Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Addis Abeba – Harar

czwartek, 23 I 2025


A wystarczy trochę pomyśleć | Życie na prowincji | Wędrując śladami Burtona... | Kolacja po ciemku i nocne najście


Nie udaje mi się dospać do ustawionego w komórce alarmu. Budzę się kilka razy, ostatecznie wstaję o godzinie 2:00. Składam rzeczy i o 2:30 z pomocą naszego bodyguarda zamawiam taksówkę. Nie wiem, dlaczego w tej aplikacji Feres kierowcy oddzwaniają. Może muszą dokładnie potwierdzić kurs i lokalizację. Co kraj to obyczaj. Nieważne.

Będę na dworcu trochę wcześniej, ale chcę mieć już ten transport za sobą. Siadam przed zamkniętym jeszcze dworcem i obserwuję zbierających się chętnych na wyjazd. Pół godziny później brama jest zostaje otwarta, zajmuję miejsce we właściwym autobusie, tym razem obywa się bez problemów. Pozostaje teraz czekać, aż autobus się wypełni.

Od pół godziny usiłujemy wyjechać z dworca. Problem polega na tym, że o godzinie 4:00 wyruszają wszystkie autobusy. Oczywiście jeden może ruszyć 3 minuty wcześniej, drugi 5 minut później, ale generalnie po skompletowaniu pasażerów dochodzi do gigantycznego korka. I zaczynają się problemy, bo nikt nie chce ustąpić. W idiotyczny sposób kierowcy podjeżdżają do następnego autobusu, uniemożliwiając jakiekolwiek manewry. Mam skojarzenie z sytuacją w Indiach na moście, na którym ruch odbywał się jednym pasem, kiedy to każdy chciał być sprytny i każdy chciał przyjechać szybciej od innych. Tutaj też są matołki, być może jeszcze większe. W obliczu zaistniałej sytuacji nie robią nic; nie próbują pomyśleć, wycofać się, ustąpić. Sytuacja się więc przedłuża. Ograniczoność tych ludzi jest dla mnie zupełnie niewytłumaczalna. Na samym początku stoi przecież jakiś autobus, który trzeba wypuścić z dworca, ale inni zajeżdżają mu drogę. Przeszli teraz do fazy trąbienia na siebie. Na dźwięk klaksonu kierowca przypomina sobie, że też go ma i sprawdza, czy aby nie głośniejszy. W rezultacie wyjeżdżamy około godziny 5:00. Można powiedzieć: cóż, to Afryka! Ale tak naprawdę jest to problem Afrykanów, którzy nie potrafią sobie radzić z tak prostymi sprawami.

W końcu ruszamy. Staram się jeszcze pospać, za oknem noc, zresztą pierwsze kilometry drogi są już mi znajome. Od godziny 9:00 autobusowy termometr wskazuje 29 stopni. Afryka stopniowo wysysa ze mnie siły. Dzisiaj niewiele spałem, a ten przejazd nie należy do najłatwiejszych. Jak by nie było, mam do przejechania 524 km po wyboistych etiopskich drogach. To już czwarta dłuższa podróż wewnątrz Etiopii: najpierw do Semery, potem na południe do Jinka i z powrotem stolicy. Niestety te pół tysiąca kilometrów będzie się jechać znacznie dłużej niż by się wydawało. Początkowo, po opuszczeniu Addis Abeby, tereny są płaskie, a krajobraz bardziej sawannowy z pojedynczymi charakterystycznymi akacjami. Roślinność tutaj jest bardziej drzewiasta. A przede wszystkim jedziemy przez góry, a to oznacza setki zakrętów, podjazdów i zjazdów oraz okresowo gorszą nawierzchnię jezdni.

Minęła 11:00. Od dłuższej chwili towarzyszą nam fenomenalne widoki na dolinę położoną po lewej stronie drogi. Niestety, nie mam możliwości fotografowania, musiałbym się przesiąść na drugą stronę. Przejeżdżamy przez wioski z typowym bazarowym życiem. Dziesiątki sklepików, ustawionych wzdłuż głównej ulicy, kramy, setki straganów i płachty rozłożone bezpośrednio na ziemi. To, co najbardziej mi się podoba, to kolorowe stroje kobiet. Suknie są wzorzyste i kwieciste. Tu dodatkowo z wplecionymi złotymi i srebrnymi nitkami.

O 11:30 zatrzymujemy się w jakiejś dziurze. Ulica po obu stronach jest rozkopana, trwają jakieś roboty, być może kładą wodociąg. Przerwa na posiłek. Kierowca wskazuje mi jakąś knajpkę, siedzi tam zaledwie parę osób przy piwie i wcina indżerę. Nie za bardzo mam ochotę na takie jedzenie. Zresztą przyjechało tu kilka autobusów jednocześnie i boję się, że znów nie zdążę skończyć posiłku na czas. Mamy 20 minut, w sam raz, żeby napić się kawy. Siadam na stołeczku w „kawiarni polowej” i proszę o kawę. Przysiada się jakiś facet, zaczyna wykonywać dziwne gesty, nie wiem, o co mu chodzi. Zapewne chcę pieniędzy.

Obserwuję ludzi. Kobiety ubierają się najczęściej kolorowo, dzieciaki często w podniszczonych koszulkach z reklamami europejskich firm. Jeśli chodzi o fryzury, to u dziewczyn dominują tradycyjnie plecione warkoczyki tuż przy skórze głowy, ale zauważam również modę na farbowanie i rozjaśnianie włosów. Podchodzą znów do mnie jakieś dzieciaki, proszą o pieniądze, ale zdecydowanym ruchem ręki je odprawiam.

Jak wspomniałem, jestem w miejscowości, gdzie zatrzymują się autobusy przelotowe. Najwięcej kursuje autobusów firmy Zemen, ale są też autobusy firm Abay i Ethio. Na drodze panuje głównie ruch ciężarowy i autobusowy, z rzadka spotykamy busy i dostawczaki. Zwykłych samochodów osobowych jest jak na lekarstwo – przynajmniej tu na prowincji. Być może prawdą jest to, co słyszeliśmy niejednokrotnie: że brakuje w Etiopii benzyny i trzeba kombinować. Z drugiej strony nie raz widziałem na autobusach i busach nalepki informujące, że jest to beneficjent subsydiów rządowych na benzynę. Zauważyłem też, że motoriksze są ponumerowane i oznakowane według miejscowości. Prawdopodobnie ułatwia to kontrolę ruchu na drodze. Zdaje się tuk-tuki nie mogą się poruszać daleko poza swoim miastem.

Spokojnie kończę pić kawę, gdy sprzedawczyni podchodzi do mnie i, mimo że mam jeszcze dwa łyki, próbuje mi odebrać filiżankę. Ach ta Afryka! Przecież tutaj mężczyźni godzinami sączą swoją kawę, a jej się tak spieszy. No, dobrze. Płacę i wskakuję do ruszającego autobusu.

Zostało jeszcze ze trzy godziny drogi. Przejeżdżamy przez kolejne wioski i osiedla. Na drogach i przed domami widać wiele osób, które coś niosą, czymś handlują, coś załatwiają. Kobiety noszą wiązki traw dźwigają pojemniki z wodą czasem spotykam Etiopkę niosącą na głowie pleciony koszyk. To tradycyjne naczynie zwane mesob używane jest do przechowywania indżery. Można dostrzec różnicę w intensywności życia publicznego w porównaniu z polską prowincją. Idąc przez polską wieś, nie widdzi się tak ożywionego ruchu, tylu ludzi. Tym bardziej dotyczy to wsi i miasteczek w Europie Zachodniej. Tu, w Etiopii, można powiedzieć, życie toczy się na ulicy. Podobnie zresztą, jak w krajach arabskich.

Ruch na drodze jest również dość ożywiony. W pewnym momencie utykamy w gigantycznym korku, przed nami sznur samochodów ciężarowych złożony z kilkudziesięciu a może i kilkuset pojazdów. Kierowcy konsultują się między sobą. Jakieś ustalenia zapadają, gdyż zjeżdżamy na pobocze i wraz z kilkoma tuk-tukami wyprzedzamy stojące ciężarówki. Przyczyna korka wkrótce się wyjaśnia: droga jest zablokowana przez bardzo długi specjalny samochód transportowy przewożący kilkudziesięciotonowy, szeroki na sześć metrów element do jakiejś fabryki. Dalsza podróż odbywa się już sprawnie.

O 17:00 wjeżdżamy do Harar. Główna ulica wjazdowa jest rozkopana. Nie dojeżdżamy do dworca, zatrzymujemy się gdzieś przy bocznej drodze. Priorytetem staje się teraz znalezienie noclegu.

– 3000 birrów – mówią mi w najbliższym hotelu.

Hotel z szerokim podjazdem, pracownikiem ochrony w mundurze i recepcją wyłożoną marmurem zasługuje na taką cenę. Sprawdzam kilka innych lokalizacji, posługując się aplikacją Maps.me, ale są one bądź niedokładne lub nieaktualne. Kieruję się w stronę mediny, przechodzą przez bramę w murze otaczającym średniowieczną starówkę. Tu powinno być trochę tańszych hoteli. Zaczepiony przeze mnie staruszek mówi:

– Mogę ci pomóc. Zaprowadzę cię do taniego guest-house’u.

Skręcamy w głąb mediny. Mężczyzna po drodze wypytuje mnie o różne rzeczy. Staram się zapamiętać drogę w tej gmatwaninie uliczek. Od razu powiem, że starówka jest odnowiona, schludna i zwyczajnie ładna. Zastanawiam się, jakie były pierwsze wrażenia Sir Richarda Burtona, XIX-wiecznego podróżnika, który wyruszywszy w 1854 roku z czerwonomorskiego wybrzeża po dwutygodniowej podróży przez pustynne przestrzenie Somalii dotarł do Harar. Miasta praktycznie nieznanego wówczas Europejczykom, dodam. Zapewne podróżował w muzułmańskim przebraniu, a jego ogorzała od słońca twarz nie rzucała się w oczy. W takim przecież w przebraniu kilka lat wcześniej dotarł do Mekki (Arabia Saudyjska). Po Etiopii podróżował w towarzystwie wynajętych tragarzy i ochroniarzy. Raczej nie potrzebował lokalnego tłumacza, znał ponoć 29 języków obcych i 11 dialektów.

Skręcamy w zaułek i dochodzimy do blaszanej bramy. Mężczyzna głośno puka, wchodzimy na podwórko. Woła znajomą właścicielkę.

– Szukam taniego pokoju – przedstawiam swe oczekiwania.

– Na jak długo?

– Na jedną lub dwie noce.

– 1500 birrów.

Z ciekawością zaglądam do pokoju, który tak został wyceniony. Jest elegancko urządzony, dużo rzeźbionych drewnianych elementów, płytki na podłodze, od razu widać, że guest-house przeznaczony jest dla farangi. Ale zapewne wart swojej ceny.

– Dziękuję bardzo, to dla mnie za drogo – mówię do kobiety.

Wychodzimy. Dziękuję staruszkowi za pomoc, mówiąc, że poradzę sobie.

– Jakbyś jeszcze czegoś potrzebował, to ja tu jestem.

– Jasne.

Żegnam się i wracam na główną ulicę. Z kolejnym "pomagierem” mam więcej szczęścia. prowadzi mnie najpierw do butikowego, można powiedzieć, hotelu. Klimatyczne podwórko, drewniana weranda obiegająca je wokół, eleganckie pokoje na parterze i piętrze.

– Sorry szukam czegoś taniego – tłumaczę chłopakowi, po usłyszeniu ceny.

Etiopczyk prowadzi mnie do hoteliku przy bocznej ulicy (obok jednostki policji). Tu pokoje są w akceptowalnej cenie 400 birrów. Muszę tylko przejść przez labirynt ciemnych korytarzy, jakieś podwórko-studnię. W końcu w budynku przypominającym hotel robotniczy trafiam do ciasnego pokoju z łazienką. To ostatnie określenie ma charakter wyraźnej nobilitacji pomieszczenia, gdyż prysznic nie działa, a do dyspozycji mam żółty baniak z 20 litrami wody.

„Czas coś zjeść” – myślę sobie. Na szczęście do dworca autobusowego, gdzie spodziewam się knajpek jest niedaleko. Dawno już zapadł zmrok, na ulicy co chwilę zaczepiają mnie miejscowi i o coś dopytują. Nie mam już ochoty na żadne rozmowy, jestem zmęczony i głodny. Po kwadransie bezowocnego krążenia po okolicy stwierdzam, że chyba się trochę przeliczyłem z tymi knajpkami. Nie widzę odpowiedniego miejsca. Dopiero na samym dworcu – równie zatłoczonym jak w dzień – znajduję kilka kobiet oferujących posiłek z „kuchni polowej”. Siadam na miniaturowym taborecie i proszę o makaron z warzywami i herbatą. Rozmowa odbywa się bardziej przy pomocy gestów niż słów, gdyż Etiopka nie zna angielskiego. Wrzuca na woka trochę warzyw, polewa olejem i smaży. Ugotowany wcześniej makaron ma w innej misce, potem wszystko miesza, przysmaża i podaje mi na plastikowym talerzu. Trzeba dodać, że wszystko odbywa się niemal w ciemności. Tu, na dworcu, nie ma latarń, kobieta posługuje się czołówką założoną na głowę. Podoba mi się ta sceneria, a moje negatywne emocje związane z dniem nieco słabną. Jem, nie spiesząc się, a nawet proszę o dokładkę herbaty. Płacę 70 birrów i wracam po ciemku do hotelu.

Jak się za chwilę okaże, dziś będę miał powtórkę z rozrywki. Zrobiłem notatki z podróży, leżę sobie spokojnie, właściwie przysypiam. A tu łomot do drzwi. Czyli to samo, co w Jinka dwa dni temu.

– What is it!? – krzyczę głośno.

Na korytarzu hałasy, słyszę kroki. Nie wiem, o co chodzi, ale tym razem nie daruję. Ubieram się szybko, biorę komórkę i schodzę poszukać menadżera hotelu. Wychodzi z zaplecza dziewczyna, usiłuje jej wytłumaczyć, o co mi chodzi. Murzynka słabo zna angielski, woła swojego krewnego, który też jest menadżerem i tłumaczę spokojnie chociaż zdecydowanym głosem.

– Przyjechałem do Harar, jestem zmęczony po podróży, chcę odpocząć. A ktoś próbuje wejść do mojego pokoju. Czy ja powinienem wezwać policję?

– No, no, no!

Przepraszają, mówią, że zaraz znajdą tego, kto próbował wejść do pokoju. Szybko się wyjaśnia, że był to dostawca jedzenia, który nie znał dokładnie numeru pokoju. Przyjmuję do wiadomości. Myślę, że postraszenie policją, to był najlepszy sposób, żeby taka sytuacja nie powtórzyła się więcej. Gościa, Który chce wezwać policję, będą teraz pilnować, by się mu nic nie stało.

Dzień był ciężki. 520 km autobusem jechaliśmy 14 godzin. Potem jeszcze szukanie hotelu, użeranie się z zaczepiającymi mnie ludźmi, opędzanie się od dzieciaków żebrzących o pieniądze. Tylko ta kolacja po ciemku wydaje się przyjemnym wspomnieniem. Robię wstępny bilans wydatków na wyjeździe. Wychodzi na to, że na kilkanaście noclegów w Etiopii, dziewięć było płatnych. Hotele kosztowały mnie łącznie 6000 birrów, czyli poniżej 700 birrów za nocleg za osobę, przy czym średnią cenę podnosił hotel w stolicy (po 9 dolarów). Nieprzewidzianym wydatkiem była wycieczka do Doliny Omo. Ale biorąc pod uwagę wynegocjowane ceny za oba toury, sumaryczny koszt uznaję za akceptowalny (aczkolwiek wycieczkę na Danakil uznawałem wcześniej za ekstrawagancję).

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej