Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]


Addis Abeba

niedziela, 26 I 2025


Młodzi przedsiębiorcy | Czerwony Terror: historia kołem się toczy | W Muzeum Abisynii | Kupuję pamiątki | Powrót do hotelu i zakupy


Dziś przedostatni dzień w Etiopii, co skłania mnie do rozmyślań nad tym, co udało mi się zrealizować, a czego nie. Czego nie widziałem? Lalibeli oczywiście. Kultowe miejsce, z pewnością by mnie zachwyciło. Gonder pewno również byłby interesujący. No i jeziora Tana z monasterami na wyspach i pobliskimi wodospadami na Nilu. Mówi się trudno. Niemniej jednak katarakty na Nilu i różne duże wodospady widziałem w różnych innych miejscach, nie mówiąc już o jeziorach tej wielkości. I myślę sobie, że ta moja Etiopia, którą zrealizowałem, odwiedzając trzy regiony – na północy, południu i wschodzie są absolutnie satysfakcjonujące. Udało się to wszystko zobaczyć bezpiecznie, ale czuję, że wyczerpałem limit przygód. Nie chciałbym niczego sknocić na koniec. Zostaję dwie noce w Addis Abebie. Pozostaje tylko decydować – gdzie nocować. Pierwszy pierwszą z dwóch nocy mam za sobą. Wczoraj Marcin namawiał mnie że, żebym wziął nocleg w sąsiednim hostelu. Sądzę jednak, że przemawia przez niego uraz po mało sympatycznym zachowaniu menadżerki, która wymusiła od niego 700 birrów za pozostanie do wieczora w dniu wyjazdu. Na wszelki wypadek zamierzam odwiedzić kilka okolicznych hoteli.

Wstaję przed 8:00. Zanim wyjdę dokupić walutę, której mi znów brakuje, piorę i myję się. Ulice w stolicy w poniedziałkowy poranek wyglądają zwyczajnie. Niektóre sklepy są już pootwierane, warzywniaki również. W hotelu „Mesy” nocleg kosztuje 3000 birrów, trzeciego przy głównej ulicy, zaznaczonego na mapie, nie udaje mi się odszukać, w trzecim niby nie ma miejsc, a w czwartym pokoje są po 1000 birrów, co przy gorszym standardzie niż w „moim” Happy Guesthouse, skłania mnie do spędzenia ostatniej nocy w tym ostatnim.

Z bankomatu biorę 2000 birrów, powinno wystarczyć do wylotu. Wstępuje na śniadanie do, można by powiedzieć, dużej stołówki. Kilka sal, pani w okienku zbiera zamówienie. Odrapane ściany, większe dziury zaklejone kolorowym plakatami z reklamy coca-coli. 90% klientów to mężczyźni sączący piwo i gapiący się na puszczone głośno teledyski w telewizji. Trwa właśnie dostawa piwa – chłopak co chwilę przetacza przez salę 50-litrowe beczki. Biorę jajecznicę z dwiema bułkami i herbatą (70 birrów, czyli 2 zł). Herbata jest tym razem z cynamonem.

Postanawiam po raz drugi odwiedzić plac targowy w dzielnicy Kirkos, na którym byłem z Marcinem. Może coś ciekawego tam znajdę? Próbuję na niego trafić od drugiej strony, ale nie udaje się go znaleźć. Odpuszczam.

W drodze na Meskal kolejny raz spotykam fotografów. To grupa około 10 chłopaków, którzy mają naprawdę dobre aparaty. Ich lustrzanki cyfrowe są dużo więcej warte niż mój aparat. Początkowo sądziłem, że to jakaś szkoła fotografowania i uczą się robić porządne zdjęcia pod kierunkiem jakiegoś profesjonalisty. Ale nie. To jest biznes.

– Fotografujemy ludzi, którzy chcą zdjęcia – wyjaśnia chłopak.

– Jasne. Teraz rozumiem. Myślałem, że to jakiś kurs fotografowania…

– Może chcesz, zrobię ci zdjęcie. Za darmo!

– Nie, dzięki. Ale może to ja powinienem brać pieniądze, bo ostatnio robiliście mi dużo zdjęć.

Śmiejemy się.

– Więc ci ludzie na ulicy chcą być fotografowani i płacą wam pieniądze?

– Tak.

– I drukujecie od razu?

– Nie. Dajemy w postaci software.

Przedsiębiorczy Etiopczyk udziela mi wskazówek, jak dojść do miejsca, gdzie sprzedawane są krzyżyki.

– To przy placu Ambassador. Tam w okolicach poczty są sklepy z pamiątkami.

Dwa kroki dalej jest wspomniane wcześniej Muzeum Czerwonego Terroru. Taka nazwa od razu wzbudza podejrzenie, że będzie to obiekt propagandowy. Wstęp jest niby za darmo, ale wymagany jest datek. Podejrzewam, że tak naprawdę pieniądze zabiera cieć, który wpuszcza ludzi do środka. Nie ma skrzynki na pieniądze, facet chowa je do swojej kieszeni. Niepotrzebnie daję mu stówę, wystarczyło 50 birrów. Ale to w końcu 3 złote.

Co w środku? Trochę fotografii, trochę eksponatów w postaci broni. Fotografie przedstawiają różne masakry, które miały miejsce w Etiopii w ciągu 17 lat tzw. „Czerwonego Terroru”. Nie chcę czytać opisów tych zdjęć ani przedstawionych informacji. Wolę sięgnąć po bardziej obiektywne źródła. Oczywiście, zawsze obecna władza jest dobra, a poprzednie były złe. Nie sposób jednak nie dostrzec pewnych analogii między wydarzeniami z lat 1976-1978, a walką między bolszewikami a mieńszewikami podczas wojny domowej w Rosji (1918-1922) a także pokrewieństwa z rewolucją francuską 1789 roku. W każdym przypadku wydarzenia rozgrywały się w młodej republice po obaleniu despotycznych monarchów: króla Ludwika XVI, cara Mikołaja II Romanowa i cesarza Hajle Selasje I. Zarówno w Rosji Radzieckiej jak i w Etiopii przemoc zaczęła się od nieudanych zamachów na przywódców: Włodzimierza Lenina i Mengistu Haile Mariam. W Etiopii rządząca rada wojskowa Derg rozpoczęła represje skierowane przeciwko konkurencyjnym ugrupowaniom marksistowsko-leninowskim: Etiopskiej Partii Ludowo-Rewolucyjnej (EPRP) i Socjalistycznemu Ruchowi Panetiopskiemu (MEISON). Etiopska wojna domowa, która wkrótce wybuchła trwała do 1991 roku, aczkolwiek należy odnotować, że wojskowa junta oddała władzę cywilom już 4 lata wcześniej.

Niestety, współcześnie istnieje tendencja do upraszczania historii, wrzucania do jednego worka różnych zdarzeń, poglądów i zjawisk. Rządy Derg trwały 13 lat, Czerwony Terror trwał dwa lata, wojna domowa – 17 lat. To trywializowanie historii i rzeczywistości jest charakterystyczne dla osób prymitywnych, nieskorych do samodzielnego, krytycznego myślenia, ale także dla tych, którzy, zakłamując i wypaczając historię, realizują swój interes polityczny lub ideologiczny. Mówię o tych, którzy nie potrafią odróżnić komunizmu od socjalizmu lub mylą stalinizm z komunizmem. Należy tu również dodać współczesne media, które są gotowe poświęcić prawdę, by osiągnąć sukces ekonomiczny (czasem, by wywiązać się ze zobowiązań względem sponsora). Doskonałym przykładem upadku profesji dziennikarskiej może być publikacja Joanny Mieszko-Wiórkiewicz pt. ”Ermias Sahle Selassje, wnuk cesarza Etiopii: Ryszard Kapuściński musiał wiedzieć o terrorze reżimu”. Zainteresowanych odsyłam do wp.pl.

Co do faktów: W okresie Czerwonego Terroru zginęło ponad 10.000 osób, program przesiedleń wdrażany przez Derg dotyczył najbardziej przeludnionych obszarów środkowej i zachodniej Etiopii, susza z lat 1983-85 objęła swym zasięgiem Tigraj, Afar i Somalię. Program uwioskowienia realizowany zasadniczo od 1985 roku (a zatem pod koniec suszy), który objął kilkanaście milionów rozproszonych mieszkańców terenów wiejskich miał na celu optymalizację dostarczenia rolnikom i pasterzom dóbr cywilizacyjnych: prądu, wody, edukacji i opieki zdrowotnej. Przywódcy Derg uznali, że łatwiej jest dostarczyć te dobra do skupionej osady niż do rozproszonych na dużym terenie domostw. Niestety, akcja przesiedlania odbywała się często pod przymusem i z przemocą, a nowopowstałe wsie oddalone były od pół i pastwisk.

W muzeum, prócz zdjęć znajduje się kilka eksponatów, między innymi karabin z epoki, narzędzie tortur łącznie z wymownymi obcęgami, a także instalacja pokazująca torturowanego przeciwnika Mengistu. Pamięć o ofiarach tego okresu uczczono, stawiając przed muzeum pomnik przedstawiający udręczoną matkę z dwiema córkami. Dwujęzyczny napis głosi „Nigdy więcej!”

Parę metrów dalej znajduje się plac Meskal. A nad nim Muzeum Abisynii. Gość w mundurze mówi, że go muszę pamiętać. Tak, pamiętam, idiota nie chciał mnie wpuścić na plac. Tym razem interesuje mnie muzeum.

– Muzeum jest zamknięte. Dzisiaj jest niedziela – mówi.

– Dobrze.

Wchodzę schodami do ogrodu ponad placem. Muzeum mieści się w drewnianym pałacyku i, jak się okazuje, jest otwarte. Bilety dla obcokrajowców po 50 birrów. Zbiory zlokalizowane są na dwóch kondygnacjach. Wchodzę do pierwszej sali i wzdycham. Znów kolekcja czarno-białych fotografii, przedstawiają Addis Abebę z minionej epoki. Także liczne zdjęcia etiopskich przywódców rozczarowują mnie. Ale to tylko początek, dalej jest ciekawiej.

Mamy tu kolekcję XIX- i XX-wiecznej broni, parę karabinów, broń białą, między innymi szotele (ሽቶል/ሽተል) – miecze o długiej, zakrzywionej jak w sierpie, głowni. Ich kształt pozwalał na dziabnięcie przeciwnika skrytego za tarczą oraz na zhakowanie jeźdźca. Brytyjski podróżnik Richard Francis Burton, który wyprawił się w 1854 roku do Rogu Afryki i widział użycie szoteli, miał złą opinię na temat przydatności tej broni. Wkrótce jednak, za panowania Jana IV Kassa’y, cesarska armia etiopska zmodernizowała się, zakupiono broń palną w większych ilościach, co pozwoliło uchronić się przed brytyjską kolonizacją.

Jego następca cesarz Menelik II nie tylko zjednoczył kraj, ale i odparł próbę skolonizowania go przez Włochów, między innymi dzięki radykalnemu unowocześnieniu wojska. Nie można jednak zapominać, w jak okrutny czasem sposób dokonywało się to zjednoczenie. W Hitosa (prowincja Arsi) 6 września 1886, armia Menelika II dokonała masakry 11,000 Arsi Oromo, w ciągu jednego dnia obcinając kobietom piersi a mężczyznom – ręce. Z tych czasów zachowało się wiele generalskich mundurów wystawionych tu w gablotach. Jest też sporo monet etiopskich i abisyńskich, także trochę porcelany, m.in. europejska zastawa stołowa. Ta ostatnia może być atrakcją jedynie dla miejscowych. Ale można zobaczyć tarczę ze skóry hipopotama, ceremonialne okrycia wojskowych i tak dalej. Jest również trochę biżuterii z kamieniami półszlachetnymi. Trzeba jednak dodać, że świecidełka są bardzo prymitywnie obrobione, bez szlifowanych fasetek.

Natomiast na piętrze znajduje się kolekcja współczesnego malarstwa i kilka rzeźb. Są to dzieła miejscowych artystów lub tych Europejczyków, którzy tu się osiedlili i znaleźli chwilę na malowania widoczków i scenek. Tyle zwiedzania. W sumie muzeum warte 50 birrów, ale nie więcej.

Wracam na plac Meskal. Podchodzę do znajomego strażnika, wyciągam przed siebie bilet i pytam:

– Wiesz, co to jest?

Rozdziawia gębę i patrzy.

– To jest bilet, właśnie byłem w muzeum. Dlaczego kłamałeś, że muzeum jest dziś zamknięte?

Ten wciąż gapi się na mnie i mówi:

– No, no!

Panienka w mundurze próbuje ratować sytuację i stwierdza, że nic takiego nie mówił.

– Oczywiście, że mówił! Mówił, że jest niedziela, dlaczego jest muzeum zamknięta. Ja pytam, dlaczego on kłamał.

Nie rozumiem takich skunksów. Sam spontanicznie mi to powiedział. Nie pytany. Jeśli nie wiedział, po co się odzywał?! Dobra, nieważne.

Idę dalej w kierunku placu Ambassador, czyli miejsca, w pobliżu którego byliśmy w pierwszy dzień z Marcinem. Są tutaj dwa sklepy z pamiątkami: jeden zamknięty, w drugim niestety nie znajduję rzeczy mnie interesujących. Na niewielkim placu obok znajdują się jeszcze dwa sklepiki z pamiątkami. I tu rzeczywiście jest duży wybór wszystkiego: od masek, przez tradycyjne drewniane podstawki pod głowę, różnego rodzaju rzeźbione ikony, a także biżuteria metalowa i krucyfiksy.

– Masz małe krzyżyki? – pokazuję mu ten kupiony w Aksum.

Facet wyciąga garść krzyżyków w kolorze srebrnym.

– Silver, silver – zaczyna bredzić.

– Tu nie ma ani grama srebra – mówię stanowczo.

Coś tam mruczy po swojemu, a ja ciągnę:

– Mówiłem ci, że chcę taki krzyżyk.

Podaje jakąś niebotyczną cenę 500 birrów, mrucząc znów „silver, silver”, więc tracę zainteresowanie nimi. Przy okazji dowiaduję się, że kształt krzyża i ornament mają znaczenie: wskazują na miejsce pochodzenia.

– Ten krzyżyk jest z Aksum – opowiada – ten z Lalibeli, ten z Gonder…

Może tak jest rzeczywiście. A może to tylko ściema dla turystów. Gdybym handlował krzyżykami, też bym wymyślał podobne rzeczy. Oczywiście, mając więcej kasy i większe potrzeby, kupiłbym tutaj parę rzeczy. Podoba mi się, na przykład figurka przedstawiająca kobietę z plemienia Mursi, lecz kosztuje ona – podobnie jak statuetka Masaja – 1200 ETB. Chociaż te drewniane figurki są bardzo ładne, zwłaszcza te, w których skóry i małych muszelek do ozdobienia postaci, to koszt rzędu dwóch noclegów wydaje się być zawyżony. Maski nakładane do połowy twarzy wyglądają na autentyczne, może są pozbierane we wsiach, raczej nie wyglądają na wyroby turystyczne. Nie zdecyduje się, oparcie szukam krzyżyka. Sporo jest przedmiotów glinianych lub z malowanego gipsu. Są one jednak ciężkie i generalnie nie podobają mi się. Widzę tu również drewniane krucyfiksy różnych wielkości, być może stylizowane na stare, a być może autentyczne. Ale raczej wątpię, by były używane przez księży. Takie krzyże ma 30-50 centymetrów długości i są naprawdę ładne rzeźbione. Myślę, że mogą mieć 10 lat, na pewno nie sto.

Wśród tych wszystkich mniej lub bardziej atrakcyjnych rupieci dostrzegam miniaturowe składane ikony w drewnianej obudowie i postanawiam je kupić. Na początek facet rzuca 20 euro. Robię więc „Scenę Wyjścia”, co wywołuje chęć zatrzymania mnie. Etiopczyk pokazuje mi również oprawione w drewno książeczki z pismem etiopskim lub staroetiopskim. Myślę, że te modlitewniki, czy też rzeczywiście fragmenty Biblii są z początku XX wieku.

– To jest pergamin – mówi sprzedawca, ale dla mnie to po prostu papier ręcznie formowany.

Nie mam zamiaru kupować, gdyż potencjalnie mogą być problemy na granicy. To kraj nieobliczalny, nie chcę się wplątywać w jakieś historie z antykami. W sklepiku obok chłopak rozkłada podobne harmonijki z ikonami i wtedy widzę, że są one bez wątpienia współcześnie malowane przez artystów-prymitywistów. Co oczywiście nie pozbawia całkowicie wartości tych obrazków. Jest to w końcu pewnego rodzaju wyraz lokalnej twórczości. Ostatecznie kupuję składaną ikonę, a swój krzyżyk prawdopodobnie dam Renacie. To, jak myślę, będzie koniec pamiątek. Bez przesady, nie mogę z każdego kraju przywozić wszystkiego, co zobaczę.

Zachmurzyło się, powiał silniejszy wiatr. Nie wygląda na to, by miało padać, chociaż kto wie? Jakkolwiek by było to w Etiopii są źródła Nilu, jest dużo innych długich rzek, więc na górskich terenach musi padać. Według statystyk opady w porze deszczowej – od czerwca do września – opady są dwa razy większe niż w Krakowie. Na szczęście w styczniu średnio pada przez 1,5 dnia. Teraz muszę coś zjeść. Wstępuję do knajpki przy Gabon Avenue i tu zamawiam makaron z warzywami. Po drodze do hotelu kolejny raz mijam dwa sklepy z miodami i innymi produktami pszczelarskimi. Nie będę kupować miodu. Raz kupiłem, w Iranie. Przywiozłem wówczas do Polski cały plaster miodu z myślą o Sergiuszu. Niestety nie spotkało się to ze zrozumieniem ze strony jego mamy, nawet nie spróbował. Tu, w Etiopii miód jest, jak się wydaje, dość popularny. Spożywa się tu również tedż (tej, ጠጅ) – miód pitny, tradycyjny mocny trunek wytwarzany na bazie miodu i gesho – sproszkowanych liści szakłaka z gatunku Rhamnus prinoides. Tedż pije się w domach, także w miodosytniach zwanych tu tedż biet.

Miodu nie kupię, ale mam wielką ochotę zrobić sobie wieczorem sałatkę owocową. Kupuję dwukilogramową papaję (1 kg – 100 ETB), pięć średnich mango (1 kg – 100 ETB). A na śniadanie kilka pomidorów (1 kg – 65 ETB) i cebulę. Uzupełnieniem zakupów jest 6 jajek*/. Nie mogę sobie również odmówić zimnego soku ze świeżych owoców w barze obok hotelu (100 ETB).


*/ Zamierzam je ugotować w garnuszku, używając grzałki. Przetestowałem ten sposób ostatnio w Indonezji.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej