Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]
Przed południem jesteśmy już w Madrycie. Czas oczekiwania na połączenie z Barceloną mija na trawniku przed halą odlotów. Odlatujemy o 12:45. Lot jest krótki, nieciekawy, a posiłek na pokładzie Iberii skromny. Dobrze chociaż, że dostaniemy kawę. Jesteśmy w drodze od kilkunastu godzin.
W Barcelonie korzystamy z ostatnich promieni hiszpańskiego słońca. Chociaż jest luty, jest dość ciepło. Przynajmniej Kamila tak to odczuwa, ściągając grube, kolorowe spodnie kupione w Gwatemali. Ja dla odmiany zakładam trzy koszulki i polar. – Wyspałeś się? Bo ja nie – stwierdza Kamila.
– Żartujesz? Nie umiem spać w samolocie.
– Ja już muszę wypić kawę.
– Jasne, ja też – odpowiadam.
Idziemy do kawiarni i z kubkiem kawy rozkładamy się na ławce. Podsumowujemy wyjazd. – Rozliczenie ci prześlę za kilka dni – mówię. – Ale teraz podzielmy się lokalną walutą. Chciałbym mieć kilka banknotów na pamiątkę.
Wreszcie Warszawa.
– Idziemy do McDonalda – mówi Kamila.
– Znowu?!
Ja, jak zawsze, jestem wstrzemięźliwy przed wstępowaniem do takich miejsc. Tym razem ulegam propozycji. Zamawiamy kawę. Już tylko chwile dzielą nas przed rozstaniem. Żegnamy się cieplutko. O północy mam pociąg do Krakowa, Kamila odjedzie za dwie godziny do siebie.
Jestem bardzo zadowolony z wyjazdu, to był absolutnie udany tramping.