Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]


Santa Rosa de Copan – El Poy – San Salvador

środa, 5 II 2014


Jaki będzie Salwador? | | | | |


Rankiem wyjeżdżamy z Gracias. Autobus powoli telepie się ulicami sennego miasta. Sprzedawcy zdążyli otworzyć już swoje stragany i wyłożyć towary. Na ulicach młodzież szkolna, jak w wielu krajach Azji i Ameryki Południowej, ubrana jest szkolne mundurki. Dziewczyny noszą białe bluzki, granatowe spódnice i białe skarpetki; chłopcy – granatowe spodnie i białe koszule.

Jedziemy doliną rzeki Copan. Mijamy wiszące mosty spinające brzegi doliny.

– Zupełnie jak w Nepalu – mruczę do siebie, wspominając tramping sprzed kilku lat.

Przy drodze ustawiono stragany i sklepiki. Czasem na wpół zrujnowane domostwo z wywieszonym praniem na sznurku. Droga jest praktycznie pozbawiona asfaltu, jedziemy w tumanach kurzu. Krajobrazy w dalszym ciągu są atrakcyjne. Wokół góry, raz po raz wjeżdżamy na przełęcz, by po chwili zjechać ciemną dolinę rzeczną.

Wczoraj wymieniłem sms-y z synem. Upewnia mnie, że w Salwadorze walutą jest dolar amerykański. Niech będzie! Granicę przekraczamy w El Poy.

Jesteśmy zatem w Salwadorze – trzecim, a jednocześnie najmniejszym z planowanych krajów w Ameryce Środkowej. Kraj nie cieszy się zbytnią popularnością wśród polskich podróżników. Tu raczej nie są organizowane wczasy all inclusive ani wycieczki objazdowe.

I nie bez powodu. Państwo uchodzi za najbardziej niebezpieczne a jednocześnie nie dość atrakcyjne, by zachęcać turystów do odwiedzin. Ale to nie znaczy, że my go nie mamy zobaczyć! Oczywiście, że tak! I jeszcze dziś się przekonamy, czy Salawador jest taki straszny jak go malują.

Krajobrazy po tej stronie granicy niewiele się zmieniły. Wokół wciąż góry, powoli zjeżdżamy w kierunku doliny rzeki Lempa. Jeszcze pół godziny i wjeżdżamy do stolicy.

San Salvador….

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej