Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Arba Minch – Konso – Jinka

piątek, 17 I 2025


Ach, te nerwy! | Jak wygląda etiopska prowincja? | Lokalna architektura | Czy są tu krokodyle? | Etiopka wyznaje mi miłość | Negocjacje zakończone sukcesem


Wstaję o 3:00, robię sobie kawę. Pół godziny później zaglądam do Marcina.

– Chcesz dołożyć jeszcze rzeczy? – pyta, pakując swój namiot, śpiwór i inne rzeczy do worka.

Jak się okazuje, chce zostawić część niepotrzebnych rzeczy w stolicy, żeby łatwiej było się poruszać podczas wyjazdu na południe.

– Myślałem, że zostawię zbędne rzeczy dopiero w Jinka, gdy będziemy jeździć na motorach.

Mam swoje własne plany, być może zostanę na południu przez kilka dodatkowych dni. Ochroniarz załatwia tę samą taksówkę co poprzednio, nocny przejazd jest znów okazją, by zachwycać się iluminacją budynków.

Problemy zaczynają się po przyjeździe na dworzec. Nie mamy biletów do Arba Minch. To znaczy mamy je niby zarezerwowane, ale nie wiemy, jaką linią mamy jechać, którym autobusem. Jakiś Etiopczyk prowadzi nas do autobusu. Na liście pasażerów pokazywanej przez kierowcę nie ma naszych nazwisk. Sytuacja robi się mało ciekawa. Biegamy po dworcu, szukając alternatywnych autobusów jadących do Arba Minch, lecz nigdzie nas nie ma.

– Zadzwonię do menadżerki – mówi zdesperowany Marcin.

Jak się okazuje menadżerka wcale nie kupiła tych biletów, nawet ich nie zarezerwowała, stwierdziła, że będą dostępne na miejscu. Miejscowi podchodzą do nas, próbują nam pomóc. Szczególnie jeden chłopak stara się bardzo. Namawia jednego z kierowców, by nas wziął, bo jest tam jedno miejsce wolne.

– Ja mogę siedzieć na podłodze, nie ma problemu – oferuje Marcin.

Kierowca najwyraźniej nie ma ochoty na takie rozwiązanie.

– What to do?! – Marcin znów dzwoni do menadżerki – Decide! Decide now!

Atmosfera robi się nerwowa, chociaż ja aż tak tego nie przeżywam. Problem głównie polega na tym, że Marcin ma mało czasu do końca wyjazdu, wycieczkę do plemion na południu mamy umówioną na 19 stycznia. Powinniśmy być tam już dzisiaj, nie możemy sobie pozwolić na kolejny dzień poślizgu. Etiopczyk kolejny raz dzwoni do menadżerki i próbuje rozeznać sytuację. Po 20 minutach nerwowych(?) negocjacji z kierowcą mówi:

– Macie dwa miejsca.

Ściskam go serdecznie nieświadom swojej naiwności, że zrobił to bezinteresownie.

– Może dam mu jakieś pieniądze? – mówi Marcin, gdy już siedzimy w autobusie – w końcu chłopak coś zrobił dla nas.

– Jasne!

Na widok 200 birrów chłopak się krzywi.

– Chcę od was 1000 birrów. 500 od ciebie i 500 od ciebie.

Sytuacja jest mało sympatyczna, przecież niemała to kwota – tyle kosztuje nocleg. Ale cóż robić? Dajemy mu te pieniądze, najważniejsze, że siedzimy w autobusie i za chwilę ruszymy na południem.

Do Arba Minch jest ponad 450 km, a to oznacza 8-9 godzin jazdy. Początkowo przeciskamy się przez ciemne ulice miasta, zatrzymujemy się na jakiś przystankach, wciskają się kolejni pasażerowie. Na podstawie GPS orientuję się, że nie będziemy jechać główną drogą A7 prowadzącą na południe, lecz inną położoną nieco bardziej na zachód (B51).

Na ile pozwalają panujące ciemności jedziemy przez mało ciekawe okolice. Wioski są biedne, byle jakie. Oczywiście, nieraz widziałem w różnych krajach biedne wioski, ale tak naprawdę trudno mi powiedzieć, czy ubożsi są ludzie w Laosie, w Hondurasie czy w Gwinei-Bissau. Nie zazdroszczę im życia w takich warunkach. Po lewej stronie pojaśniało, zaróżowiło się. Słońce wychyli się zza horyzontu dopiero przed 7:00. Od czasu do czasu światło reflektorów wydobywa z ciemności ludzi idących wzdłuż drogi. Czasem niosą tobołki. Czasem prowadzą pojedyncze sztuki bydła. To bardzo charakterystyczne dla tego regionu świata, że dzień powszedni zaczyna się tu przed świtem i kończy grubo po zachodzie słońca. A nogi stanowią główny środek lokomocji z wioski do wioski, z domu do pracy i z powrotem. Jakże odmiennie wygląda życie na polskiej prowincji.

Droga jest nierówna, telepiemy się na wybojach. Za nami ciągnie się chmura kurzu, a gdy mija nas jakaś ciężarówka natychmiast zamykamy okno. Mój sąsiad założył maseczkę pocowidową, może mu pomaga.

Na niektórych odcinkach pędzimy szybko, wyprzedzając ciężarówki i inne pojazdy. Marcin twierdzi, że przemieszczanie się autostopem po Afryce jest szybsze niż autobusem. Nie wydaje mi się to możliwe, ale każdy ma swoje doświadczenia. Podczas jazdy cały czas towarzyszy nam etiopska muzyka, jest piskliwa, ale jednocześnie melodyjna. Niektóre kawałki są powolne, dominuje wokal i wtedy miło się tego słucha.

Wioski, przez które przejeżdżamy, są naprawdę biedne. Domy w wioskach często są murowane – zbudowane z kamieni lub suszonej cegły – i pomalowane białą lub kremową farbą. Niektóre nawet mają jakiś wzorek na ścianie. Część domów ma konstrukcję drewnianą, ściany wykonane są ze splecionych gałęzi, a niektóre z nich są dodatkowo obrzucone gliną. Używana do budowy domów jest także blacha falista. Zrobione są z niej zarówno dachy, jak i płoty. Jednakże te kawałki blachy są po prostu niestarannie narzucone na dach, nadaje to bardzo nieestetyczny, wręcz brzydki charakter takim wioskom. Odnoszę wrażenie, że te kawałki blachy falistej to takie typowe łatanie dziur: tutaj kapie, to tu położymy kawałek blachy. Czy to wynik braku umiejętności dekarskich czy brak estetycznych potrzeb – nie umiem rozstrzygnąć. To, co się rzuca w oczy, to ogólne wrażenie bałaganu, nieporządku lub chaosu. Każdy dom ustawiony jest pod innym kątem w stosunku do innych, obejścia są bardzo niestarannie urządzone, roi się od przybudówek, szop i budek od Sasa do Lasa. Ot. „zindywidualizowana” architektura. A wszystko upstrzone śmieciami.

Wokół domów widać zagajniki czy też pola palm daktylowych i bananowców. Dopiero po pewnym czasie zdaję sobie sprawę z tego, że to żadne bananowce! To plantacje ensetu (Ensete ventricosum). To kilkumetrowa bylina z olbrzymimi, 5-metrowymi liśćmi. Pokrój rośliny bardzo przypomina banana zwyczajnego (Musa paradisiaca, L.), tak więc nie bez racji enset jest zwany fałszywym bananem. Roślina jest odporna na suszę, bardzo pożywna, a mąkę z niej uzyskaną można długo przechowywać. Stąd też bylina bywa nazywana „drzewem chroniącym przed głodem”.

Znów wyjeżdżamy na rozległe przestrzenie Rowu Abisyńskiego. Zachwycam się natomiast akacjami, których płaskie korony stanowią tak symboliczny widok na sawannie. Zatrzymujemy się gdzieś pomiędzy wsiami. Tu przedsiębiorczy Etiopczycy urządzili punkt gastronomiczny. Wystarczy przynieść trochę suchych patyków lub węgiel drzewny, ustawić wielki gar ma ogniu, podgrzać sos z kawałkami mięsa. Obok postawić pleciony koszyk z indżerą, zaparzyć w dzbanku kawę i voilà! Interes zaczyna się kręcić. Większość pasażerów wychodzi z autobusu, wśród nich dostrzegam Europejkę w towarzystwie Murzyna, Marcin już z nimi rozmawia, później dołączam ja. Kobieta jest Belgijką, przedstawiamy się. Też jedzie oglądać plemiona. Nie mam ochoty na kawę, moje zainteresowanie wzbudza stojące obok duże drzewo a dokładniej kilka ptaków uwijających się między gałęziami. Jednego z nich rozpoznaję od razu. To błyszczak stalowy (Lamprotornis chalybaeus) z rodziny szpakowatych. Jego lśniące intensywnie niebieskie upierzenie zachwycało mnie już w Gambii. Jakże się cieszę, że znów spotkałem tego pięknego ptaka! Drugi, nieco mniejszy ma szare upierzenie i krótki mocny dziób. Nie potrafię go zidentyfikować. Jeszcze jedna afrykańska zagadka!

Przerwa dobiega końca, kto chciał się wysikać, poszedł w krzaki, kto chciał wypić kawę – wypił. Ruszamy.

O godzinie 13:30 zatrzymujemy się na lunch w Soddo. To jedno z większych miast na trasie. Na obiad zamawiam sobie pastę, czyli makaron z warzywami. Biorę również herbatę z imbirem zwaną tu kashir. Ma bardzo ostry smak i słodzenie niewiele pomaga. Miejscowej kawy jeszcze nie piłem, mam swoją. Ale z pewnością spróbuję i miejscowej. Ruszamy dalej. Przed nami jeszcze sporo godzin jazdy.

Przy drodze widzę tradycyjne okrągłe chaty wysmarowane gliną i ze stożkowatym dachem wykonanym ze strzechy. Przy wielu domach stoją kopy siana. To zżęta miłka abisyńska (Eragrostis tef). Ta trawa zbożowa znana jest w Etiopii i na świecie pod nazwą teff. Została udomowiona ponad 5 tysięcy lat temu i od tego czasu stanowi ważny składnik pokarmowy ludów zamieszkujących Wyżynę Abisyńską. Dość powiedzieć, że zaspokaja 2/3 zapotrzebowania Etiopii na żywność. To z jej drobnych, 1-milimetrowych nasion otrzymuje się mąkę teff, która jest składnikiem między innymi indżery, którą tu kilka razy jedliśmy, to z jej sfermentowanych nasion (i gesho, czyli szakłaka, Rhamnus prinoides, L.) wyrabia się piwo tella.

Na tych wyżynnych terenach dominuje uprawa roli, hodowla bydła wskutek, między innymi zmniejszenia powierzchni pastwisk, zeszła na drugi plan. Rzadziej niż podczas przejazdu przez Afar widzimy duże stada krów, miejscowe bydło należy do mlecznej rasy horro. W gospodarstwach wykorzystywane są jako zwierzęta pociągowe lub służą w kieracie do młócenia zboża. Rzadziej spotykamy bydło rasy borana również należące do grupy zebu. Podobnie do horro ich garby szyjno-piersiowe są niewielkie. I w przeciwieństwie do sanga i raya spotykanych w Tigraj nie mają tak imponujących rogów.

Muszę zrobić korektę do tego, co pisałem wcześniej o estetycznych potrzebach mieszkańców prowincji. Przejeżdżamy właśnie przez wioskę, w której domy są równo "wytynkowane" gliną, a okiennice i drzwi w wielu domach ozdobione wielobarwnymi wzorkami. Mało tego! Szczyty domów przykrytych dwuspadowymi dachami (co prawda z okropnej blachy falistej) są kolorowe i ozdobione skierowanymi w niebo belkami. Ci mieszkańcy, którzy wybudowali sobie tradycyjne okrągłe chaty, dbają, by strzecha była równo przystrzyżona. Trudno mi ocenić, czy te różnice między wioskami wynikają z zamożności ich mieszkańców, czy też z różnic kulturowych. Gdy odwiedzałem jedną z wiosek w Nepalu, zwróciłem uwagę na czystość i ogólny ład. Dowiedziałem się wówczas, że ludność Tharu słynie z zamiłowania do porządku. Może i tutaj mam do czynienia z różnymi grupami etnicznymi? Z poziomu okna autobusu tego nie rozstrzygnę.

Kontynuując wątek architektoniczny, musze dodać, że w każdej wsi widoczne są kościoły lub meczety. Te pierwsze często są okrągłe, zbudowane są na planie ośmioboku z centralną kopułą i podcieniami obiegającymi kościół wokół. Meczety najczęściej mają po jednym minarecie, chociaż zdarzają się bardziej wypasione z dwoma minaretami. Trzeba również zauważyć, że zarówno kościołów chrześcijańskich jak i meczetów w Etiopii przybywa. Rośnie liczba wiernych, a być może chude lata mieszkańcy mają za sobą. Wznoszą więc świątynie a oplatające budynki rusztowania z bambusów wyglądają niesamowicie. Odnosi się wrażenie, że są niestabilne, trzymają się na słowo honoru i za chwile się rozlecą!

Region, przez który przejeżdżamy, należy do najbardziej zaludnionych. Mieszka tu nawet tysiąc osób na kilometrze kwadratowym – cztery razy więcej niż w małopolskiej czy podkarpackiej wsi. Ą tu jednak sprzyjające warunki do rozwoju zarówno uprawy roli, jak i hodowli bydła. Nie ma problemów komunikacyjnych, a region zasobny jest w wodę. I to w praktyce widać jak na dłoni: wzdłuż drogi ciągną się liczne wioski, na polach rośnie kukurydza i teff. Góry, które widzimy w pewnych oddaleniu po zachodniej stronie, pokryte są wilgotnymi wiecznozielonymi lasami. Dominują w nich różne gatunki drzew z rodziny hebankowatych, oliwkowatych, marzanowatych, sączyńcowatych, różowatych, ochnowatych, mirtowatych i wilczomleczowatych. Nazwy tych rodzin w większości niewiele mi mówią i ubolewam nad swą ignorancją. Gdybym znalazł się w takim lesie, z trudem zidentyfikowałbym parę przedstawicieli tych rodzin.

Przejeżdżaliśmy teraz obok jeziora Abbaja (Abbaja Hajk) – największego z jezior położonych w Rowie Abisyńskim (1200 km2). Włosi nazywają go Lago Margherita na cześć pierwszej żony Emanuela II – Marii Sabaudzkiej. Co, oczywiście jest bez znaczenia dla współczesnych Etiopczyków. Bardziej interesująca dla mnie jest inna kwestia.

– Czy są tu krokodyle? – pytam gościa, który siedzi obok.

– Tak, bardzo dużo. Tu nie można się tu kąpać. Jest zbyt niebezpieczne.

Okej, nie będę się tu kąpać! Mogłoby się wydawać, że Etiopczyk przesadza z zagrożeniem. Parę lat temu miejscowym też mogło się tak wydawać, dopóki z jeziora nagle nie wynurzył się krokodyl i chwycił prawosławnego księdza Docho Eshete’a, który właśnie prowadził zbiorowy chrzest dla 80 osób. Duchowny zmarł, a uroczystości musiał dokończyć inny ksiądz. Tym niemniej, chciałbym zobaczyć takiego krokodyla.

– A wiesz, które zwierzę najbardziej niebezpieczne w Afryce? – pyta mnie Marcin.

– No…?

– Hipopotam! Taki hipopotam biegnie 50 km na godzinę i zawsze cię dogoni.

O ile mnie zobaczy. Bo z tego, co wiem, mają one dość słaby wzrok.

– Ja myślę, że jednak komary są bardziej niebezpieczne. Ugryzienie malarycznego komara powoduje śmierć kilkuset tysięcy ludzi rocznie. A ile osób hipopotamy zabijają?

Tego nie wiemy. I pewnych statystyk raczej nie ma. Z tego, co później sprawdziłem, hipopotamy zabijają rocznie około 500 osób. To niewiele w porównaniu z przypadkami zagryzienia przez psy (30.000), czy ugryzieniami węży (rzekomo 100.000). Szacuje się ponadto, że krokodyle zabijają około 1000 osób rocznie, dwukrotnie więcej niż słonie (500) i czterokrotnie więcej niż lwy (250). Z tym, że statystyki te dotyczą całego świata. Tak czy owak, jak spotkam hipopotama, będę uważać, by go nie drażnić.

Notabene hipopotamy są uważane są przez miejscową ludność za głównego wroga. Według badań 89% wieśniaków znad jeziora Tana ma negatywną opinię o hipopotamach, 96% uważa, że te ssaki nie dają korzyści ani ekologicznych, ani ekonomicznych, a 90% chciałoby wyeliminowania ich ze swych miejscowości. Hipopotamy są często zabijane przez lokalnych rolników w akcie zemsty za szkody w uprawach i strat wśród zwierząt gospodarskich. Trudno się więc dziwić, że w Gibe Sheleko National Park w zachodniej Etiopii farmerzy zabili w sierpniu 2024 co najmniej 28 tych milutkich zwierząt.

Przy dojeździe do Arba Minch widzę stado ibisów czczonych (Threskiornis aethiopicus) chodzących przy drodze. Z ich kuzynami, ibisami czarnopiórymi (Threskiornis molucca) spotkałem się parę lat temu w centrum Sydney. Obydwa gatunki nie boją się ludzi, często żerują w pobliżu ich domostw. Afrykański gatunek omal nie został udomowiony, a to za sprawą kultu ibisogłowego boga Thota w Egipcie. Zapotrzebowanie na ibisy składane jako ofiary dla boga mądrości było przez wieki tak duże, że przez pewien czas istniały gospodarstwa hodowlane ibisów zwane przez Herodota ibiotropheia.

Niecodziennym widokiem jest również miejscowy cmentarz. Poszczególne groby są okratowane, mają postać zamkniętych klatek. Przypominają nieco ukraińskie cmentarne „kojce”, ale są zamknięte również od góry – prawdopodobnie dla ochronny przed dzikimi zwierzętami.

Powoli zbliżamy się do Arba Minch. Miejscowość ma dość rozległe przedmieścia. W autobusie nie ma już wielu pasażerów, została Belgijka ze swoim Murzynem. Wysiadają tak jak my w Arba Minch – będą tu nocować. Przy okazji: Nazwa miasta oznacza 40 źródeł. Trochę romantycznie, prawda?

Dowiadujemy się od miejscowych, że bezpośredniego autobusu do Jinki nie ma. Konieczna jest przesiadka w Konso. Być może to prawda. W każdym razie po chwili wsiadamy do kolejnego autobusu. Jeśli uda się z przesiadką, to jest szansa, że dzisiaj dojedziemy do celu.

Przejeżdżamy przez most na rzece wpadającej do jeziora. Płynie w głębokiej dolinie, niesie wodę z nieodległych gór widocznych na horyzoncie. Na brzegu odbywa się pranie. I to jakie! Kilkadziesiąt osób, chyba cała wioska przyniosła swe rzeczy do prania. Widzę pochylone kobiety stojące po łydki w wodzie i rytmicznie trące w rękach rzeczy. Całe zbocze upstrzone jest suszącymi się płachtami i ubraniami. Grupa dzieciaków kąpie się w rzece. Najwyraźniej krokodyli tutaj brak.

Marcin siedzi za mną w towarzystwie młodej Etiopki. Do mnie również dosiadła się młoda dziewczyna. Uśmiecha się do mnie i coś mówi po swojemu – ni to do mnie, ni to do swojej koleżanki. Pasażerowie odwracają się w naszą stronę i śmieją się. No, mają polewkę ze mnie. Nie szkodzi.

– Name? – pyta czystą angielszczyzną.

– Peter and you?

– Daba. Nice to meet you – dodaje i na tym słowny etap poznawania się kończy.

Dziewczę uśmiecha się zalotnie, robi różne zachęcające miny, a jej dłonie niebezpiecznie wędrują w moim kierunku.

– No, to się wzięła ostro się wzięła za ciebie – słyszę Marcina z tyłu – Wrócisz z Etiopii z żoną.

Etiopce najbardziej podobają się moje siwe włosy.

Farangi – szepcze, a pasażerowie się śmieją.

Muszę przyznać, że Daba jest bardzo wytrwała. Już prawie mnie obejmuje, ja wcisnąłem się maksymalnie pod okno. Dziewczę nie odpuszcza i gestami pokazuje, że jest zakochana i ma na mnie ochotę.

Enneh iwedihaloh… – chichocze.

Moje przeczenie głową niewiele pomaga. A skoro już miłość jest wyznana, Etiopka przechodzi do konkretów. Pokazuje cztery palce. Nie, nie: z pewnością nie planuje czwórki dzieci ze mną, gdyż dodaje:

– Four hundred.

– Aha, jasne! No, to tanio się sprzedajesz – zauważam po polsku.

Na szczęście dziewczyna wraz z kilkoma innymi pasażerami wysiada wcześniej.

– Two hundred – rzuca do mnie na koniec w akcie desperacji.

Droga do Jinki zajmie nam jeszcze wiele godzin, zdaje się 4 godziny. Ale już teraz się cieszę, że przejadę całą Etiopię z północy (Aksum i Shire) na południe (Arba Minch i Jinka). Gdybym jeszcze dojechał do Harar, byłbym naprawdę zadowolony. A może zostanę tu nad jeziorami, na razie nie wiem.

Przesiadka w Konso odbywa się bezproblemowo. Zajeżdżamy na plac dworcowy. Dopadają nas od razu naganiacze. Dobrze wiedzą, czego potrzebują białasy. Kilka minut później siedzimy już w busie odjeżdżającym do Jinka. Wygląda więc na to, że w ciągu jednego dnia pokonamy trasę, która Łukaszowi i Kamilowi zajęła dwa dni.

– 200 birrów? – Marcin próbuje narzucić cenę kierowcy.

– 400. Benzyna podrożała – odpowiada tamten, a pasażerowie potwierdzają cenę.

Bus jest maksymalnie wypchany, plecak muszę trzymać na kolanach. Do Jinka jest ze 150 km i spodziewam się, że będziemy tam za trzy godziny. No cóż, okażę się nadmiernym optymistą. Jedziemy krętą, górską drogą. Tereny wokół zamieszkane są przez ludność Konso – jedną z wielu grup etnicznych na południu Etiopii. Lud to niezbyt liczny – niecałe 350 tysięcy. To kropla w porównaniu ze 132-milionową populacją kraju. W okolicy znajduje się nawet wioska etniczna ludności Konso, prawdopodobnie płatna, ale te same domy można oglądać wszędzie. Chaty są okrągłe, często z podmurówką z ułożonych kamieni i dachem krytym strzechą z charakterystycznym podwójnym stożkiem i wydłużonym zwieńczeniem, również z trzciny.

Zmierzch zapada gwałtownie, jedziemy już od dwóch godzin. Powoli cichną rozmowy, czekamy końca drogi. W Jinka zatrzymujemy się przy głównej, bez wjeżdżania na dworzec autobusowy. Tu wszyscy wysiadają. Podchodzi do nas chłopak i pyta:

– Przyjechaliście na tour?

– Tak. A ty jesteś od Abrahama? – upewnia się Marcin.

Etiopczyk potwierdza i dodaje:

– Macie jakiś hotel zarezerwowany? Mogę was zaprowadzić do hotelu, ale możecie nocować również u mnie. Jestem Dany.

Nocleg u lokalsa nam pasuje jak najbardziej. Tu już nie chodzi o oszczędzenie kilkuset birrów, lecz o sprawdzenie, jak wygląda miejscowe życie. Ruszamy na piechotę w towarzystwie jego znajomego. Oddalamy się coraz bardziej od centrum, okolica wygląda na nieszczególną i zaczynam się właściwie zastanawiać, co my co my właściwie robimy. Gdzie on nas prowadzi? Po drodze omawiamy wyjazd. Nie wszystko się zgadza z tym, co do Marcina pisał Abraham. W końcu dochodzimy do jego domu, chłopak otwiera metalową furtkę i wchodzimy na duże podwórze z kilkoma budynkami. Dany otwiera swój niewielki i zagracony pokój. Nad dużym "małżeńskim” łożem rozpostarta jest moskitierą, w pomieszczeniu panuje półmrok, światło z kiepskiej żarówki pokazuje jednak kawalerski bałagan. Siadamy na stołkach.

– Więc tour będzie 3-dniowy, tak? – dopytuje Marcin,

– Tak.

– I będą cztery plemiona?

– I cena 100 dolarów?

– Nie, nie, 200 dolarów.

To już zupełnie inna cena niż wynegocjowana z Abrahamem.

– A gdzie jest Abraham? – pyta Marcin.

Widzę, że chłopak jest trochę zakłopotany i mówi, że nie mógł się spotkać. Zaczynamy podejrzewać, że chłopak nie ma nic wspólnego z Abrahamem, po prostu przejął białasów i kręci swój własny interes. Naciskamy go, by jednak skontaktował się z Abrahamem. Marcin podaje numer telefonu. – Tak, znam numer – mówi Dany i wybiera jakiś numer w swojej komórce.

Rozmawia chwilę po oromsku i mówi, że Abraham przyjdzie. Moja wyobraźnia podpowiada, że mógł zadzwonić do jakiegoś swojego kumpla, który nie ma nic wspólnego z Abrahamem. Pół godziny później zjawia się chłopak, który się przedstawia jak jako Abraham. Etiopczycy wdają się w rozmowę, która przeradza się w ostrą dyskusję. Wygląda na to, że Abraham chce się wycofać z jakichś powodów z organizacji wyjazdu. Wszystko to jest dosyć dziwne. Marcin chce się upewnić, czy chłopak wywiąże się ze swojej propozycji przesłanej na WhatsAppie.

– Możesz potwierdzić cenę i to, że tour jest trzydniowy i są cztery plemiona? – pyta go.

Ten jednak zaprzecza, a po chwili z obrażoną miną wychodzi. W tej sytuacji dobijamy targu z Danym. Będą cztery plemiona w ciągu dwóch dni, a wycieczka będzie kosztować 100 dolarów plus 20 euro plus 20 000 birrów (w sumie około 140 USD) od osoby. Z jednej strony to cena niższa od znanej mi z internetu, z drugiej strony koszt 550 złotych za 2 dni wycieczki na motorach to wcale nie tak mało. To na dobrą sprawę, za tę kwotę Etiopczyk jest w stanie utrzymać się przez dwa miesiące.

Pozostaje jeszcze kwestia spania.

– Masz tylko jedno łóżko – zwraca się Marcin do Dany’ego – A wiesz… to u nas nie do pomyślenia, by dwóch mężczyzn spało w jednym łóżku… Wymyśl coś.

Rozwiązanie się znajduje w postaci dodatkowego materaca. Marcin wspaniałomyślnie oddaje mi łóżko, potrzebuje tylko moskitiery i śpiwora. Oddaję Marcinowi swój śpiwór i chowam się pod swoją moskitierą, a Dany przynosi skądś moskitierę i rozwiesza nad materacem.

– Zamknijcie się porządnie na skobel. I zawiążcie go sznurkiem, tak, by nikt z zewnątrz nie mógł otworzyć.

Trochę dziwne wydają się nam te środki ostrożności, przecież jesteśmy na zamkniętym podwórzu, wśród swoich. Ale Dany zapewne wie lepiej.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej