Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20]
Kupuję kartę SIM | Pierwsze wrażenia z Addis Abeby | Albert ostrzega | To miejsce publiczne! | Kupujemy bilety do Semery | Przepraszam, która właściwie godzina?
Za oknem świta. Podchodzimy do lądowania o 6:00 lokalnego czasu, na naszych zegarkach jest jeszcze godzina warszawska: 4:00. Żegnam się z Krzyśkiem i wraz z Marcinem idę do kontroli paszportowej. Pokazuję e-wizę urzędnikowi, ten długo, długo myśli, potem spisuje cyfry przy barkodzie.
– Which hotel? – pyta.
– I provided this in my visa application.
– Which hotel, which hotel? – mantruje Etiopczyk.
Okej, podaję mu nazwę hostelu, w którym mam rezerwację, i dostaję stempel w paszporcie.
Teraz musimy ogarnąć walutę i kartę SIM dla mnie. W kantorze sprzedaję 50 euro po kursie 138 ETB/EUR. Zwykle nie robię tego na lotnisku, ale niewielka ilość gotówki potrzebna jest do zakupu karty.
Marcin ma kupioną jeszcze w Polsce kartę e-SIM, na razie mu nie działa. W hali przylotów są co najmniej dwa stanowiska oferujące usługi telekomunikacyjne. Podchodzę do pierwszego z nich. Miejscowa karta safari.com kosztuje 40 birrów, do tego należy doliczyć 1000 birrów (8 euro) za internet. Dodatkowo za 50 birrów będę miał 150 minut lokalnych rozmów.
– Kurczę! – denerwuje się Marcin. – Moja karta kosztowała 20 dolarów, a mam tylko 2 GB internetu, a ty za połowę aż 40!
– No, trudno. Ale miałeś ją już wcześniej – uśmiecham się.
A zatem, witaj Etiopio! Stajemy przed wejściem do hali przylotów. Przed nami panorama miasta z odległymi górami na drugim planie. To porośnięte niekończącymi się lasami eukaliptusowymi pasmo gór Entoto z najwyższym szczytem sięgającym 3200 m n.p.m.
– No, chłodno tu jest – mówi Marcin.
– Jesteśmy na wysokości 2500 metrów – przypominam.
– Nie wiedziałem o tym, że tu tak wysoko będzie – stwierdza Marcin – Inaczej bym się ubrał.
Mój hostel (Mad Vervet Backpackers Hostel) i hotel zarezerwowany przez Marcina (Happy Guesthouse) są w jednakowej odległości od lotniska. Namawia mnie, bym przeniósł się do jego hotelu.
– Zabukowałem pierwotnie dwa pokoje, potem odwołałem jeden, więc pewnie jest wolny – tłumaczy Marcin – Poza tym będziemy spać w jednym miejscu, łatwiej będzie organizację wyjazdu.
– Zgadzam się, bez problemu odwołam rezerwację w moim.
Miasto wygląda na czyste, zadbane. Trawniki są starannie utrzymane, pracownicy miejscy podlewają rabatki.
– Popatrz na te lampy – mówię, wskazując na latarnie ze szklanymi abażurami przypominającymi kwiaty. – Podoba mi się, gdy mieszkańcy w krajach trzeciego świata okazują poczucie estetyki i potrzebę tworzenia ładnych rzeczy.
– Mają potrzebę piękna – podpowiada Marcin.
– Tak, są estetami.
Notabene nazwa Addis Abeba po amharsku oznacza „Nowy kwiat” (አዲስ አበባ).
Przechodzimy przez kilka skrzyżowań i idziemy główną arterią komunikacyjną prowadzącą do centrum miasta. Budynki są nowoczesne, mają interesującą architekturę. Biurowce i apartamentowce z fantazyjnie powyginanymi szklanymi fasadami. Takiej zabudowy nie powstydziłaby się Warszawa. Poprowadzone są ścieżki rowerowe, działa sygnalizacja na ulicach, spotykamy elegancko ubrane panie w kostiumach oraz panów w garniturach i pod krawatami.
– Podoba mi się tutaj – stwierdza Marcin. – To, że nikt nikogo nie nagabuje i nie ma tu takiego ścisku, jak na przykład, w Nairobi (Kenia.
Zobaczymy, jak będzie za chwilę – myślę sobie.
Po 20 minutach skręcamy w boczną uliczkę i widoki radykalnie się zmieniają. Tu już na chodniku siedzą bezdomni, inni leżą w jakichś skleconych z żerdzi schronieniach wielkości budy dla psa. Obok stoi jakiś obszarpaniec ze zużytą oponą proponujący zapewne sprzedaż „najlepszej opony na świecie”. Kilka kobiet wyrzuca odpadki do rynsztoka. Grupki mieszkańców z okolicznych domów siedzą na murkach, rozmawiają, przyglądają się nam.
– Już mi się tu nie podoba – stwierdza Marcin.
Faktem jest, że idziemy teraz niebyt reprezentacyjną, główną ulicą, lecz na skróty. I z pewnością wieczorem lub w nocy tutaj byłoby ciężko chodzić.
Nasz hotel jest w pobliżu głównej ulicy Gabon Avenue. Za bramą, na podwórku, stoi kilka kóz, kobieta robi pranie w wielkiej balii. „Recepcjonistkami” są dwie dziewczynki w wieku może 15 lat, prowadzą nas do dwóch sąsiadujących pokoi. W każdym znajduje się wielkie łoże małżeńskie, stolik i dwa fotele. Jest i łazienka, co prawda, bez światła i z ledwo cieknącą wodą.
Po chwili zjawia się wysoki facet koło pięćdziesiątki i podejmuje rozmowę.
– Dzień dobry, usłyszałem, że mówicie po polsku, więc przyszedłem pogadać.
– Od dawna tu jesteś? – pytam.
– Przyjechałem dwa dni temu i dzisiaj właśnie lecę do nad jezioro Tana. Chcę pojechać nad wodospady.
– Ale wiesz o tym, że tam jest wojna? – pytam na wszelki wypadek.
– Wcześniej nic o tym nie słyszałem. Próbowałem kupić bilet na autobus, ale powiedzieli mi, że kursy są odwołane. Mógłbym dojechać tylko do połowy trasy, a potem szukać dalszego transportu.
– Marcin też chciał pojechać nad jezioro – mówię. – Jak tam dojedziesz, wyślij nam wiadomość. Wymienimy się numerami na Whatsappie i powiesz nam, jaka tam sytuacja. Będziesz naszą wtyką.
– Jasne, nie ma problemu.
– Ale napisz nam dwa razy – proponuję. – To znaczy, jak się zorientujesz w sytuacji i po powrocie znad wodospadów. Bo nie każdy wraca.
– Naprawdę?
– No, na dziesięciu wraca tylko czterech – mówię, obserwując twarz Alberta.
– Hm…
– Żartowałem! – szybko dodaję, widząc coś niepokojącego w jego oczach.
– Musicie uważać na ulicy – mówi Albert – Wczoraj napadli na mnie, straciłem portfel.
– No, ale jak, na ulicy?
– No, szedłem taką boczną ulicą o 20:00 i chłopak podbiegł do mnie, popchnął mnie i otworzył kieszeń, w którym miałem portfel. Chwilę później dzieciaki zaczęły przybiegać do mnie i krzyczeć o pieniądze. Wyrwały mi 20 dolarów w drobnych banknotach.
Nie wygląda to zbyt ciekawie. Będziemy uważać.
Kontaktujemy się jeszcze telefonicznie z menadżerką hotelu. Albert wyjaśnia sytuację i przedstawia jej swoje plany. Żegnamy się.
– Idziemy do miasta – proponuje Marcin.
– Jasne, jestem gotowy.
Główna ulica, przy której jesteśmy, czyli Gabon Avenue, jest ruchliwa i hałaśliwa. Znajdują się tu oddziały banków, knajpki, a na chodniku urzędują pucybuci i domorośli szewcy.
– Będę musiał naprawić sobie sandał, bo mi się rozwalił – stwierdza Marcin, przechodząc koło takiego nieletniego szewca – nie zdążyłem kupić nowych butów.
Sprawdzamy możliwość wymiany dolarów w kurs w oddziale w banku, tu jednak kurs okazuje się niekorzystny.
– Zupełnie nie rozumiem, dlaczego na lotnisku był dużo lepszy przelicznik – mówi Marcin.
– Poszukamy jeszcze w innych miejscach albo w kantorze – uspokajam.
Kierujemy się w stronę placu Meskal. Uprzedzałem Marcina, że tam właściwie nic nie ma. To pusty plac bez bazaru, którego on poszukuje. Chociaż plac faktycznie jest pusty i niezbyt atrakcyjny, to jacyś mundurowi domagają się 20 birrów za wejście na plac.
– Obejdzie się – stwierdzam i wyciągam aparat fotograficzny.
– Tu nie można robić zdjęć – woła strażnik.
– A to niby dlaczego? To publiczne miejsce – denerwuję się.
– Nie można.
Podchodzi do nas jakiś cichociemny gość koło pięćdziesiątki i mówi:
– Odejdźcie trochę dalej, zrobicie sobie zdjęcie z innego miejsca.
– Dobrze.
Gość tłumaczy, że państwu potrzebne są pieniądze i w każdym miejscu próbuje się zbierać haracz od przyjezdnych.
– Gdybym chciał wejść na plac to tak samo musiałbym zapłacić – dodaje.
Chcemy znaleźć dworzec autobusowy, by ogarnąć jutrzejszy wyjazd na północ kraju. Nazywa się Lamberet (Lamberet Menaharia) i jest położony daleko poza centrum, we wschodniej dzielnicy miasta. Dawniej znajdował się tutaj przy placu, ale później został zlikwidowany.
– Czy możemy gdzieś tu kupić bilety? – pytamy cichociemnego.
– Możecie tutaj kupić bilety i pojechać potem na dworzec. Poprowadzę was.
Niezbyt nam pasuje pomoc tego gościa. Marcin denerwuje się, że będzie chciał pieniędzy, mi natomiast wydaje się, że gość jest spoko, po prostu chce być pomocny. Na razie przy placu Meskal odszukujemy na własną rękę kilka agencji, gdzie sprzedaje się bilety. Upewniamy się, że są połączenia do Semery. Panie w biurze zapewniają, że droga jest bezpieczna, możemy jechać zarówno do Semery jak i do Mekele. Ja proponuję cały czas tę pierwszą miejscowość, Marcin natomiast obstaje przy Mekele. Czat GPT podpowiedział mu, że tam jest więcej agencji organizujących wyjazdy na Danakil. Bilet kosztuje 1750 ETB, problem polega na tym, że odjazd jest o czwartej rano, co oznacza, że musielibyśmy znaleźć transport na ten dworzec praktycznie w nocy. Chcemy więc poszukać innych przewoźników. Przypadkowo trafiamy na posterunek policji, gdzie próbuję porozmawiać z szefem na temat bezpieczeństwa podróżowania po północy. Ten jednak ani me, ani be po angielsku. Inni policjanci w ogóle nie rozumieją określenia „Danakil Depression”.
– No, to w końcu chłopaki ze wsi, które ubrały mundury – stwierdzam.
– Wiedzą tylko, jak używać karabinu – podsumowuje Marcin.
Przy kościele naprzeciw znajduje się kilka agencji sprzedających bilety. Niestety nie mają jutro kursu, najbliższy dostępny – dopiero kolejnego dnia. Ostatecznie kupujemy bilet do Semery przy placu Meskal na jutro za 1700 birrów. Idąc ulicą, ściskam komórkę i z rzadka wyjmuję aparat fotograficzny z saszetki przypasanej do pasa. Co chwilę przyczepia się jakiś gość, który proponuje nam swoje usługi, zbywamy go, lecz lezie za nami. No, dobrze. Mamy już bilety, przydałoby się teraz coś zjeść i kupić walutę. Polecana na Tripadvisorze pobliska knajpka już nie istnieje lub ma błednie podaną lokalizację, chwilowo odpuszczamy potrzebę zaspokojenie głodu. Natomiast w banku przy głównej ulicy bez problemu wymieniamy walutę po korzystnym kursie: 138 ETB/EUR i 127 ETB/USD. Ja wymieniam 100 dolarów, Marcin wypłaca z bankomatu 70 000 lokalnych pieniążków. Pozostaje teraz coś zjeść. Jakaś knajpka odnajduje się niedaleko, siedzą tam lokalsi, piją piwo. Zauważamy jednak kilku mężczyzn, którzy właśnie kończą sławne miejscowe danie, czyli indżerę. Zamawiamy i my. Na stół wjeżdżają olbrzymie talerze o średnicy 60 centymetrów ze złożonym na ćwierć plackiem. Kelnerka gestami pokazuje, by sobie własnoręcznie rozłożyć indżerę i podaje do niej gorący sos w glinianym naczyniu z rączką. Trzeba sobie również własnoręcznie polać placek i zjeść palcami. O żadnych sztućcach tu nie ma mowy, ale dość łatwo się go urywa i macza w sosie. Sos jest bardzo ostry, a placek – tak, jak byłem uprzedzony – kwaskowaty. I powiedzmy sobie szczerze, niezbyt smaczny. Jego smak można zabić właśnie tym ostrym paprykowym sosem.
– Niezbyt mi ta indżera przypadła do gustu, ale trzeba było spróbować – mówię, a Marcin stwierdza:
– Mam nadzieję, że się tym nie zatrujemy.
– Spokojnie.
– Chciałbym jeszcze kupić banany na wieczór.
W hotelu trochę odpoczywamy, potem uruchamiam ściągniętą aplikację Feres – odpowiednik miejscowego Ubera. Ceny na transport na dworzec autobusowy są akceptowalne: 250 do 400 birrów, czyli od ośmiu do kilkunastu złotych. Nie jestem pewien, czy w nocy również będzie taka podaż tych samochodów. Próbujemy skonsultować to z dziewczynami w recepcji. W pewnym momencie do hotelu wchodzą dwie turystki z Iranu. Dziewczyny mają po dwadzieścia parę lat, na oko trudno mi rozpoznać wiek.
– Muszę się skontaktować z menadżerką – mówi po angielsku starsza Iranka. – Straciłam komórkę.
– Jak to? W biały dzień? – pyta z niedowierzaniem Marcin.
– Tak. Na ulicy, przed chwilą. Trzymałam iPhone’a w ręce, gdy podjechał chłopak na motorze i mi ją wyrwał.
To już drugi napad, o którym słyszymy w ciągu kilku godzin. I dwóch poszkodowanych turystów, których spotkaliśmy w tym hotelu.
– Nie spodziewałem się tego po Etiopii – mówi Marcin.
– Trzeba będzie jednak uważać.
– Chciałbym jeszcze pójść po wodę i banany, pójdziemy razem?
Jasne, że pójdziemy razem. Błyskawicznie kupujemy zgrzewkę wody (6 litrów za 140 birrów) i po 2 kilogramy bananów na łeb (70 birrów za kilogram).
Musimy jeszcze ustalić, o której godzinie tak naprawdę mamy wstać. Zaczęliśmy mieć bowiem wątpliwości, czy dobrze zrozumieliśmy, o której godzinie odjeżdża autobus do Semery. Na bilecie zapisana jest godzina 10:00. Formalnie w Etiopii obowiązuje czas wschodnioafrykański (EAT, East Africa Time) przesunięty w stosunku do środkowoeuropejskiego (CET, Central European Time) o dwie godziny*/. Skądinąd wiem, że w Etiopii często wyraża się czas w tradycyjny sposób, używany jest podział doby na dwie 12-godzinne części: dzienną od wchodu słońca do zachodu i nocną od zachodu do wschodu. Trzeba ustalić, czy na bilecie jest czas lokalny, czy międzynarodowy. Zapytani Etiopczycy podają różne interpretacje. A nam cały czas się wydaje, że mamy wyjazd o 4:00 nad ranem, czyli w nocy. Gdy nasza „recepcjonistka” stwierdza, że jest właśnie godzina 12:00 i pokazuje to w komórce – a na naszych komórkach jest czas polski 16:00 – mamy już tego dosyć. Ja obstaję przy tym, że jest tu godzina 18:00 i z taką myślą kładę się spać.
____________________________________________
*/ Wszystko jest dość skomplikowane. Wytłuściłem „prawdziwy” czas.
Czas dzienny:
12:00 Etiopia (local, day) = 6:00 Etiopia (EAT) = 4:00 Polska (CET, zima) = 5:00 Polska (EEST, lato)
1:00 Etiopia (local, day) = 7:00 Etiopia (EAT) = 5:00 Polska (CET, zima) = 6:00 Polska (EEST, lato)
6:00 Etiopia (local, day) = 12:00 Etiopia (EAT) = 10:00 Polska (CET, zima) = 11:00 Polska (EEST, lato)
11:00 Etiopia (local, day) = 17:00 Etiopia (EAT) = 15:00 Polska (CET, zima) = 16:00 Polska (EEST, lato)
11:59 Etiopia (local, day) = 17:59 Etiopia (EAT) = 15:59 Polska (CET, zima) = 16:59 Polska (EEST, lato)
Czas nocny:
12:00 Etiopia (local, night) = 18:00 Etiopia (EAT) = 16:00 Polska (CET, zima) = 17:00 Polska (EEST, lato)
1:00 Etiopia (local, night) = 19:00 Etiopia (EAT) = 18:00 Polska (CET, zima) = 19:00 Polska (EEST, lato)
6:00 Etiopia (local, night) = 0:00 Etiopia (EAT) = 22:00 Polska (CET, zima) = 23:00 Polska (EEST, lato)
11:00 Etiopia (local, night) = 5:00 Etiopia (EAT) = 3:00 Polska (CET, zima) = 4:00 Polska (EEST, lato)
11:59 Etiopia (local, night) = 5:59 Etiopia (EAT) = 3:59 Polska (CET, zima) = 4:59 Polska (EEST, lato)