zmęczeni po drodze – mówi Marcin i dodaje już po polsku: Pewno chce, żebyśmy poszli z nim do nocnego klubu z dziewczynkami. A mnie prostytutki nie interesują.
– Może masz rację.
Rozmawiamy jeszcze przez chwilę o swoich planach. Mówią, że wybieram się do Harar.
– Będę tam za parę dni – mówi Etiopczyk – Może się tam spotkamy. A jak się tam dostaniesz?
– Autobusem.
– A dlaczego nie samolotem, przecież jest wygodniej.
Hm. Nie wypominam mu, że miejscowi korzystają z dużych zniżek i nie tłumaczę się z budżetowego charakteru wyjazdu. Marcin zmęczył w końcu posiłek, będziemy się żegnać.
– Zapłacę za ciebie rachunek – mówi Asefa.
Marcin tym razem nie protestuje. Rzucił wcześniej okiem na ceny.
Podchodzimy jeszcze do warzywniaka i kupujemy kilka kilogramów owoców: wielką papaję, kilka mango i kilo bananów. Zakup nadzoruje „nasz” biznesmen.
– Przynajmniej mam pewność, że ceny mamy jak dla miejscowych– zauważa Marcin.
– Całkiem możliwe.
– No to będziemy mieć wyżerką.
Żegnamy się z Etiopczykiem jak starzy przyjaciele i wracamy do hotelu.
Marcin od kilku dni planuje wycieczkę do slumsów. Może to brzmieć głupie dla niektórych, ale wizyty w dzielnicach biedy są dla wielu podróżników atrakcją. Innych z kolei napawają one niechęcią czy też odrazą. Zazwyczaj lubimy piękne otoczenie i nie spieszno nam oglądać brzydką stroną rzeczywistości. A przecież dzielnice biedy, czasem straszne i niebezpieczne, są prawdziwą stroną tej rzeczywistości, która nas otacza. Jeśli więc chce się poznać świat taki, jaki jest to, nie może dziwić, że przynajmniej część z nas, ludzi podróżujących po świecie, ciągnie do takich "zakazanych" miejsc. Podczas swoich podróży nieraz widziałem slumsy, zdarzało się mi nawet w nich spać (Brazylia, Honduras). Pierwsze zetknięcie z dzielnicami biedy nastąpiło chyba w Indiach i kojarzy mi się w pamięci z niesamowitym brudem i śmieciami. Ale przecież slumsy mogą być bardzo malownicze, kolorowe, by nie powiedzieć: wesołe. Przynajmniej tak z daleka wyglądają slumsu na przedmieściach Ciudad de México. Te moje wizyty w dzielnicach biedy były do pewnego stopnia przypadkowe i nieplanowane. Wygląda na to, że tym razem będzie to "tour zorganizowany”, gdyż Marcin chciałby tam pójść z przewodnikiem.
– Może poprosimy brata menadżerki? Jak się zgodzi to dobrze. Albo poleci nam kogoś innego.
Po powrocie do hotelu zaczepiamy menadżerkę, która akurat rozmawia w pokoju ze swym bratem. Marcin przedstawia jej sprawę. Chłopak się zgadza, zaprowadzi nas.
– O której? – konkretyzuje Marcin.
– O 10:00.
– Dobrze.
Nie ustalamy wynagrodzenia za jego towarzystwo. Marcin planuję zaprosić go na obiad. W porządku.
W hotelu pożyczamy od miejscowych dziewczyn wielką tacę i nóż (choć wcale nie było łatwe do wytłumaczenia czego potrzebujemy) i robimy sobie wielką ucztę owocową. Zazwyczaj mówię, że nie ma to jak polskie jabłka, przedkładając je nad tropikalne owoce. Tym razem jednak robię wyjątek. Sałatka z papai, bananów i mango jest fantastyczna. Najedzeni, nasyceni i zmęczeni rozchodzimy się do swoich pokojów.
_______________________________________
*/ Mitmita (ሚጥሚጣ) to pomarańczowo-czerwona mieszanka przypraw używana w kuchni etiopskiej. Składa się ze zmielonych papryczki piri-piri, nasion kardamonu, goździków i soli. Czasami zawiera inne przyprawy, w tym cynamon, kminek i imbir.