Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Konso – Arba Minch – Soddo

poniedziałek, 20 I 2025


Pola tarasowe Konso | Jak działa Gadaa? | Uroki Etiopii | Afrykanie tracą czas | W "lepszym" hotelu


Sytuacja rano jest problemowa. Wyjście z hotelu jest zamknięte na zasuwę i gruby łańcuch. Podobnie zamknięta jest druga, dalsza brama prowadząca na ulicę z podwórka. Nikt więc nie może opuścić hotelu bez wezwania jakiegoś ciecia z kluczami. Wracam na chwilę do swojej ciemnicy, zastanawiając się, co robić. Oczywiście, mógłbym pojechać dalej i o 9:00, ale ceniąc swą wolność, przed 6:00 pukam do pomieszczenia, gdzie mieszkają zarządzający hotelem. Po chwili dobijania się wychodzi mężczyzna i otwiera mi bramę. Szybkim krokiem idę po ciemku na dworzec oddalony o półtora kilometra. Na ulicy spotykam wiele innych osób, które również spieszą do autobusu. Zbieranie się pasażerów trwa z pół godziny. Siadam koło niewysokiego mężczyzny po czterdziestce. Sympatyczny, uśmiechnięty. Lekko siwe, kręcone włosy i spokojne, ale przenikliwe spojrzenie.

Niebo błękitnieje i różowieje na wschodzie, gdy ruszamy. Pierwszą godzinę poświęcam na dosypianie nocy. Później oglądam z zainteresowaniem widoki za oknem. Poprzednim razem jechaliśmy tędy po zmroku. Dziś widzę wokół urozmaicony teren z polami uprawnymi na stokach. W ciągu wieków ludność Konso zdołała podporządkować sobie przyrodę, tworząc na zboczach tarasy. Nie są one może tak starannie wykonane jak tarasy ryżowe na Filipinach (Banaue), w Indonezji (Bali) czy choćby w Peru (Colca), ale ciągnące się kilometrami tarasy na wzgórzach świadczą o wielkim wysiłku podjętym, by móc uprawiać tu sorgo, bataty, banany lub kawę. Dziś również uprawia się tu kukurydzę.

– Jedziesz do Konso? – zaczyna rozmowę mój sąsiad.

– Tak. Byłem kilka dni w Jinka, teraz jadę do Konso i dalej do Addis Abeby.

– Ja byłem w Addis Abebie. Kilka razy – w głosie mężczyzny słyszę dumę.

– Ale mieszkasz w Jinka?

– Nie, nie! W Konso.

Przedstawiamy się. Wako pochodzi z ludu Konso.

– Szkoda, że tak krótko byłem tu na południu i nie widziałem wszystkiego.

– Tarasy widzisz – śmieje się mężczyzna. Uprawiamy tu rolę od wieków i jesteśmy z nich dumni.

– Ale mało wiem o waszej kulturze.

– Konso to piękne miejsce, ale to nie tylko pola. To także zasady, według których żyjemy od pokoleń.

– Słyszałem o systemie Gadaa. Ty jesteś jego częścią?

– Tak, jestem jednym z doradców w radzie starszych. Naszym zadaniem jest rozwiązywanie sporów, zanim przerodzą się w większy konflikt.

– To działa?

Gadaa działa od setek lat. – śmieje się – Gdyby było inaczej, nie rozmawialibyśmy teraz spokojnie w tym autobusie.

– Jaką masz dokładnie rolę?

– Jestem mediatorem. Słucham obu stron, badam sprawę, zbieram dowody, rozmawiam ze świadkami. Czasem trzeba znaleźć kompromis, czasem wskazać, kto zawinił. Decyzje podejmujemy razem, ale to ja często przedstawiam końcowy werdykt.

– A jakie ostatnio spory musieliście rozstrzygać?

– Trzy były szczególnie trudne.

– Opowiesz mi o nich?

– Pierwszy dotyczył bydła. Dwa rody pokłóciły się o stado, które przeszło granicę w czasie suszy. Każdy twierdził, że to jego stado, więc musieliśmy dokładnie zbadać znaki rozpoznawcze na zwierzętach. W końcu ustaliliśmy właściciela.

– I wszyscy zaakceptowali wyrok?

– Tak, ale tylko dlatego, że drugi ród dostał rekompensatę – dwa cielaki i 10 worków sorgo. Sprawiedliwość to jedno, ale pokój między rodzinami jest ważniejszy.

– Rozumiem. A drugi spór?

– Pewien młody mężczyzna chciał poślubić kobietę z innego klanu bez zgody starszyzny. U nas małżeństwo to nie tylko miłość, ale też zobowiązania wobec rodu. Ostatecznie pozwoliliśmy im się pobrać, ale pod warunkiem, że mężczyzna zapłaci większy posag i weźmie na siebie odpowiedzialność za przyszłe pokolenia.

– Brzmi jak kompromis.

– Bo Gadaa to sztuka kompromisu.

– Opowiedz o tym trzecim konflikcie.

– Dotyczył granic pastwisk między naszym ludem a sąsiadami z plemienia Borana. Młodzi pasterze z obu stron zaczęli się kłócić, doszło do przepychanek. Gdybyśmy nie interweniowali, mogłoby dojść do krwawej zemsty.

– I co zrobiliście?

– Zebraliśmy starszych obu plemion, przeprowadziliśmy rytuał pojednania, a każda strona zgodziła się na nowe oznaczenie granicy. Po wszystkim młodzi musieli się uściskać i razem zjeść wspólny posiłek.

– To naprawdę imponujące, jak tradycja pomaga utrzymać pokój. A czy zdarza się, że strony nie zgadzają się na wydany wyrok? Czy czasem ktoś go odrzuca?

– Dobre pytanie. W większości przypadków, gdy strony zgłaszają spór, już na początku zobowiązują się przestrzegać decyzji rady. Jednak zdarzały się sytuacje, gdy jedna ze stron odrzucała wyrok, bo uważała go za niesprawiedliwy.

– Co wtedy się dzieje?

– W takich sytuacjach starsi wywierają presję społeczną. W naszej tradycji honor i szacunek mają ogromne znaczenie. Osoba, która odrzuca wyrok, naraża się na potępienie całej wspólnoty.

– Jakie sankcje stosujecie, jeśli ktoś nie chce zaakceptować werdyktu?

– Mogą to być sankcje symboliczne, jak wykluczenie z ważnych uroczystości, ograniczenie udziału w decyzjach dotyczących wspólnej ziemi czy nawet tymczasowa utrata przywilejów. Społeczeństwo Konso nie toleruje łamania zasad Gadaa.

– Czy to naprawdę pomaga przywrócić porządek?

– Tak, bo wszyscy wiedzą, że honor i wspólnota są ważniejsze niż pojedyncze spory. Nawet jeśli ktoś spróbuje się zbuntować, nacisk społeczny sprawia, że ostatecznie przyjmuje wyrok lub przynajmniej ugina się pod presją.

– A czy zdarzyło się, że ktoś otwarcie zignorował wyrok i co wtedy było?

– Zdarzały się takie przypadki, ale zawsze kończyły się one kompromisem po dodatkowych naradach. Społeczność nigdy nie pozwala, aby spór rozleciał się poza ramy tradycyjnego systemu, bo to zagroziłoby naszemu pokojowi.

– To naprawdę fascynujące, jak tradycyjne mechanizmy radzenia sobie z konfliktami nadal mają znaczenie w nowoczesnym świecie.

– Zgadza się. Gadaa to nie tylko metoda rozstrzygania sporów, ale też fundament naszej tożsamości. Dzięki niemu utrzymujemy równowagę między postępem a tradycją.

– Myślisz, że ten system przetrwa?

– Tak długo, jak długo ludzie będą ufać starszym. Ale świat się zmienia. Młodzi oglądają filmy na telefonach, chcą żyć inaczej. Może kiedyś Gadaa stanie się tylko historią.

Dojeżdżamy do Konso. Mam nadzieję, że łatwo znajdę autobus na dalszą drogę.

– Dziękuję, Wako, za tę rozmowę. Teraz rozumiem, jak ważne są te tradycje dla was.

– Nie ma za co, Peter. Mam nadzieję, że kiedyś zobaczysz, jak nasza tradycja działa w praktyce. A jeśli zobaczysz kiedyś dwóch ludzi kłócących się o krowy, przypomnij im, że czasem lepiej dać jedno cielę i mieć pokój, niż stracić całe stado w wojnie. Pamiętaj – honor i wspólnota to fundament, na którym budujemy pokój.

– Na pewno o tym pomyślę. Jeszcze raz dziękuję.

– Bezpiecznej podróży i wielu wrażeń! Do zobaczenia!

Żegnamy się na dworcu.

Postój w Konso nie trwa długo. Obchodzę dworzec dookoła, odnajduję autobus jadący do Arba Minch. Kupuję jeszcze coca-colę i zajmuję miejsce w busie. Droga do Arba Minch jest mi znajoma, a przez to mniej ciekawa. Kilka ostatnich dni obfitowało w wydarzenia. Przejazd do Dzinka, objazd plemion na motorach, liczne spotkania z miejscowymi, trudne chwile wczoraj w nocy – to wszystko sprawia, że mam potrzebę odpoczynku, relaksu. „Ciekawe, co wydarzy się w ostatnim tygodniu?” – zastanawiam się. Coraz bardziej skłaniam się ku temu, by ruszyć do Harar. Zostawić za sobą południe, nie poświęcać mu już więcej czasu. To, że nie mam sprecyzowanego planu, z jednej strony wywołuje we mnie lekki niepokój (bo przecież kiedyś będę musiał podjąć decyzję), z drugiej strony myśl, że „nic nie muszę” sprawia mi przyjemność. Taki tramping najbardziej lubię i ten sposób podróżowania sprawiał mi najwięcej satysfakcji. Gdy nie wiem, gdzie będę dziś spać, gdy nie wiem, dokąd jutro pojadę. Tak było na moich pierwszych trampingach po Europie Zachodniej i Skandynawii, tak było w Mongolii i w Chinach. Po Etiopii w ostatnim tygodniu będę podróżować sam, co jeszcze bardziej zachęca mnie do swobody w przemieszczaniu się.

Dojeżdżamy do Arba Minch. Na dworcu rozpytuję o autobus do Dorze, miejscowości odległej o 25 kilometrów. Miejscowa ludność ma zwyczaj budowania domów w kształcie uli. Poniekąd to określenie jest enigmatyczne, gdyż różnorodność konstrukcji uli jest olbrzymia. Chaty budowane w regionie Dorze najbardziej przypominają ule zwane przez całe wieki kószkami (lub bezdenkami) – plecionymi ze słomy odwróconymi stożkowatymi koszami. Do konstrukcji chat używa się długich, wygiętych drągów, które następnie przeplata się słomą. Chaty są wysokie, znacznie wyższe niż te, które odwiedziliśmy u Hamerów czy Benna. Czy jednak powinienem poświęcić czas na dojazd do Dorze i oglądanie tych nie-aż-tak-niezwykłych chat? Autobus do Dorze jest, ale kiedy odjedzie? Jak się uzbiera komplet. Autobusu do Addis Abeby teraz nie będzie, mogę natomiast pojechać do Soddo. Decyduję się na ten ostatni – dojadę tam na wieczór. Tak na marginesie, przekonałem się, że autobusy wyjeżdżają na dłuższe trasy nie tylko wcześnie rano (o 4:00, 6:00), ale także po południu.

Zbliża się 14:00. Jestem w Arba Minch, siedzę w autobusie. Już, już prawie mamy ruszyć. Sytuacja typowa dla Afryki. Przyszedł chłopak, zbiera pieniądze na bilety. Każdemu wydaje bilet, ale mnie jakoś pomija. W końcu podchodzi do mnie. Przejazd kosztuje 220 birrów, ale chłopak nie chce wydać reszty z 300 birrów. Mówi, że da mi później i wciska mi kwitek na 80 birrów. Szlag mnie trafia.

– Dawaj pieniądze! – trzaskam ręką w kolano.

I mówię, by szukał drobnych, bo ma na pewno. Oczywiście, że ma, chłopak liczył na to, że zapomnę przy wysiadaniu. Ale to nie koniec realiów afrykańskich. Do autobusu wchodzi matka z dzieckiem i żebrze. Trzyma w ręku zafoliowany dokument opisujący zapewne stan zdrowia dziecka, które rzeczywiście nieszczególnie wygląda. Kilka osób daje jakiś datek, ja się powstrzymuje. Po chwili wchodzi kolejna staruszka na wpół ślepa. Jedno oko skierowane ku górze, drugie podbiegnięte bielmem. Przeciska się między pasażerami, coś tam bezgłośnie mamrocząc. Stoi nade mną przez chwilę, potem wychodzi z autobusu. Ledwie skończyła, wchodzi następny gość. Pokurczony, z powykręcanymi nogą i druga bez stopy. Zdaje się, że już nic nie dostaje od pasażerów. Ja sobie myślę, że może dałbym pierwszej kobiecie jakiegoś pieniążka, gdyby nie ostatnie moje przeżycia. Ta wczorajsza noc z najściem na mój pokój zezłościła mi maksymalnie na Etiopczyków. Przecież hotel ma zapewniać bezpieczeństwo nocującym, tu mają się czuć bezpiecznie i komfortowo. To mnie zraziło do Etiopczyków. Owszem, hotel był poniżej krytyki, bez żadnych wygód, ale powinien być bezpiecznym miejscem dla turystów. A nie, żeby ktoś walił pięścią w drzwi pośrodku nocy, usiłując wejść do pokoju. Zwyczajnie czułem się zagrożony. Podróżuję sam, ale gdybym podróżował z Renatą, również nie byłaby to komfortowa sytuacja. Nawet gdybym nocował z jakimś facetem, to i tak byłem na przegranej pozycji, gdyż na zewnątrz było więcej osób.

Znowu wlazł żebrak do autobusu. Tym razem to młody mężczyzna, jakiś taki pokurczony. Co ja mogę poradzić? Całej Etiopii nie zbawię. Wsiadając do autobusu jadącego do Soddo, wciąż biję się z myślami, czy nie trzeba było jednak pojechać do Dorze – tej wioski z domami-ulami. Staram się wyszukać kontrargumenty. Moje doświadczenie wyjazdowe uczy, że umiejętność rezygnowania z różnych rzeczy na trampingu jest koniecznością. A akceptowanie tych sytuacji – sporą umiejętnością.

Kwadrans mija za kwadransem. Afryka to jednak porąbany kontynent. Czekamy aż autobus się wypełni. To jest nienormalne. Oczywiście wystarczyłoby, gdyby wszyscy przyszli na godzinę 14:00, wszyscy by weszli w ciągu 5 minut, konduktor zebrałby pieniądze po drodze. Autobus zdążyłby obrócić tam i z powrotem i zrobiłby drugi kurs. A tak czekamy tu już godzinę.

Tu w Afryce źle wykorzystuje się czas. Nie wierzę, że oni są tak głupi, że nie wiedzą, co to jest czas. Problem czasu dał się rozwiązać w Europie. Tam samolot nie czeka, aż się zbierze komplet pasażerów, tylko odlatuje. Autobus nie czeka aż chętni się zbiorą, lecz odjeżdża zgodnie z rozkładem. Afrykanie muszą się nauczyć szacunku dla innych. Jeżeli samolot ma wystartować o 16:00, to odlatuje o 16:00. I basta. Muszą się nauczyć tego również w stosunku do autobusów.

W końcu ruszamy. Jeszcze po drodze dobieramy jakiś pasażerów i opuszczamy miejscowość. Mam na szczęście dostęp do internetu. Marcin komunikuję się ze mną, wysyła zdjęcia polecanych miejscówek. Zmierza do Soddo. Być może spotkamy się tam w jakimś hotelu. Tu przynajmniej dwa autobusy do Soddo i do Dorze – miejscowości z domami w kształcie uli – stały puste i miały odjechać koło 14:00.

Mam nadzieję, że spotkam tam Marcina, cały czas wymieniam wiadomości na WhatsAppie. Kierując się wskazówkami od Marcina, wysiadam w Soddo na południowych przedmieściach. Mijam lokalny bazar i nieco zziajany po podejściu stromą ulicą dochodzę do hotelu. Nazywa się Abriham Hotel (አብርሃም ሆቴል) i chyba jest nienajgorszy.

– Kolega tu nocuje – mówię do recepcjonisty.

– Tak, jest w hotelu – odpowiada mężczyzna i szybko dodaje: Pokój 800 birrów.

– Dobrze, zobaczę.

– 800 birrów – powtarza facet.

Wygląda na to, że chce, bym zapłacił z góry.

– Najpierw pokój, rozumiesz to? – mówię już podniesionym głosem.

– Chyba jesteś zmęczony, dlatego się tak denerwujesz.

– Tak jestem zmęczony i denerwuję się, bo mówię wyraźnie, że najpierw chcę zobaczyć pokój.

– Okay, okay.

Prowadzi mnie przez podwórko do "lepszej” części hotelu. Duże małżeńskie łoże, łazienka z ciepłą wodą, balkon, telewizor. Nawet w Europie z przyjemnością bym nocował w takich warunkach.

– Może być – mówię i już bez grymaszenia płacę 800 birrów.

Zasłużyłem na kawę. Zagotowuję wodę, wypijamy kawę i dopiero wtedy dzwonię do Marcina.

– Jestem na miejscu, już w hotelu.

– To co? Pójdziemy coś zjeść?

– Jasne. To za 5 minut przed wejściem.

Idziemy do centrum. Tu, na miejscu, jest, co prawda, jakiś kebab, ale chcemy zjeść w normalnych warunkach.

– Możemy pójść do tej restauracji, w której mieliśmy obiad w drodze do Jinka – proponuje Marcin.

– Dobrze, prowadź.

Musimy przejść przez całe miasto, jest więc okazja, by się zorientować, jak wygląda. Miasto jest zwyczajne – jak Arba Minch i Mekele. Kuszą mnie owoce i inne słodkości, gdy przechodzimy obok bazaru położonego przy dworcu autobusowym.

– Ja też mam ochotę na banany i te ciastka, ale może kupimy w powrotnej drodze. – decyduje Marcin.

Zapada już zmrok, wybieramy więc szersze i bardziej ludne ulice. „Strasznie daleko była ta restauracja” – myślę sobie, siadając w końcu przy stoliku. Zamawiamy jedzenie: ja oczywiście makaron z warzywami. Mamy również ochotę na świeżo wyciskany sok z owoców. Kelnerka zna słabo angielski, konsultujemy się z mężczyznami siedzącymi przy stoliku obok. Prosimy o sok z papai, mango i banana, a mężczyźni przekazują to dziewczynie. Jest pyszny.

– Może bym wypił jeszcze jeden – zastanawia się Marcin. Widmo ewentualnej biegunki jednak go powstrzymuję.

Wracamy już po ciemku jedziemy środkiem ulicy, unikając zasadzek w postaci pozbawionych pokryw studzienek ściekowych. W hotelu biorę długi prysznic i robię pranie, zużywając resztę mydła.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej