Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Mekele – Aksum

wtorek, 14 I 2025


Gdzie by tu jechać? | Czuwaliczka jest jadalna | Otoczeni przez dzieci | Krajobrazy Tigraju | Sibhat opowiada o wojnie | Wieczór w Aksum | Szpital polowy


Właściwie od wczoraj zastanawiamy się, co dziś będziemy oglądać. Wygląda na to, że program wyjazdu się skończył i będzie to tylko dzień transportowy. Będziemy więc jechać od rana do Mekele i tam zakończymy imprezę. Co dalej z dzisiejszym dniem? Na 18 stycznia mamy umówiony tour do doliny Omo. Nie ma sensu już teraz wracać do stolicy. Koncepcja Marcina z odwiedzeniem siostry zakonnej upadła ze względu na bliżej nieokreślony problem z dogadaniem się. Jakoś tak bez specjalnych uzgodnień decydujemy się wyjechać do Aksum. To najbardziej znane miasto w Tigraj i o tyle ważne, że to jedna z pierwszych stolic Abisynii. Znajduje się tam też trochę interesujących pamiątek historycznych. Dodatkowo Nicola również jedzie w tym kierunku, gdyż kupił bilet na samolot do Addis Abeby z Shire – miasta leżącego kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Aksum. Mamy więc ogólny pomysł na najbliższe dni.

Rano rutynowe czynności: myję się w litrze wody, używając gąbki, pakuję się i zjadam śniadanie. Idę jeszcze na spacer po wiosce, fotografuję zwierzęta domowe i mieszkańców. Po śniadaniu ruszamy. Dalsza droga na naszej trasie również jest asfaltowa i wygodna. Opuszczamy powoli Depresję Danakilską. Droga wije się wśród bezleśnych wzgórz. W oddali dostrzegamy coraz wyższe góry. W miarę upływu czasu i pokonywania kolejnych kilometrów pojawia się coraz więcej roślinności: trawy, krzewy, a w końcu akacje i inne drzewa. Mijamy osady i wsie. Te widoki – pochłaniane przeze mnie z wielką przyjemnością – nie pozwalają niestety na bliższe przyjrzenie się mieszkańcom regionu. Nie potrafię, tak na pierwszy rzut oka, stwierdzić, czy mieszkańcy Tigraj różnią się od Afarów w zakresie ubiorów, odcienia skóry, czy też rysów twarzy. Różnice dostrzegam natomiast w wyglądzie wiosek: domy częściej niż w Afarze są murowane, zamiast strzechy, kryte są blacha falistą.

Trasa teraz prowadzi przez góry. Pokonujemy przełęcze na wysokości ponad 1500 m n.p.m. W tym sawannowym krajobrazie stałym elementem są pasące się kozy. Natomiast nie dostrzegam ludzi noszących kanistry na wodę, widocznie problem niedoborów wody jest mniejszy. Dojeżdżamy do miasta Ab Ala. Tu nasza grupa się rozdzieli. Alberto zostaje, musi poczekać na swoją grupę, by wrócić do Semery. Reszta, to jest ja z Marcinem i Nikolą, pojedziemy dalej do Mekele.

W mieście panuje ożywiony ruch. Nie ma tu nic z atmosfery sennych miasteczek, które można spotykać na polskiej, francuskiej lub greckiej prowincji. Chodnikiem i środkiem ulicy idą zaaferowani swoimi sprawami mieszkańcy, inni, najwyraźniej wolni od trosk – rozmawiając, śmieją się i wygłupiają. Wszędzie coś się dzieje. A to kilkunastoletnia dziewczyna w kwiecistej sukni i czerwonej chuście na głowie przystanęła przy drodze, rozmawia z rówieśnikiem. Chłopak chyba zgłodniał, bo Etiopka zdjęła z barków dwumetrową wiązką trzciny i częstuje kolegę kawałkiem łodygi. Opodal kilku młodych mężczyzn w białych koszulach i kraciastych spódnicach sięgających połowy łydek oferuje swój towar przechodniom. Handlują czuwaliczką, której świeże wiązanki trzymają w ręku. Jej liście zawierają sporo seroli, flawonoidów, glikozydów, garbników. Ale nie te składniki są najważniejsze! Istotna jest obecność dwóch alkaloidów: katynonu i katyny. Dziwić się więc nie można, że od tysięcy lat czuwaliczka jadalna (Catha edulis) jest używana przez ludność Bliskiego Wschodu i Afryki Wschodniej jako psychostymulant pobudzający i odprężający. Ludzie żują jej liście lub robią z niej napar. Zwana jest wówczas arabską bądź abisyńską herbatką. Piszę, oczywiście, o khacie. W tym regionie jest w powszechnym użyciu. 60% mieszkańców nieodległego Jemenu na co dzień żuje liście khatu. Ba! Uprawa khatu jest podstawą utrzymania wielu tamtejszych rodzin, a pod względem areału, khat zajmuje pierwsze miejsce w niektórych regionach tego strasznie skrzywdzonego i biednego kraju.

Khat jest legalny zarówno w Jemenie jak i w wielu afrykańskich krajach. W przeciwieństwie do krajów Zachodnich i części krajów arabskich, gdzie uprawa i spożycie są zakazane. Tu, w Etiopii niejednokrotnie już wcześniej widziałem sprzedających lub niosących wiązki khatu. Dostarcza się go na rynek zwykle wcześnie rano, kiedy liście są świeże. Czasem zabezpiecza się je workiem foliowym lub lepiej – liśćmi bananowca. Katynon, główna substancja aktywna, szybko przekształca się w miarę wysychania w mniej aktywną katynę. Nasz kierowca również lubi khat, wczoraj dostał pół wiązki od znajomego i żuł podczas całej drogi. W Polsce byłby zatrzymany za jazdę „pod wpływem". Jednak, jadąc z nim, nie dostrzegałem u niego żadnych objawów pobudzenia. Fakt – mało co skubał te liście. Ponoć podczas typowej męskiej nasiadówki spożywa się około 200 g liści na osobę*/.

Alberto dopomina się posiłku. Popieramy go, w drugim dniu tez należy się nam lunch. Nasz driver zachowuje się tak, jakby nie przewidział, że będziemy głodni. Na co on liczył? Ze zapomnimy? To możliwe, ale brzuch Alberto z pewnością nie!

Siadamy w knajpce opodal.

– No injera! – chórem wołamy do kobiety, która roznosi posiłki.

Dostajemy ryż z batatami i marchewką. Plus coca-cola po interwencji.

Właściwie moglibyśmy jechać dalej, ale czekamy, aż przyjedzie drugi jeep, który weźmie Alberto do Semery. Nasz Hiszpan jest zezłoszczony. Chce, by wracać tą samą drogą, to jest nad jeziorami, aby mógł pofotografować ptaki. Doskonale go rozumiem, to w końcu cel jego wyjazdu do Etiopii, a także część programu touru, z której milcząco zrezygnowaliśmy w drodze na wulkan. Dochodzi do otwartej kłótni z kierowcą.

Tymczasem Nicole, Marcin i ja przyglądamy się życiu ulicznemu w tej mieścinie. Jest wczesne popołudnie, wielu uczniów kończy o tej porze naukę. Ubrani są w szkolne mundurki: dziewczynki noszą jednakowe zielone spódnice, koszulki i chusty, chłopcy – już bardziej na luzie, na kolorowo. Chusty u uczennic i na głowach innych kobiet widocznych na ulicy nie oznaczają, że są to muzułmanki. Wiele z nich ma widoczny krzyżyk zawieszony na piersi. Tu dzieci są wychowywane w poszanowaniu tradycji nakazującej kobietom ubierać się stosownie, czyli niewiele odsłaniać. Dlatego dość dziwnie wyglądają w moim odczuciu 5-letnie dziewczynki w sukienkach do kostek. Na świecie – nawet tym muzułmańskim – dzieciom więcej wolno. Najważniejsze jest jednak to, że chodzą do szkoły. Dzieci uśmiechają się do nas. Mnie szczególnie upodobały sobie dorastające panny, które przechodząc, oglądają się za mną. Zauważyłem, że młodzi ludzi często zwracają się do mnie per father (po amharsku ābati, አባት). To z racji mojego wieku i siwizny 😉. Wokół nas gromadzi się 20-osobowa grupa dzieci. Ja najmłodszym pokazuję sztuczki z urywaniem palca, inne ciągną Nicole za koszulę, starsze dzieci otoczyły Marcina i zaglądają mu do kamery. Są ciekawe farangi. Notabene określenie farangi jako cudzoziemca, nie jest etiopskim wynalazkiem. Mianem farang (فرنگ) określano w średniowiecznej Persji początkowo Franków, a potem każdego białego przybysza z Zachodu. Słowo upowszechniło się w świecie arabskim, a później rozprzestrzeniło się na kraje Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

Żegnamy się w końcu z Alberto i ruszamy. Dalsza droga jest bardzo malownicza. Tuż po wyjeździe z miasteczka zaczyna się seria serpentyn, mozolnie wjeżdżamy z 1500 m n.p.m. na szeroką przełęcz na wysokości ponad 2400 m n.p.m. Góry wokół są dzikie i ciągną się po horyzont. Właśnie opuściliśmy muzułmański Afar, wjechaliśmy do regionu Tigraj. To tu toczyła się przez parę ostatnich lat wojna. Przejeżdżamy przez miasteczko Lemele, tu już nie widać minaretów, jest za to kościół. Zdecydowana większość mieszkańców Tigraju to chrześcijanie. Zanim zjedziemy do Felege Salame, miasta położonego przy głównej drodze A2 łączącej stolicę z północą kraju, jest okazja by spojrzeć w kierunku południowych. Tam, w odległości 13 kilometrów wznosi się góra stołowa Amba Aradam (2756 m n.p.m.). Takich gór stołowych w Etiopii jest dużo, lecz ta jest znana z przegranej przez Etiopczyków bitwy stoczonej pomiędzy 11 a 19 lutego 1936 r. z Włochami podczas II wojny abisyńskiej. Armia cesarska pod dowództwem rasa Mulugety Yeggazu poniosła blisko 10-krotnie większe straty wśród żołnierzy niż agresor; było to wynikiem słabego wyszkolenia i kiepskiego uzbrojenia: praktycznie braku karabinów maszynowych, dział i lotnictwa. Ale jakby mało było zwycięstwa, włoscy zbrodniarze wojenni zrzucili na niedobitki wojsk etiopskich 40 ton gazu musztardowego, czyli iperytu.

Zajeżdżamy do Mekele. Kierowca wysadza nas przy głównej ulicy. Natychmiast zjawiają się naganiacze i proponują nam przejazd do Aksum taksówką.

– Miałeś nas zawieźć na dworzec! – protestujemy.

– Tutaj macie transport – oponuje Etiopczyk.

– Nie! Zawieź nas na dworzec!

Dworzec znajduje się dwieście metrów dalej, wysiadamy. Jak się po chwili okazuje, z tego dworca odjeżdżają autobusy tylko w kierunku południowym. Dworzec obsługujący Aksum znajduje się w północnej części miasta, parę kilometrów dalej. Jesteśmy wściekli na naszego kierowcę, który rzecz jasna już zdążył się ulotnić.

Chcąc nie chcąc, bierzemy tuk-tuka i transferujemy się na drugi koniec miasta. Teraz dopiero widzimy, jak duże to miasto w porównaniu z Semerą. Mekele, jak by nie było, jest stolicą regionu Tigraj i drugim co do wielkości miastem Etiopii.

Pakujemy się do dużego autobusu z gatunku tych przedpotopowych. Francuzowi ktoś ustępuje miejsca przy kierowcy, my siadamy w głębi.

– Dostałem kolejną wiadomość na WhatsAppie od tej zakonnicy – mówi Marcin – Będzie w Adigrat jutro i może się spotkać koło południa.

Nie za bardzo to widzimy. Logistycznie byłoby to trudne do zorganizowania. Na razie i tak musimy dotrzeć do Aksum.

Podczas drogi towarzyszy nam, jak zawsze, muzyka etiopska. Tak się właśnie teraz zastanawiam, czy w Polsce kiedykolwiek był taki zwyczaj puszczania muzyki w busach. Muzyka puszczana w autobusach często przynosi pozytywne wspomnienia, jak na przykład rzewne piosenki słuchane w Nikaragui z niezapomnianą frazą „noche fría”, skoczne rosyjskie melodie w gruzińskich marszrutkach, etniczna muzyka manele powszechna w busach w Rumunii, czy też muzyka morna, która towarzyszyła nam podczas przejazdów po Wyspach Zielonego Przylądka. Natomiast złe wspomnienia przywołują chińskie i tureckie teledyski puszczane w kółko w małych telewizorków zawieszonych w autobusach. No dobrze, zostawmy te wspomnienia.

Za oknem całkiem interesujące górskie krajobrazy. Tu już nie ma szerokich, płaskich lub pagórkowatych przestrzeni Afaru, są prawdziwe góry dochodzące do 4 000 metrów. Ciągną się wszędzie i ze wszystkich stron. Dawniej wyobrażałem sobie Etiopię jako dość wysoką niemniej jednak w miarę płaską wyżyną. W rzeczywistości większość Wyżyny Abisyńskiej o średniej wysokości 2000-2500 m n.p.m. pokrywają wysokie góry wyrastające na ponad 4500 m n.p.m. Pasma górskie ciągną się chaotycznie w różnych kierunkach, rzeki płyną w głębokich krętych dolinach, przecząc moim wyobrażeniom o tym wielkim – i co tu dużo mówić – pięknym kraju. Inne widoki zachowałem w pamięci, gdy przemierzałem autobusem północną część Wyżyny Tybetańskiej w Chinach, a jeszcze inne wspomnienia mam z Alto Plano w Boliwii.

Jedziemy. Minęliśmy miasto Wukro i porzuciliśmy główną drogą A2 prowadzącą na północ. Inaczej mówiąc, nie będziemy przejeżdżać przez Adigrat. Wjeżdżamy na przełęcz, a następnie opuszczamy się do wąskiej doliny rzeki Suluh. Przed nami ponad trzydzieści kilometrów nierównej, ale w miarę prostej drogi do Hawzen. Okolica ma charakter rolniczy, na równinach uprawiany jest głównie jęczmień i fasola oraz inne rośliny strączkowe. Przy drodze potykamy czasem wielkie „drzewiaste” sukulenty. Przypominają wieloramienne świeczniki, niektóre z nich kwitną na czerwono. To wilczomlecze abisyńskie (Euphorbia abyssinica). W Etiopii rosną również wilczomlecze kandelabrowe (Euphorbia candelabrum) zwane tu qwolqwal, są jednak wyższe i mają dłuższy pień.

Parę kilometrów dalej na południe ciągną się góry wyrastające na kilkaset metrów ponad pofałdowaną wyżynę. To tam, na skalistych niedostępnych grzbietach, ukryte czasem przed wzrokiem niepowołanych stoją chrześcijańskie kościoły. Wśród nich – wykuty w skale na wysokości 2580 m n.p.m. kościół Abune Yemata (VI w.) z pięknymi malowidłami na ścianach i monastyr Mariam Korkor z ciekawymi XVII-wiecznymi freskami. Autobus jest wypełniony po brzegi. Jedzie z nami parę rodzin, niektóre z niemowlętami lub kilkuletnimi dziećmi. Ja siedzę obok 30-latka, ale facet nie mówi po angielsku. Marcin znalazł bardziej rozmowne towarzystwo z tyłu autobusu. Słyszę, jak bajeruje miejscowych, którzy z mniejszym lub większym zrozumieniem słuchają jego opowieści.

Ściemnia się. Słońce schowało się za grzbietami gór na zachodzie, oglądam coraz ciemniejsze sylwetki gór. Droga dłuży się. Przede mną siedzi mężczyzna koło pięćdziesiątki. Od czasu do czasu zerka ukradkiem w moją stronę. Widzę, że ma ochotę porozmawiać. Ja też.

Sibhat dobrze mówi po angielsku, przedstawia się. Pyta, skąd jesteśmy, jak nam się podoba Etiopia. Opowiadam w skrócie o tym, co do tej pory widzieliśmy.

– Ja chciałem pojechać do Lalibeli – opowiadam.

– To jest teraz bardzo trudne.

– Wiem, dlatego odpuściłem i pojechaliśmy na północ.

– I jak?

– Dobrze. Baliśmy się utrudnień w podróżowaniu po regionie Tigraj…

– Teraz jest spokojnie.

– A do Gonder można się stąd dostać?

– Nie. Nie dojedziecie. Z Aksum tylko do Shire jeżdżą autobusy.

– Szkoda, bo to ciekawe miasto.

– To była kiedyś stolica Etiopii.

– Tak, czytałem o tym.

– W Gonder jest spokojnie, ale drogą nie dojedziecie. Tylko samolot – twierdzi mężczyzna.

Gonder to już region Amhary.

– Nie spodziewałem się, że jest tyle konfliktów w Etiopii…

Etiopczyk milknie. Rozmowy na tematy polityczne nie są najlepszym pomysłem w miejscu publicznym.

– Jak to się zaczęło w Amharze?

– W kwietniu 2023 – Sibhat ścisza głos – Rząd Etiopii rozwiązał wtedy regionalne siły specjalne Amhary i inne formacje paramilitarne. Chodziło o centralizacje władzy. A ta decyzja wywołała silny opór ze strony Fano.

– Fano?

– Milicja. To nie jest formalne wojsko – to raczej tradycyjna milicja, która uważa, że bez niej region stanie się bezbronny. Wiesz, Amharowie od dawna czuli, że muszą sami bronić swoich interesów.

– Walki wciąż trwają?

– Tak, i to jest najgorsze. Rząd mówi, że ma sytuację pod kontrolą, ale codziennie słychać o starciach.

– Słyszałem, że cierpią na tym cywile.

– Oczywiście! Obie strony oskarżają się nawzajem, ale to ludzie tacy jak ja ponoszą największe konsekwencje. – denerwuje się Sibhat – Od początku zginęły już setki osób!**/

Z raportów Amhara Asociation of America wynika, że wojska rządowe przeprowadziły setki ataków dronami (produkcji tureckiej i chińskiej) na ludność cywilną. W trzech atakach w październiku 2024 w samym Gonder zginęło około setki ludzi. Ale to informacje od jednej ze stron konfliktu. Faktem jest, że według raportów organizacji humanitarnych ponad 2 miliony ludzi w Amharze zależy od pomocy żywnościowej.

– Więc nie tylko walki, ale i głód?

– Tak. Organizacje międzynarodowe próbują pomagać, ale to ryzykowne. Jesienią w zeszłym roku ONZ nawet chciało zawiesić pomoc, bo konwoje były atakowane.

– Czy widzisz jakieś rozwiązanie?

– Trudno powiedzieć. Rząd nie chce negocjować, Fano też nie chce się poddać. A my, zwykli ludzie, żyjemy w strachu.

– To naprawdę przygnębiające. Masz nadzieję, że sytuacja się poprawi?

– Nadzieja zawsze jest, ale na razie żyjemy z dnia na dzień. Może kiedyś politycy zrozumieją, że Amhara to nie tylko teren walk, ale dom dla milionów ludzi.

– Oby!

Zastanawiam się, którą stronę konfliktu popierają Etiopczycy? Walka toczy się między rządem centralnym, a lokalną milicją Fano, która, notabene odegrała istotną rolę podczas wcześniejszego konfliktu w Tigraju, wspierając siły rządowe. A teraz rząd z nimi walczy. Tamten, wygaszony już konflikt w Tigraj miał podłoże separatystyczne. Rząd w Addis Abebie nie mógł sobie pozwolić na utratę kolejnej prowincji. Wojna domowa w Erytrei skończyła się oderwaniem 120 tysięcy kilometrów kwadratowych ziemi od Etiopii i utworzeniem nowego państwa (1991 r.), a przy okazji straciła dostęp do Morza Czerwonego***/. Czy Fano są separatystami? Z tego co wiem, są określani jako ruch etniczno-nacjonalistyczny. I zapewne domagają się większej autonomii w ramach federacyjnego państwa. Wiadomo, że Etiopia stała się republiką etno-federacyjną w wyniku oddzielenia się Erytrei. To żaden nowy wynalazek. Federacyjną republiką była Jugosławia, jest Pakistan i Nepal, a także największa demokracja na świecie, czyli Indie. I oczywiście Rosja :). A jeśli już dochodzi do porozumienia w zakresie takiej formy państwa i akceptacji na arenie międzynarodowej, to trudno centralnej władzy pogodzić się, że część kraju chce się oderwać, tak jak było w Tigraj. Natomiast zapewnienie równych praw poszczególnym narodom to już większy problem i wiadomo, że nie radzą sobie z tym nawet europejskie kraje takie jak Hiszpania (z Katalonią), Francja (z Korsyką) czy Ukraina (z Donbasem). A jednak Walończycy i Flandrowie potrafią żyć ze sobą… Więc wszystko zależy od ludzi (tych w rządzie też!).

Za oknem noc. Rzewna etiopska muzyka wciąż rozbrzmiewa z głośników nad nami. Z tyłu dobiega mnie śmiech Marcina i rechot wtórujących mu pasażerów. Zmęczony jestem tą jazdą. A tu trzeba jeszcze dotrzeć do Aksum i znaleźć hotel. Sprawdzam na mapie nasze położenie. Jeszcze kawałek drogi, jeszcze trochę! Raz na pół godziny zatrzymujemy się w małych miasteczkach. Na moment robi się jaśniej w autobusie, grupki pasażerów opuszczają wysiadają. Przysiada się do mnie Marcin.

– Muszę rozprostować nogę. Czuję, że mi puchnie.

– Oglądniemy w Aksum.

– Może ten facet, z którym gadasz, wziąłby nas do siebie?

– Jestem za!

Sibhat jedzie tylko do Adwy.

– To piękne miasto! Bardzo zabytkowe – stwierdza.

– A może znasz tanie hotele w Aksum?

Zna. Mało tego, oferuje się zadzwonić do znajomego menadżera hotelu i zarezerwować nam pokój.

– Macie pokój po 300 birrów od osoby. To dobra cena, jak dla Etiopczyków – mruga okiem.

– Dzięki!

Wymieniamy się numerami na WhatsAppie. Do Aksum jeszcze godzina jazdy. Wytrzymamy.

Około 21:00 jesteśmy na miejscu. Wysiadamy w pobliżu dworca. Otacza mnie kilku młodych chłopaków, pytają, czy chcę transport.

– Nie, nie trzeba – przeczę głową. – Wiecie, gdzie jest hotel Burtukan?

– Tak, wiem, ja wiem, wiem, ja też wiem – podskakują, jak uczniowie zgłaszający się z dobrą odpowiedzią.

– W którym kierunku?

– Zaprowadzimy cię, nie martw się.

No dobra, niech mnie prowadzą. Idziemy szybko, a gdy się odwracam, widzę, że Marcin z Nikolą zostali daleko w tyle. Przystaję.

– Nie leć tak szybko – mówi Marcin i pokazuje na nogę – Ja ledwo idę.

– Okej, sorry, zapomniałem.

Na szczęście hotel jest 200 metrów dalej. Menadżer prowadzi nas do pokoju na piętrze.

– Mamy tylko jeden pokój – mówi.

Pokój jest duży, ma również duże łóżka. Ale tylko dwa!

– Spoko, zmieścimy się tu we trójkę – stwierdzam, bo łóżka są naprawdę duże.

– Ja mogę spać na podłodze – mówi Nikola.

– Wiecie co, ja wolałbym spać sam, bo noga mnie boli – stwierdza Marcin.

– Jeśli to nie problem dla ciebie, możemy spać razem – mówi Nicole.

– No problem.

– To ja teraz bym poszedł coś zjeść. Ktoś idzie ze mną? pyta Francuz.

Ja nie mam już ochoty na jedzenie, odpuszczam.

– Ja się nigdzie nie ruszam, jutro zresztą też – Marcin kręci głową.

Zagotowuję wodę na kawę.

– Zobacz, jak mi spuchła noga!

Przyglądam się uważnie.

– Która?

Hm. Ale wierzę, że boli.

– A nie masz wodę utlenionej lub czegoś do odkażania? – pyta Marcin, przyglądając się nodze.

– Dam ci octenisept. A dlaczego nie zalepiłeś plastrem rany?

– Miałem plaster, ale mi odpadł w autobusie – mówi wyciąga kolejny, 4-centymetrowy plaster.

– No… Nie dziwię się, że taki plaster się zgubił. Dam ci swój – mówię, przeszukując apteczkę. – Muszę tylko pożyczyć nóż albo nożyczki, by odciąć z metra kawałek.

Zbiegam na dół. W recepcji nikogo nie ma, ale w sklepie naprzeciw dziewczyny mają nożyczki. Odcinam dwa kawałki i wracam do jęczącego Marcina.

– Przemyłeś octaniseptem?

– Tak.

– To jeśli masz suchą skórę, to przylep sobie plaster.

– Boję się zakażenia.

– Tu są dobre szpitale – pocieszą go – Na pewno nie dojdzie do sepsy.

– Przestań mi tak mówić. To wcale nie jest śmieszne. Jutro może pójdę do jakiegoś lekarza albo do szpitala.

Marcin jednak potrzebuje fachowej porady już dziś. Dzwoni do Polski do swojego zaufanego kolegi, lekarza pracującego w szpitalu i konsultuje swój przypadek.

– Mam zażyć środki przeciwbólowe i odpoczywać – mówi później – Jutro nie ruszam się na krok z hotelu.

– Słusznie. A masz paracetamol lub aspirynę?

– Mam teraflu.

O 22:00 wraca Nikola z półmiskiem pełnym jedzenia.

– Nie dałem rady zjeść. Może ktoś z was chce?

Nie chcemy.

___________________________________

*/ W Europie khat jest mało popularny, pojawiły się natomiast syntetyczne pochodne katyny, między innymi NEP (N-etylonorpentedron), o którym ostatnio trąbiono w polskich mediach.
**/ Według raportu Etiopskiej Komisji Praw Człowieka (EHRC) opublikowanego parę dni temu, w wyniku przedłużającego się konfliktu w tym regionie między siłami rządowymi a milicją Fano, w okresie od września do grudnia 2024 roku zginęło co najmniej 115 cywilów. A wcześniejsze dane ONZ z czerwca 2023 roku wskazywały na co najmniej 740 ofiar cywilnych od początku konfliktu.
***/ Do VII wieku Erytrea wchodziła w skład Królestwa Etiopii. W średniowieczu znalazła się pod wpływami arabskimi, a później stała się kolonią Imperium Osmańskiego. Dalsze jej losy w XIX i XX wieku to kalejdoskop kolonizatorów: najpierw zajął ją Egipt i Etiopia, potem dostała się w łapy Włochów, a 1941 roku zajęła ją Wielka Brytania. W 1952 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ przekazało Erytreę Etiopii jako sfederowaną z nią autonomiczną prowincję z własnym parlamentem i rządem. W 1962 roku zlikwidowano autonomię, zaś Etiopia anektowała Erytreę i przekształciła ją w prowincję.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej