Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Turmi – Jinka

niedziela, 19 I 2025


Lekkie zmęczenie plemionami | Czy im się chce zadbać o siebie? | Bij mnie mężu, bij! | Toplessistki | Z drogi, z drogi, bo idzie Timkat! | Szukam noclegu | Lekcja angielskiego | "Open the door!"


Dziś ostatni dzień wycieczki po plemionach. Umówieni jesteśmy na śniadanie na godzinę 7:00. Biorę plecak i z kubkiem niedopitej kawy wychodzę przed hotel. Tu spotykam Marcina.

– Mi już właściwie wystarczyłoby tych plemion – stwierdza rano Marcin.

– Mam podobne odczucie. Najważniejsze, że byliśmy z wizytą u Mursi. Jednak oni się wyróżniają.

– Robię z nimi te wywiady, ale już bez przekonania zadaję im te pytania.

– Wiesz, tu ciężko o taką głębszą wypowiedź, jakąś refleksję ciekawszą o życiu. Jest bariera językowa, ale przede wszystkim nie są przyzwyczajeni do mówienia o takich sprawach. O swoich potrzebach czy planach. A może są znudzeni białasami.

– W każdym razie zobaczymy, co dziś nam nasze guide'y pokażą.

Podjeżdżają chłopcy i jedziemy do plemienia Hamar. Droga do wioski zajmuje nam 20 minut. Po opuszczeniu Turmi porzucamy asfalt i wyboistą polną drogą docieramy do pierwszych zabudowań. Wioska jest rozproszona, gospodarstwa stoją w sporych odległościach od siebie. Zarówno w wiosce jak i w całej okolicy niewiele jest drzew, dominują krzaki. Okrągłe chaty mają ażurową konstrukcję z gałęzi i przykryte są trzciną.

Jest poranek i wioska właściwie budzi się do życia. Młodzi mężczyźni i kilkunastoletni chłopcy okutani grubymi, pasiastymi narzutkami wypędzają kozy z zagród. Dzień spędzą poza wioską, pilnując zwierząt. Kobiety zamiatają podwórka, a ich obwisłe biusty dyndają na wszystkie strony. Idziemy przez wioskę w towarzystwie dzieciaków, zarówno chłopcy jak i dziewczynki noszą na szyi barwne korale. Większość jest bosa, mają na sobie kolorowe koszulki z europejskimi napisami, czasem sięgające do kolan z powodu niepasującego rozmiaru. Uwagę moją zwracają ich fryzury. Chłopczyki noszą krótkie dredy na czubku głowy, reszta włosów jest wygolona. Dziewczynki natomiast mają splecione tuż przy skórze warkoczyki układające się w równe rzędy bądź z przodu do tyłu, bądź promieniście z czubka głowy w dół. Niektóre dziewczynki naśladują dorosłe kobiety: włosy są skluszczone z pomocą masła i ochry i tworzą setkę frędzli.

Przyglądam się wiosce. Wygląda biednie, ale w oczu rzuca się przede wszystkim chaos, niestaranność w budowie gospodarstw. Płoty otaczające poszczególne domostwa i zagrody są zrobione z powyginanych gałęzi, krzywych drągów i różnych wysokościach. Mam przed oczami widok polskich wsi z równymi sztachetami płotu, z równo przystrzyżonymi strzechami domów. Są w Polsce i zaniedbane gospodarstwa, ale wtedy to mieszkańców wsi razi. Tu natomiast – takie odnoszę wrażenie – ten brak estetyki nie jest problemem. Uważam, że nie wszystko można tłumaczyć brakiem pieniędzy na inwestycje. Oczywiście, można przyjąć, że prosty płot, wystrzyżony żywopłot, czy równo przystrzyżona strzecha to europejska fanaberia. A tu otoczenie jest bardziej naturalne, a ludzie bardziej autentyczni. Jednak w moim głębokim przekonaniu ludzie, niezależnie od rasy, kultury czy poziomu życia, mają silną potrzebę ułatwiania i upiękniania sobie życia. Będę musiał poczytać sobie o estetyce na kontynencie afrykańskim.

Wchodzimy na jedno z podwórek. Witamy się z mieszkańcami. Gospodyni gotuje fasolę w dużym glinianym garze ustawionym na prymitywnym palenisku. Zdumiewa mnie, że chociaż Hamarowie wykonują te czynności codziennie, to nie potrafią zadbać o swoją wygodę. O postawienie kilku cegieł i metalowego rusztu tak, by wielki gar się nie przewracał, a ogień nie uciekał na boki. Przecież Hamarowie nie są nomadami, co chwilę zakładającymi obozowisko. Na moich obozach klubu „Puls” 40 lat temu robiłem wgłębienie w ziemi, obstawiałem kamieniami i na to dopiero kładłem kociołek był gotować zupę. Kopałem również dół na śmieci, robiłem ławki i stolik, by wygodnie zjeść posiłek. Natomiast Hamarowie kucną sobie w cieniu chaty, chwycą miskę do ręki i tak zjedzą. Dżizas! Marcin opowiadał, że, gdy rok temu był u Masajów, zrobił prysznic dla miejscowych, wykonując z kolegą odpowiednią instalację. Być może wymagało to zainwestowania pieniędzy w zakup rur i innych elementów. Ale tutaj? Zrobienie ławki i stołu, przy którym można wygodnie zasiąść, nie wymaga inwestycji, prócz pracy i czasu. Ale czy widok Hamarów siedzących przy stolikach niczym na europejskim kempingu podobałoby się turystom? Ktoś mógłby powiedzieć, że Etiopczycy są przyzwyczajeni do spożywania posiłków, siedząc na macie lub kucając. Ale przecież w miastach używają krzeseł i stołów! Mało tego: Hamarowie, gdy są w Turmi siadają w kafejkach lub piwiarniach na plastikowych krzesełkach. Nie przychodzą do knajpy z matą, by na niej siąść i zjeść indżerę.

Marcin zaczyna wywiad ze starszą kobietą. Trudno ocenić jej wiek, twarz ma zniszczoną, podobnie jak dłonie i odsłonięty brzuch. Ma na sobie długa brązową spódnicę i luźno przerzucony przez ramię kawałek koziej skóry obrębionej muszelkami kauri, spod której wysuwają się obwisłe piersi. Na szyi, prócz dwóch naszyjników z plastikowych koralików, ma dwie metalowe obręcze. Bransoletki ma także na ramionach i na nadgarstkach. Fryzurę ma tradycyjną, typową dla mężatek z plemienia Hamar – to setki kosmyków pokrytych ochrą zmieszaną z masłem. Dodatkowo upiększyła się opaską z muszelek kauri i kwiatkiem z piórem wplecionym na czubku głowy.

– Mam czwórkę dzieci – mówi kobieta, a Dany tłumaczy jej słowa na angielski. – Miałam dwóch mężów.

– Jak tu żyjecie? – dopytuje Marcin.

– Dobrze. Wszystko u nas dobrze.

Z chaty wychodzi jeszcze kilka osób, między innymi starszy mężczyzna. Ma zniszczoną, przeoraną bruzdami twarz. Chude ciało okrył długim kawałkiem płótna zawiniętego wokół bioder i przerzuconego przez ramię. Wspiera się na kiju i z zainteresowaniem ogląda tę scenę. Towarzyszy nam, rzecz jasna, grupka dzieciaków. Mężczyzna w średnim wieku w przepasce na biodrach wszedł do korralu, wygania stado kóz na zewnątrz. Zwierzęta znają na pamięć kierunek na pastwisko i jedno po drugim opuszczają wioskę.

Spośród kobiet tu mieszkających wyróżnia się jedna, znacznie grubsza z imponującymi biodrami. To raczej rzadkość w Etiopii, gdzie dominują szczupli ludzie. Ma na sobie obszerną koszulkę z podobizną miejscowego sportowca i kwiecistą spódnicę. Gdyby jej majętność mierzyć ilością biżuterii, byłaby tu krezuską. Na szyi zawiesiła kilkanaście naszyjników, jej łydki i nadgarstki zdobią dziesiątki bransoletek. Cóż, koraliki są plastikowe. Towarzyszy jej 6-letnia córka, równie wystrojona w koraliki i w przydługiej koszulce ze starszego brata. Właśnie ugotowała się w garze fasola, kobieta odcedza ją, zlewając wodę do naczynia (pewno się jeszcze przyda). Fasolę zbiera do mniejszego naczynia wykonanego z tykwy.

Później idziemy do innej chaty. Wchodzę do środka, ledwo mieszcząc się w otworze drzwiowym. Chata ma średnicę około czterech metrów, mieszkają tu rodzice z szóstką dzieci. W izbie jest w miarę jasno, okien, co prawda, nie ma, ale światło wpada przez szczeliny między patykami tworzącymi ścianę. Na całej powierzchni jest zagracona. Pod ścianami ustawione są osmolone gliniane naczynia i tykwy. Obok kanister na wodę i narzędzia niezbędne w domu, między innymi tradycyjne drewniane zagłówki. Vis-à-vis wejścia siedzi gospodyni, trzyma na kolanach worek i przebiera nasiona. Włosy ma pokryte rudą ochrą, na szyi kilka sznurów korali i grubą metalową obrożę. Na nadgarstkach - miedziane bransoletki. Przysiadam na jakiejś macie czy koźlej skórze rzuconej na klepisko. Naprzeciw, w towarzystwie dzieciaków rozsiadł się Marcin z Danym. Jedno z dzieci – dwuletnia dziewczynka siadła na kawałku drewna i przysypia, otwierając od czasu do czasu zaropiałe oczy. Wygląda jakby była na chora.

Pośrodku izby na prymitywnym palenisku stoi gliniany dzbanek, w którym gotuje się herbata lub kawa. Gospodyni, Amina, patrzy wyczekująco na nas. Marcin z pomocą Dany'ego przeprowadza kolejny wywiad.

— Możesz nam opowiedzieć mi o zwyczajach waszej społeczności?

Kobieta uśmiecha się łagodnie, a jej głos niesie w sobie echo przeszłych pokoleń.

— W naszej wiosce życie jest zwyczajne. Upływa na pracy.

— Ale macie jakieś rozrywki?

— Rozrywki?

— No, jakieś zabawy, tańce?

— Aaa! Mamy święta. Wtedy jest wesoło. Tańczymy i śpiewamy. Mamy rytuał skoków przez byka.

— Skoki przez byka? Jak to dokładnie wygląda? — pyta zaciekawiony Marcin.

— Chłopcy, gdy dorastają uczestniczą w rytuale skoków przez byka. A właściwie przez krowy. Przygotowują się do tego przez wiele miesięcy, by udowodnić swoją siłę i zręczność. Wtedy stają się dorośli.

Cóż. Ominie nas takie widowisko. Mogę tego żałować, ale przecież trudno oczekiwać, by w ciągu tak krótkiego wyjazdu poznać wszystkie zwyczaje, ceremonie i rytuały. Podczas swoich wyjazdów w sposób najczęściej przypadkowy trafiam na różne święta czy inne uroczystości. Tak było w Indiach ze świętem Holi, w Nepalu ze świętem Seto Machhendranath Jatra, w Wietnamie ze świętem Tết, ale też z prawosławnymi chrzcinami i bierzmowaniem w Karelii, pogrzebami w Indiach, ślubami w Armenii i tak dalej.

Tymczasem Marcin porusza kolejny, delikatny temat.

— A co ze zwyczajem bicia kobiet? Słyszałem, że bywa to częścią waszych tradycji.

Amina spogląda na niego z mieszanką smutku i stanowczości.

— To trudna kwestia. Kobiety często proszą mężczyzn, aby je bili w ramach zwyczaju. Kobiety akceptują te pobicia, aby pokazać swoją miłość i liczyć na wsparcie mężczyzny.

— Chcą być bite, by dostały pomoc?!

— Tak. Blizny dają im prawo do żądania od męża pomocy w razie potrzeby.

— Czyli taka przemoc domowa.

— W naszej tradycji uważa się, że surowość wobec żony przypomina o jej obowiązkach domowych. Choć nie jest to powszechnie praktykowane, niektóre przypadki bywają karane w sposób, który ma utrzymać porządek w rodzinie.

— Zasady plemienia mówią również, że mężczyźni nie muszą wyjaśniać, dlaczego biją kobiety tak, jak mogą, gdy czują, że są słuszne. — dopowiada od siebie Dany.

— Czy często mężczyzna ma więcej niż jedną żonę?

— W naszej wiosce mężczyzna zazwyczaj ma tylko jedną żonę – odpowiada Amina spokojnie. — Wielożeństwo zdarza się bardzo rzadko.

Z tego co wiem, kobiety, które nie są pierwszymi żonami, są traktowane bardziej jak niewolnicy, ponieważ wykonują większość pracy. I generalnie kobiety mają tu ciężkie życie.

Zagotowała się woda w dzbanku. Kobieta nalewa napój do miski wykonanej z tykwy i podaje Marcinowi. Naczynie wędruje z rąk do rąk. każdy z nas upija po trochu. "Jeśli to kawa, proszę herbatę i odwrotnie" — myślę sobie, ale recenzję zachowuję dla siebie.

Rozmowa toczy się dalej w spokojnej atmosferze, a Marcin wszystko nagrywa, denerwując się tylko, że bateria w kamerze nadmiernie się grzeje.

— Co jecie? Jakie rośliny uprawiacie?

— Nasze posiłki są proste, ale pożywne. Głównym składnikiem naszej diety jest sorgo, które uprawiamy na niewielkich polach niedaleko wioski. Ziarna sorgo mielimy na mąkę, z której pieczemy cienkie placki – to nasze podstawowe pieczywo. Często gotujemy też gęstą papkę, którą jemy na śniadanie i kolację.

— A co z mlekiem?

— Hodujemy bydło – odpowiada kobieta, odruchowo wskazując ręką na niewidoczne stąd pastwiska. — Pijemy mleko świeże, albo mieszamy z miodem. Wtedy jest słodkie.

— A enset? Uprawiacie enset? — wtrącam się.

— W naszej wiosce nie. Ale w okolicy niektórzy uprawiają enset. Robią z niego bullę i kocho. I wiele innych rzeczy.

Marcin dopytuje jeszcze o przyszłość.

— Jestem zadowolona z tego, co mam. Niczego nie potrzebuję — mówi kobieta — Nic nie chcę zmieniać.

Wychodzimy z chaty na zewnątrz. Tymczasem przed domem zebrało się kilkanaście osób, kobiet, dziewczyn i małych dzieci. Większość z nich jest półnaga, noszą jedynie barwne spódnice i czasem klapki. Na szyjach korale, na przedramioniach miedziane bransoletki. Niektóre mają na szyi grube metalowe "obroże". Ten niecodzienny, jak by nie było, widok sprawia, że nie od razu dostrzegam, że mam przed sobą dwie grupy kobiet. To co je odróżnia, to fryzury. Te z włosami zabarwionymi ochrą zmieszaną z masłem to mężatki. Młodsze, niezamężne kobiety i nastolatki mają splecione blisko skóry warkoczyki ułożone w "grządki" biegnące od czoła do tyłu głowy. Muszę przyznać, że wiele z nich to piękne kobiety.

Marcin fotografuje się jeszcze z tymi półnagimi pięknościami, żegnamy się i wracamy na obrzeże wioski, gdzie pozostawiliśmy motory. Czeka nas teraz kilkudziesięciokilometrowa droga powrotna do Jinki. Po drodze przystajemy na chwilę przy wyschniętym potoku. Tu grupa miejscowych kobiet cierpliwie zbiera sączącą się wodę do dziury wykopanej w korycie rzeczki.

Na kilkanaście kilometrów przed Jinką musimy zwolnić. Przed nami sznur samochodów. Lecz to nie one tarasują drogę, lecz gigantyczna procesja ludzi uczestniczących w święcie Timkat. Dziś przecież 19 stycznia, najważniejszy dzień trzydniowego święta w kościele prawosławnym. Epifania, pamiątka chrztu Jezusa Chrystusa szczególnie uroczyście jest obchodzona w we wschodnich kościołach, także tych które są wierne rytowi aleksandryjskiemu, a zatem i Etiopskiemu Kościołowi Ortodoksyjnemu. Setki, jeśli nie tysiące osób ubranych w większości na biało idzie drogą wraz z kapłanami. Wierni niosą święte obrazy, chorągwie i duże krzyże. Młodzi mężczyźni niosą przenośne namioty osłaniające księży przed słońcem. Aby było im wygodnie i przyjemnie podążać drogą, rozścielany jest przed nimi czerwony chodnik. Zajmuje się tym inna grupa chłopców, którzy dysponują kilkoma wielometrowej długości chodnikami i po przejściu księży przez jeden rozścielają kolejny a poprzedni rolują i zanoszą na początek procesji. Zeskakujemy z motorów i mieszamy się z tłumem. Wokół rozbrzmiewa muzyka i śpiew. Wyprzedzamy ruchome namioty i dopiero teraz możemy się przyjrzeć kapłanowi niosącemu nad głową tabot**/. To replika Arki Przymierza, chociaż nie przypomina kształtem złotej skrzyni. Ma formę płaskiego pudełka czy też płyty, zazwyczaj wykonany jest z drewna, czasem z kamienia. Tu nie jesteśmy w stanie tego określić, gdyż tabot przykryty jest złotą, haftowaną kapą z frędzlami. Pop niosący tabot ubrany jest w odświętne szaty liturgiczne i trzyma dodatkowo drewniany etiopski krzyż. Towarzyszy mu kilku innych duchownych z krzyżami.

Na twarzach uczestników święta widać niekłamaną radość. Ci ludzie autentycznie się cieszą i bez dwóch zdań są głęboko wierzący. Wierni od czasu do czasu przystają tworzą kilkudziesięcioosobową grupę i zaczynają tańczyć a inni klaszczą rytmicznie w dłonie. Przyłączam się do nich! Atmosfera święta jest naprawdę niesamowita.

Ostatecznie wyprzedzamy pochód i wsiadamy na motory, które nasi przewodniczy zdążyli przeprowadzić po poboczu. Dalsza droga upływa już bez przygód.

Dojeżdżamy do Jinki. Jesteśmy już prawie na miejscu, gdy motor Dany’ego znów ulega awarii. Podjeżdżamy do jakiegoś gospodarstwa, tu chłopak zostawia motor, a Marcin przesiada się na motocykl prowadzony przez jakiegoś grubasa, którego Dany poprosił o podwózkę do swojego domu. Muszę przepakować swoje rzeczy, mam nadzieję, że nic nie zginęło pod moją nieobecność. Daję jeszcze jakiemuś dziecku kręcącemu się po podwórku nieco rozmiękłą czekoladę. Pozostaje jeszcze rozliczyć się z Danym. Składamy się po 20 euro, a ja dodatkowo daję 4000 birrów. Marcinowi skończyła się lokalna waluta, musi podjechać do banku. Przy okazji rozliczamy się z wyjazdu na Danakil. Chłopcy znikają nie wiadomo gdzie i dlaczego, a my siadamy na krawężniku pod bankiem.

Marcin chce jechać dalej do Konso, ale autostopem.

– Jedźmy razem – namawia mnie.

Ja wolę jechać autobusem, jakoś nie wierzę, by stopowanie było tu łatwe.

Żegnam się z Marcinem.

– Naprawdę było dobrze, a te wszystkie inne szczegóły, to są nieważne. Dziękuję ci za bardzo. – czuję się trochę wzruszony tą sytuacją.

– Było naprawdę fajnie – obijamy się po etiopsku barkami.

– Trzymaj się – mówię do chłopaka. nie będąc pewien, czy się jesteście zobaczymy.

Dany organizuje mi transport na dworzec. Wsiadam na motor (50 ETB) i podjeżdżam 1,5 kilometra. Okazuje się jednak, że dworzec jest zamknięty, dziś stąd nie odjedzie żaden autobus ze względu na Timkat. Jak niepyszny wracam motorem do centrum, dopłacając chłopakowi kolejne 50 birrów. Jestem zezłoszczony i gotów gonić Marcina, by jechać dalej stopem. Rozsądek jednak zwycięża, postanawiam przenocować w Jinka i jutro rano ruszyć dalej.

Pierwszy hotel wygląda na pusty, ale po chwili przychodzi menadżer i stwierdza, że nie ma wolnych pokojów. Nie to nie. Obok jakieś pension z pokojami po 200 birrów. Pokoje są ciemne z malutkim okienkiem (bez szyby) zamykanym na okiennicę. Po zapłaceniu okazuje się, że jednak nie ma WiFi. Sprawdzam na wszelki wypadek inny hotel znajdujący się obok, ale tam chcą 1000 birrów i nawet WiFi nie będzie dla mnie pocieszeniem. Mój pokój jest, jak wspomniałem, ciemny i bez łazienki. Specjalnie nie protestuję przeciwko temu, chcę tylko przeżyć do jutra. Problemem jest to, że okno jest bez krat i w nocy musi być zamknięta okiennica.

Tymczasem idę do miasta, chcę sprawdzić, czy nie trafię gdzieś na uroczystości Timkat. Miejscowi nie wiedzą lub nie potrafią się dogadać. Jakieś towarzystwo siedzi na ławkach przy ulicy. Z kolumn podłączonych do odtwarzacza leci głośna muzyka. Piją tellę (ጠላ) – warzone w warunkach domowych tradycyjne piwo. Generalnie nie ma jednego przepisu na tellę – fermentacji poddaje się ziarno teff, ale czasem używa się ziaren kukurydzy, prosa lub sorga. Natomiast chmiel w Etiopii zastępuje się szakłakiem (Rhamnus prinoides).

– Zapraszamy do siebie – woła z daleka podpity chłopak – Dziś są urodziny mojego ojca.

– Napij się z nami! – mówi inny.

Może bym się i przyłączył, bo towarzystwo jest sympatyczne i nie wygląda na agresywne, ale nie mogę – nie piję piwa. Dziękuję i żegnam się. Wolę poszukać timkatowej imprezy.

Jakiś chłopaczek chce pieniędzy ode mnie za zaprowadzenie do kościoła. Odmawiam oczywiście. I dobrze, bo młody, angielskojęzyczny Etiopczyk mówi, że uroczystości skończyły się już dawno, o 15:00.

Po powrocie do mojego „apartamentu” biorę prysznic. Później zaczepia mnie Murzyn, który mieszka w hotelu; chciałby, żebym go pouczył angielskiego.

– Chcę wykorzystać każdą okazję na ćwiczenie angielskiego – mówi Tesfu.

– No problem.

Ja z kolei mam nadzieję, że dowiem się czegoś o życiu tutaj. Opowiadam mu w prostych słowach o naszej podróży do Etiopii. Gdzie jeździliśmy, co widzieliśmy i tak dalej. Zwracam uwagę na czasy i odmianę słów, tłumacząc mu nieznane słowa pomocy innych. Potem proszę go, by opowiedział coś o sobie.

– Przyjechałem tu do Jinka, by na targu sprzedać swoje bydło. Właściwie byka.

– Ile wziąłeś za niego?

– 10000 birrów.

– No, to bogaty teraz jesteś.

– Nie, nie.

Ten byk musiał być niezbyt wyrośnięty. Z tego, co się orientuję, na giełdzie cielęta są po kilkanaście tysięcy birrów, ceny za krowy dochodzą do 20 tysięcy, a dorodnego byka można sprzedać za 30 000 birrów, czyli 200 dolarów. A to już jest majątek! Tak na marginesie stado kóz (10-20 sztuk) kosztuje 50 000 birrów. Wspominam o tym, gdyż powszechnie powielane są informacje, iż przeciętny Etiopczyk utrzymuje się za dwa dolary dziennie. Jakoś nie współgra to z cenami bydła. Rocznie przecież może mieć z każdej krowy dwa cielęta przychówku, co pozwala przeżyć jednej osobie 3 miesiące przy budżecie na wspomnianym poziomie. Skądinąd wiem, że mieszkający w okolicach Mursi często mają stada po 20 i więcej krów. Z tego powodu uważani są za stosunkowo bogatych ludzi. A że żyją jak żyją, to – tak myślę – że w części jest kwestią ich wyboru.

– Masz rodzinę?

– Tak, mam żonę i trójkę dzieci.

– I mieszkasz na wsi?

– Tak. Zajmuję się hodowlą.

Milkniemy na chwilę.

– Skończyłem szkołę elektryczną – Tesfu podejmuje rozmowę – ale nie ma pracy dla mnie.

– Jak to? W tym zawodzie nie ma zapotrzebowania na usługi?

– Jest bezrobocie – stwierdza, jakby to była odpowiedź na moje pytanie*/.

– Wiem, że w Etiopii coraz popularniejsza jest fotowoltaika. Gdybyś nauczył się instalować panele, to mógłbyś świadczyć usługi.

Etiopczyk z początku nie rozumie, o czym mówię. Tłumaczę mu, że chodzi o panele słoneczne.

– Nie myślałem o tym…

– To pomyśl, bo to może być biznes dla ciebie.

– Pomyślę.

– Wiesz. Muszę teraz coś zjeść, głodny jestem – mówię, choć w rzeczywistości chciałbym się go już pozbyć.

– To może pójdziemy razem, jeszcze porozmawiamy?

– Dobrze.

Zamykam pokój na kłódkę i daję się poprowadzić do najbliższej knajpki przy głównej ulicy.

– Na co masz ochotę? – Tesfu pyta takim tonem, jakby chciał mi postawić posiłek.

– Nie wiem, co tu jest, zobaczę.

Decyduję się na świeżo wyciskany sok. Etiopczyk zamawia indżerę, zdaje się, że to jedyna możliwość w tej budzie. Przyszedł za nami jego pociotek, siadają więc razem przy stoliku i zjadają posiłek na spółkę. Ja tymczasem delektuję się przepysznym zimnym sokiem. Czuję jednak, że sok wywoła wkrótce gwałtowną reakcję w jelitach.

– Muszę wracać do hotelu i się położyć spać – mówię i podnoszę się. – Dziękuję i do zobaczenia.

Płacę za sok 50 birrów i wychodzę.

Jestem naprawdę zmęczony ostatnimi dniami i nie chce mi się już wychodzić do miasta. Czuję też, że rozwija mi się zapalenie gardła po zimnych napojach wypitych w Aksum. Jak wspomniałem, pokoje są bez łazienek, wychodząc z pokoju muszę zamykać go na kłódkę. Kładę się do łóżka koło 19:30. Okno pozostawiam uchylone. Aby jednak zabezpieczyć się przed nieproszonymi gośćmi, za okiennicą skonstruuję z butelek i wiadra piramidę, która przy szerszym otwarciu okiennicy zwali się, robiąc hałas.

Przez pół godziny usiłuje zasnąć. Ze snu wybija mnie walenie w okno. Ktoś świeci latarką. To menadżerka hotelu domaga się, by zamknąć okno na noc. Nic z tego! Nie mam zamiaru, udusiłbym się w tej ciemnicy. O 21:00 kolejna wizyta. Znowu ktoś puka do drzwi, żebym zamknął okno. Dobra! Zamykam okno na skobel. Widocznie tutaj wiedzą lepiej, co się może zdarzyć. Sen nie przychodzi. Mam lekką biegunkę. Koło 22:00 ktoś wali do drzwi.

– Open the door!

Niech szlag trafi ten hotel! Nie mam zamiaru otwierać drzwi. Na zewnątrz słyszę jednak głosy i ponownie łomot.

– Open the door!

Otwieram okiennicę. Jakiś gość powtarza, żebym otworzył drzwi. Pieprzy coś o policji. Ani myślę ustępować. Niech sobie wzywa policję. Gość mówi, żebym zapalił światło. Nie mam zamiaru.

– Spadaj na drzewo! – uprzejmie go instruuję i zatrzaskuję okno.

Poddenerwowany znów kładę się spać. Dodatkowo zamykam od wewnątrz skobel na kłódkę. To działanie poniekąd pozorne, gdyż silny kopniak otworzy tak zabezpieczone drzwi.

"Na szczęście jestem ubezpieczony” – myślę sobie i znów próbuję usnąć. O 23:00 sytuacja na zewnątrz uspokaja się. Tymczasem się spakowałem i przygotowałem do szybkiego opuszczenia pokoju nad ranem. Dowiedziałem się wcześniej, że pierwszy autobus do Konso odjeżdża o 5:00 rano. Budzik nastawiam na 4:10.

______________________________________________

*/ Statystyki jednak wskazują, że bezrobocie w Etiopii wynosi 1-2% a według innych statystyk 5%.
**/ Tabot jest obowiązkowym wyposażeniem każdego kościoła. Można powiedzieć, że dopiero po wniesieniu przez biskupa tej symbolicznej Arki Przymierza, budynek staje się świątynią.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej