Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Addis Abeba – Semera

sobota, 11 I 2025


Robiłeś to już wcześniej? | Stolica zaskakuje nocą | Marabuty ucztują z sępami | Krajobrazy Afaru | Marcin negocjuje | Spacer po mieście


Marcin budzi mnie o 1:00, godzinę przed wyznaczonym czasem.

– Co się stało? Mieliśmy spać do drugiej… – pytam.

– Sorry, znów mi się coś pomyliło.

Faktycznie, ciężko jest opanować ten czas abisyński.

– To ja się jeszcze położę na pół godziny – stwierdza i wychodzi.

Nie będę już spał. Myję się, golę i robię sobie kawę. Raczej usiłuję, bo właśnie wyłączono prąd, a woda ledwo się zagrzała. Zjadam parę pierników i bananów.

O 2:30 schodzimy, by poszukać hostelowego ciecia. Nasz „security guard” okryty kocykiem zarzuconym na ramiona siedzi przed otwartą bramą podwórka. Nie śpi, a słysząc nas, zrywa się na nogi.

– Zaaranżujesz nam przejazd na dworzec? – pytam chłopaka.

Etiopczyk również ma aplikację Feres.

– Robiłeś to już wcześniej? – upewnia się Marcin, widząc jak chłopak błądzi po opcjach w aplikacji.

– Tak – mruczy chłopak i po chwili dodaje: samochód będzie za 5 minut.

Kierowca, który nas wiezie na dworzec autobusowy, jest małomówny. To nam nie przeszkadza, byleby tylko nas dowiózł na właściwe miejsce. Nie jedziemy może najkrótszą drogą, ale taką, którą wskazuje GPS. Jest noc, na drodze prawie żadnego ruchu, z rzadka przejedzie jakiś samochód. Przyjeżdżamy przez wschodnią część stolicy i tu pełne zaskoczenie: dzielnica, przez którą się poruszamy jest jasno oświetlona.

Oświetlenie ledowe w postaci długich pasów umieszczono na nowoczesnych budynkach, podkreślając ich kształty i zarysy okien. Wygląda to wszystko jak Las Vegas. Zarówno ja jak i Marcin jesteśmy zszokowani tym rozmachem, tym wielkomiejskim charakterem stolicy.

– No, nie oszczędzają na prądzie – zauważam.

Zastanawiam się, skąd ta tania energia. Elektrowni jądrowej nie mają, więc zapewne jest z elektrowni wodnych*/. Szkoda tylko, że w wielu wsiach nie ma prądu. No, ale wiadomo stolica musi się pokazać od światu od najlepszej strony. Inna rzecz, że 94% energii w kraju pochodzi ze… spalanie drewna. A 80% energii elektrycznej jest z importu… Tak czy inaczej Etiopia stawia na energię elektryczną. Rok temu stała się pierwszym krajem na świecie, który przegłosował zakaz importu pojazdów benzynowych i zasilanych dieslem. Do kraju – trzeba dopowiedzieć – w którym znajduje się tylko jedna publiczna stacja ładowania!

Zajeżdżamy na dworzec Lamberet (Lamberet Menaharia). Tu lekka scysja z kierowcą, który chce 50 birrów więcej niż pokazała wcześniej aplikacja Feres. Okej, nie będziemy kłócić się o złotówkę. Na ile pozwalają panujące wokół ciemności, widzę, że dworzec jest rozległy, na szczęście chłopak spod bramy wejściowej prowadzi nas do właściwego autobusu. Zajmujemy miejsca przy oknach, chociaż nasze bilety wskazują na inne miejsca. Potrzebujemy ładnych widoków 😉. Etiopczycy nie spieszą się z zajęciem miejsc, wyjeżdżamy dopiero o 5:00.

– Ja się zdrzemnę – mówi Marcin. Naciąga ortalion na siebie i zakłada kaptur.

– Ale słuchaj – odzywam się do niego po kilku minutach – GPS wskazuje, że jedziemy na południe...

– To źle? – Marcin podnosi głowę.

– Semera jest na północy, więc nie wiem, czy dobre bilety kupiliśmy.

Wszystko się szybko wyjaśnia. Autobus jedzie trasą wskazaną przez GPS-a, czyli zatacza szeroki łuk na południe od stolicy. I wjeżdża na drogę szybkiego ruchu A1 prowadzącą na północ (bramki jak przy autostradzie natomiast sama droga ma zwyczajne skrzyżowania).

Młody mężczyzna, który siedzi obok mnie, jedzie Mekele. Przystajemy na dwóch czy trzech przystankach, dobieramy pasażerów. Za oknem jeszcze ciemno. Brzask w Afryce następuje szybko, gwałtownie. W ciągu kwadransa słońce wyskakuje ponad horyzont, robi się widno. Przesuwające się za oknem krajobrazy są monotonne. Lekko pofałdowany teren, od czasu do czasu miniemy kilka domostw. Chaty są kopulaste, że spleconych z gałęzi przykrytych matami. W większych miejscowościach mignie sylwetka kościoła albo meczetu. Ciężko zrobić dobre zdjęcie, szyby są brudne, a okno nie daje się otworzyć. Poddaję się i staram dospać krótką noc.

Około 13:00 zatrzymujemy się w dużej wsi czy też miasteczku. Tu zresztą zatrzymuje się większość autobusów zmierzających na północ kraju. Czas na lunch. Kolejka chętnych, by zjeść indżerę ustawia się do pani zamieniającej pieniądze na żetony, które później przyjmuje kelnerka. Chciałbym spróbować czegoś innego, więc idę do kuchni położonej w głębi budynku, rozglądam się za ryżem lub makaronem. Nie mają, szkoda. Biorę indżerę, tym razem sos jest bardziej łagodny. Wygląda na to, że kuchnia etiopska nie będzie nas rozpieszczać. Podstawą jest indżera robiona ze sfermentowanej mąki teff i basta! Do tego podawany jest pikantny gulasz z wołowiny lub jagnięciny. Tego rodzaju mięsa nie lubię, pozostaje dla mnie sos z warzywami takimi jak soczewica. Być może na południu Etiopii kuchnia będzie bardziej urozmaicona, tam często składnikiem posiłku jest enset, fałszywy banan (E. ventricosum). Na szczęście Włosi wzbogacili miejscową kuchnię, wprowadzając swe makarony. Podobnie jak w Indiach, religia ma tu wpływ na kuchnię. Tutejszy ortodoksyjny kościół etiopski zaleca szereg okresów postnych znanych jako tsom (ጾም), obowiązujących podczas Wielkiego Postu, a także we wszystkie środy i piątki**/. Wielu Etiopczyków stało się więc w „naturalny” sposób weganami.

Mamy chwilę do odjazdu. Idę się rozejrzeć po okolicy. Na dużym placu za knajpą spacerują marabuty afrykańskie (Leptoptilos crumenifer). Od razu je rozpoznałem: wielkie, wysokie (120 cm) ptaki mają biało-czarne upierzenie. Wyglądają na bardziej spasionych krewnych bocianów. Dziób też mają potężniejszy. Jest ich około pięciu. Dostojnie spacerują po placu, rozglądają się uważnie i od czasu do czasu coś dziobną. Jeden z nich znalazł metrowe jelito baranie lub kozie i teraz usiłuje je skonsumować. Jelito jest pełne, ciężkie i ptak ma problem z wciągnięciem go do żołądka. Chętnych do darmowej wyżerki przy restauracji jest więcej. przyleciały tu również sępy brunatne, zwane też ścierwnikami (Necrosyrtes monachus). Mają ostry, szpiczastym dziób odróżniający je od sępów afrykańskich (Gyps africanus), których dziób jest znacznie grubszy i bardziej zakrzywiony. No i są ładniejsze od sępów brunatnych, którym się teraz przyglądam. Chociaż zwykle kojarzą się z padlinożercami (por. nazwa łacińska) to, jak widzę tutaj, nie gardzą i kuchennymi odpadkami. Oba gatunki nie przeszkadzają sobie. Marabuty i sępy kręcą się obok siebie, z pozoru nie zwracając na siebie uwagi. Mój wzrok przyciągają kopulaste chaty stojące opodal. Zrobione są z powyginanych gałęzi i przykryte kawałkami folii i mat. Tych domostw jest tu około 20, lecz co zastanawiające nie widzę żadnych oznak życia w pobliżu. Być może mieszkańcy siedzą w domach lub pracują w polu.

Czas się zbierać. Czeka nas jeszcze długa droga. Parę kilometrów dalej mijamy kościół chrześcijański, ma charakterystyczną budowę. Okrągły budynek otoczony jest zadaszoną werandą i zwieńczony stożkowatym dachem. Ten typ kościołów ukształtował się stosunkowo niedawno, bo na początku XVI wieku i, jak się zorientuję, jest często spotykany w całej Etiopii. Podczas pierwszego tysiąclecia obecności chrześcijaństwa w Etiopii (począwszy od IV wieku) architektura kościelna była opierała się na planie bazyliki. Nowy i unikatowy okrągły plan kościelny, z koncentryczną werandą i z kwadratowym sanktuarium, który powstał na północno-zachodnich Etiopskich Wyżynach, został okrzyknięty architektoniczną innowacją***/.

Jedziemy dalej. Towarzyszy nam za oknem sawanna oraz coś, co przypomina step: bezleśne, bez jednego większego drzewa czy krzaka trawiaste przestrzenie. I w tym oto krajobrazie trafiają się ludzkie osiedla. Widok ich jest jednak naprawdę przygnębiający. Chaty czy też raczej zbudowane w kształcie kopuł domostwa przykryte są kawałkami folii i wyglądają jak najgorsze slumsy. W pobliżu tych osiedli widoczne są kopy siana. Czasem spotykamy osiedle złożone z kilku lub kilkunastu długich domów, które w Polsce nazwałbym czworakami. Przykryte są dwuspadowym dachem z blachy falistej. Są właściwie pozbawione okien, więc w środku musi panować mrok. Nie dostrzegam linii elektrycznych w pobliżu ani ujęcia wody. Jak mi się wydaje, osiedla te zostały wybudowane przez władze ueredy (ወረዳ, wereda), czyli gminy na potrzeby mieszkańców, być może przesiedleńców z Erytrei. Trudno jednak powiedzieć, czy zostały przez nich zaakceptowane. W zasięgu wzroku widzimy również stada krów. Co one skubią w tym niegościnnym kraju – doprawdy nie wiem. Odnotowuję również obecność meczetów w wioskach. Afarowie są w zdecydowanej większości muzułmanami. Zajmują się przede wszystkim koczowniczym pasterstwem i chociaż źródła często wskazują, że hodują głównie kozy i wielbłądy, to my – przynajmniej z drogi – widzimy głównie stada bydła. Tu, w regionie Afar, najczęściej spotyka się bydło gatunków Adal, Afar, Kereyu i Keriyu.

Dojeżdżamy do miejscowości Adayitu. Ta miejscowość jest już zelektryfikowana, są sklepiki i warsztaty samochodowe. Wybudowano również wielorodzinne czworaki, ale wyglądają na niezamieszkane. Przystajemy na chwilę w kolejnej wiosce. Jest okazja, by przyjrzeć się barwnie ubranym kobietom. Ich suknie są wzorzyste, na ogół noszą kolorowe chusty. Na takich przystankach do autobusu podbiegają lokalni sprzedawcy, podają przez okno owoce lub snacki, między innymi dabo kolo (ዳቦ ቆሎ), złożony z kawałków chleba, ziarna i orzechów.

W miarę jak zbliżamy się do celu podróży, krajobrazy stają się coraz bardziej pustynne a ziemia niegościnna. Zbocza wzgórz usłane są olbrzymimi głazami z nielicznymi kępkami traw. Jesteśmy wymęczeni drogą.

– No, to chyba już Semera – mruczę, patrząc na GPS – Nareszcie! To było 12 godzin.

Zajeżdżamy na jakiś parking, który mało co przypomina dworzec autobusowy, Jestem rozczarowany, że nikt nas tutaj nie wita, w szczególności nie ma tu przedstawicieli organizatorów wycieczek na Danakil

– Ale dziura – wzdycha Marcin.

– Jesteśmy na obrzeżu miasta – próbuję oponować.

– Dobrze. Na razie muszę znaleźć kibelek.

Rozpytujemy miejscowych o tani nocleg. Wiadomo, że dziś na pustynię nie wyjedziemy, trzeba znaleźć dach nad głową. Usłużny miejscowy chłopak mówi, że doprowadzi nas do taniego hotelu. Jednak milczy, gdy pytamy, po ile są tam pokoje.

– Dobra. Później znajdziemy jakieś miejsce do spania – mówi Marcin i spławia Murzyna.

Idziemy w kierunku czegoś, co z trudem można by nazwać centrum miasta. Nie widzę tu zwartej zabudowy ani sklepów czy placówek usługowych. Faktycznie dziura.

Zatrzymuje się jakiś gość w samochodzie.

– Czego szukacie?

– Agencji, która robi wyjazdy na Danakil. Wiesz, gdzie może być?

– Wsiadajcie, podwiozę was.

Mężczyzna zawozi nas pod siedzibę firmy Infinite Discovery Ethiopia Tours. Brama jest zamknięta, a dom wygląda na opuszczony. Na razie się tym nie przejmujemy, idę zapytać o nocleg w nieodległym hotelu Maria. Pokoje są po 1000 birrów, ale na razie nie można ich oglądać. Obejdzie się. Zresztą uważam, że tutaj powinno być taniej.

Tymczasem pojawił się ktoś z firmy i Marcin przystępuje do rozmów. Zareklamował mi się wcześniej jako spec od negocjacji.

– To przecież moja praca, jestem w tym dobry – mówił.

Myślę, że zaraz się o tym przekonam. Oddaję Marcinowi do dyspozycji komórkę – mam na karcie SIM dużo więcej darmowych minut do wykorzystania. Marcin prowadzi negocjacje jednocześnie z dwiema firmami: tą, z którą korespondowałem jeszcze w Polsce i uzyskałem wówczas ofertę 290 USD za pakiet 3 dni/2 noce, oraz z menadżerem z Infinity, który przebywa obecnie poza firmą.

Muszę przyznać, że Marcin zna się na rzeczy. Zmiękcza organizatora, wciska kity, a wszystko to robi bardzo spokojnie i na luzie. Konsultacje i negocjacje trwają z godzinę. W efekcie dochodzimy do porozumienia: jutro jedziemy na Danakil, w programie wulkan Erta Ale i solnisko Dallol. Wysadzą nas w Mekele, na północy kraju. Przed nami trzy dni przygody, dwa noclegi. Jedzenie, picie, wszelkie wstępy w cenie. Bonusem jest możliwość przenocowania w siedzibie firmy Infinity Discovery Ethiopia Tours.

– Pójdziemy na spacer do miasta? – proponuje Marcin.

– Jestem gotowy – odpowiadam, biorąc do plecaka butelkę wody.

Miasteczko w sobotnie popołudnie sprawia wrażenie na wpół wymarłego. Czasem po pustych ulicach przemknie tuk-tuk, przetoczy się arba zaprzężona do osiołka. Idziemy w stronę bazaru. Marcina natychmiast otacza grupka ośmio-, dziesięcioletnich dzieciaków. Są wyraźnie zainteresowane kamerą GoPro. Słychać rozbrzmiewające wszędzie melodyjne wezwania muezina do modłów.

– Teraz nic nie mów, muszę to nagrać – mówi Marcin.

Czuję się także wezwany na modły, więc gdy przechodzimy koło meczetu mówię:

– Zaraz wrócę.

Ściągam szybko buty i wchodzę do środka. Meczet z gatunku tych nowoczesnych, kilkunastu muzułmanów stoi lub klęczy przed mihrabem, modlą się. Nie ma tu jednak specjalnego klimatu. No, ale nie mogłem sobie odmówić. Jeśli tylko jest okazja, wchodzę do meczetu, świątyni buddyjskiej czy cerkwi. Doganiam Marcina, szukamy dalej bazaru. 20-kilku latek wskazuje nam kierunek.

– Jak masz na imię?

– Mohammad – przedstawia się mało oryginalnym imieniem.

– Mieszkasz tu?

– Tak.

– A czym się zajmujesz?

– Jestem studentem.

– O, ciekawe. A co studiujesz?

– Uczę się w szkole medycznej, będę pielęgniarzem.

Godne uznania. Żegnam się z sympatycznym chłopakiem i dołączam do Marcina.

– Zjadłbym coś – mówi.

– Ja też mógłbym.

– Koło dworca, na którym wysiedliśmy, była jakaś knajpa.

Restauracja należy do tych lepszych. Uznajemy, że możemy sobie na nią pozwolić. Marcin zamawia mięso z warzywami i ryżem, to jakiś tibs (porcja grillowanego mięsa) z beg (koźliną) lub beggi (baraniną). Ja natomiast biorę makaron z niewielką ilością warzyw. Niezbyt to atrakcyjne danie, ale nie zamieniłbym się z Marcinem. Właśnie zauważyłem wśród kawałków mięsa na jego talerzu fragment żuchwy jakiegoś zwierzęcia. Chłopak zjada jednak prawie wszystko z apetytem.

Wracamy do Infinity. Marcin postanawia spać na zewnątrz pod rozkładaną moskitierą, ja zostaję w dużym, 50-metrowym pomieszczeniu, gdzie leży parę materacy.


*/ 14 lat temu rozpoczęto budowę Tamy Wielkiego Odrodzenia na Nilu Błękitnym przy granicy z Sudanem. Pierwszy prąd z elektrowni popłynął w 2022 roku, gdy premier Abiy Ahmed Ali oficjalnie uruchomił pierwszą turbinę elektrowni. Budowa wielkiego jeziora zaporowego wzbudziła zaniepokojenie ze strony Sudanu i przede wszystkich Egiptu, który obawiał się zmniejszenia wody w Nilu z powodu wypełniania zbiornika w Etiopii. W tle oczywiście chodziło o dominację w regionie – egipska Wysoka Tama Asuańska zyskała konkurenta. Na szczęście do wojny nie doszło. Notabene zaporę budowali tu… Włosi.
**/ W sumie około 200 dni w roku jest postnych!
***/ Jednym z pierwszych okrągłych kościołów z dwoma rzędami kamiennych kolumn wewnątrz i sanktuarium w centrum był kościół poświęcony Maryi w Amba Gin. Budowę rozpoczął monarcha Salomon Nanaod (1495–1508) a zakończył Salomon, L. Dunna Dong (1508–1540).

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej