Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22]
Rejs po Słodkiej Rzece | Tego się nie spodziewałem! | Jaki będzie Honduras? | Wpraszamy się na nocleg | W honduraskim slumsie
Poranny schemat: Piotr wstaje pierwszy, wstawia wodę na kawę (leniwa grzałka zagotowuje kubek wody w pół godziny), bierze prysznic i wtedy, za trzecim nawołaniem, zwlekam się z łóżka z wielkim trudem. Biorąc pod uwagę późne wstawanie i tak wydaje mi się, że dość rezolutnie ogarniam temat łazienki, śniadania i pakowania.
O godzinie 9:00 jesteśmy na przystani i po bagatela godzinnym opóźnieniu wsiadamy do skorupy z dachem z worka po ziemniakach 😉. Zbieramy komplet, tankujemy w Shellu 😉 i płyniemy rzeką wypływającą z jeziora Izabal i uchodzącą do zatoki Amatique niedaleko miasta Livingston. Przepływamy pod jednym z największych mostów w Ameryce Środkowej, który łączy miejscowości Fronteras i Rellenos. Podziwiamy hacjendy nad brzegiem z garażami na luksusowe jachty i chaty z palmowymi dachami. Kontrast biedy i bogactwa jak w całej Gwatemali.
Płyniemy meandrami, chwilami z taką prędkością, że muszę trzymać się burty. W przewodniku czytam, że Tour Rio Doulce to spektakularny spływ, który trzeba zaliczyć. To prawda, co chwilę zmienia się kolor wody w zależności od oświetlenia. Najbardziej egzotyczny przybiera w wąwozie, głębokim na sto metrów, porośniętym gęstwiną – kolor zielono-żółto-brązowy. Sceneria do zapamiętania na długo; a nad tą wodą, w tym wąwozie, pod tym słońcem szybujące wielkie ptaszyska (orły?), czaple i tukany. Dopływamy do zarośniętej wyspy z kormoranami, później do wyspy otoczonej liliami wodnymi i do gorących źródeł (Centro Ecoturístico Agua Caliente), gdzie mamy przerwę. Szukając zaginionego towarzysza, zapuszczam się do jaskini i dzięki czołówce chłopaka z łodzi penetruję krótki korytarz. Tu go nie ma! Odnajduje się na pomoście. Robił zdjęcia przy brzegu. Ruszamy w dalszą drogę.
Tak do końca nie wiem, jak zakończy się ten dzień. Plan jest taki, by przekroczyć granicę gwatemalsko-honduraską w Porto Barrios. Znajduje się tam przejście graniczne, ale jak będzie z transportem – nie mam pojęcia.
Płyniemy i jest dobrze. Nasz "ścigacz" pędzi po rzece rozbryzgując wysoko strugi wody. Krople osiadają na naszych twarzach, a wiatr rozwiewa włosy Kamili. Chociaż musimy przepłynąć raptem 40 kilometrów i pędzimy stosunkowo szybko, droga wydaje się być nader długa. To dobrze, przecież nie narzekam. Za każdym zakrętem rzeki ukazują się nowe widoki, rzeka wije się wśród nadmorskich wzgórz. Parę razy mijamy miejscowych wioślarzy powoli płynących na swoich wąskich drewnianych łódkach. Czasem odsłania się widok na kilka przycupniętych na brzegu domów, ich mieszkańcy machają do nas rękami. Najczęściej jednak spotykamy ptactwo, które żeruje wzdłuż brzegu porośniętym lasem namorzynowym lub siedzi na uschniętych gałęziach drzew. To czaple siwe lub pelikany. Towarzyszą nam również rybitwy lub jakieś inne ptaki morskie, trudna rozpoznać mi gatunek.
Cumujemy po raz kolejny. Jak się okazuje – to już ostatni przystanek, wszyscy tu wysiadają. Zbieramy rzeczy i wyskakujemy na betonowy pomost.
– Co dalej? – zastanawiam się. – Musimy dostać się do Porto Barrios.
– Trzeba poszukać jakiegoś autobusu...
– Autobus? – śmieją się miejscowi – Tu nie ma żadnego autobusu.
– Jak to?
– Tam jest dżungla. Musicie wsiąść do łodzi i popłynąć.
No nie! Od razu pojawiają się czarne myśli, że łódź kursuje raz w tygodniu i kosztuje majątek. Rzeczywistość rysuje się jednak w jaśniejszych barwach Część z tych, którzy przepłynęli z nami również chce się dostać do tego miasta. Całą grupą wsiadamy do niewielkiej łodzi. Wypływamy na Morze Karaibskie.
– No! Tego się nie spodziewałem – mówię, poprawiając kapok.
– Super jest! - cieszy się Kamila.
Fale w zatoce (Bahía de Amatique) nie są duże. Chociaż płyniemy wolniej niż po Rio Dulce, to rejs wcale nie jest długi. 40 minut później przybijamy do nabrzeżach w Porto Barrios. To założone w 1895 roku miasto (nazwane na cześć zmarłego 10 lat wcześniej prezydenta Gwatemali) rozrosło się znacznie i obecnie stanowi największy port morski kraju. Miejscowi kierują nas na dworzec autobusowy (bus 10 GTQ) i po chwili już wiemy, że kursują stąd autobusy w kierunku granicy. Na tyle często że pół godziny później ruszamy w stronę Hondurasu. W tej części kraju dżungla została wykarczowana, towarzyszą nam rozległe plantacje bananowców i palm olejowych (olejowiec gwinejski, Elaeis guineensis).
Dojeżdżamy do paru zabudowań. To już granica w Corinto. „Feliz viaje. Bienvenidos a Honduras” – wita nas tablica na drogą. Wysiadamy z busa i na piechotę przekraczamy granicę.
– Immigracion! – jeden z pasażerów uśmiecha się i wskazuje spory budynek.
Tu czeka nas niespodzianka. Musimy zapłacić opłatę wyjazdową z Gwatemali – po quetzali. Trudno. Kolejny urzędnik wbija do paszportów pieczątkę wjazdową. Wszystko odbywa się bardzo sprawnie.
– Ciekawe, jaki będzie Honduras? – zastanawia się Kamila.
– Jak się go trochę obawiam.
– Dlaczego? Będzie dobrze.
Moje obawy są uzasadnione: Honduras uchodzi za jeden z niej bezpiecznych krajów Ameryki Środkowej. Musimy teraz dostać się do najbliższego większego miasta – Puerto Cortés.
Autobusów tu, co prawda nie ma (a może i kiedyś przyjadą), za to stoi parę taksówek. Wraz z dwójką innych pasażerów bierzemy taryfę, ustalając nasz udział za przejazd na 10 dolarów. Nie grymasimy, bo to 60 kilometrów, a czekać na jakąś inną okazję nie ma sensu.
Droga prowadzi wzdłuż wybrzeża, mijamy honduraskie kurorty w Omoa i Cieneguita. Podjeżdżamy na dworzec autobusowy w Porto Cortez.
Teraz trzeba dostać się do San Pedro Sula, niespełna półmilionowego miasta, drugiego co do wielkości w Hondurasie. Za bilety płacimy w sumie 100 lempirów, które kupiłem za 10 dolarów na przejściu granicznym. Około 17:00 ruszamy w kolejną 60-kilometrową podróż.
– A ty wiesz, że San Pedro Sula znajduje się na pierwszym miejscu w rankingu na świecie?
– To znaczy – Kamila pytająco patrzy na mnie.
– Tu jest najwięcej morderstw na 100000 mieszkańców w ciągu roku. To najbardziej niebezpieczne miasto na świecie.
– Żartujesz, tak?
– Nie martw się. Nie będzie tak źle, bo statystyki podobno się poprawiają.
To wszystko prawda. Trzy lata temu w tym niespełna półmilionowym mieście życie straciło 1143 mieszkańców, co daje wręcz makabryczny współczynnik ponad 200 zabójstw na sto tysięcy.
Na szczęście niewiele w tym mieście jest do oglądania, zapewne poza jakimś XIX-wiecznym kościółkiem, i muzeum archeologicznym tak więc po przyjeździe na dworzec ograniczamy się tylko do zakupu biletów na dalszą drogę. Najbliższe pół godziny spędzamy bacznie obserwując otoczenie. Z ulgą opuszczamy to niezbyt sympatyczne miasto.
Jedziemy do La Entrada, to była jedyna opcja wyjazdu na południe kraju. Naszym celem będzie Copán de Ruinas, ale wiadomo, że dziś tam nie zdołamy dotrzeć.
Moją głowę zaprząta teraz inny problem gdzie będziemy nocować. Przecież nie mamy załatwionego żadnego noclegu.
– Obawiam się, że do tej Entrady przyjedziemy już w nocy.
– Może znajdziemy jakiś hotel, nie ma nic w przewodniku na ten temat?
Niestety przewodnik Pascala milczy na ten temat.
– Wiesz co? Pogadam z tą dziewczyną co tam siedzi z tyłu.
Już przed chwilą zwróciłem uwagę na 20-letnią dziewczynę, która najwyraźniej podróżuje sama. Przysiadam się do niej, witam się. Rozmowa jest trudna, gdyż Daniela nie zna dobrze angielskiego.
– Czy jedziesz do La Entrady?
– Si.
– I tam mieszkasz?
– Si.
– Aha. A jest jakiś hotel w La Entradzie?
Dziewczyna się zastanawia, więc uprzejmie podpowiadam:
– Hospedaje barato?
Prowadzimy rozmowę. pisząc zdania na kartce. Tak jej wygodniej. Z tego dziwnego dialogu wynika, że jest jakiś hotel, ale drogi i dość daleko od centrum.
– A może moglibyśmy u ciebie zanocować?
Widząc, że dziewczyna nie rozumie, powtarzam pytanie, używając koślawego hiszpańskiego i gestów. Daniela przez parę sekund myśli i pisze, że musi porozumieć się z chłopakiem, z którym mieszka. Dzwoni do niego, coś tam mu długo tłumaczy, a potem mówi do mnie:
– Okay.
– Muchas gracias!
Wygląda na to, że jesteśmy dziś uratowani.
Gdy dojeżdżamy do miasta, jest już około 22:00. Autobus zatrzymuje się na głównej drodze, na naszą nową honduraską znajomą czeka już Miguel, jej chłopak i mototaxi – trójkołowa motoriksza przeznaczona w zasadzie dla dwóch pasażerów. Witamy się, a mina chłopaka pokazuje, że niewiele on z tego wszystkiego rozumie. No dobrze, ładujemy się do tego maleńkiego pojazdu i jedziemy we czwórkę, jak się okazuje, całkiem spory kawałek. Ostatnie kilkaset metrów to już nieutwardzona bardzo strona droga. Kierowca już nie ryzykuje zjazdu, ruszamy na piechotę.
Zatrzymujemy się przed jednym z wielu byle jakich domów w dzielnicy biedy. Chłopak otwiera obite blachą drzwi, a następnie wewnętrzną kratę. Pomieszczenie, do którego wchodzimy, to istna graciarnia. Tu znajduje się zlewozmywak ze stosem naczyń, jakiś stół krzesło i pełno rupieci w różnych kątach Nie dostrzegam jednakże łóżka. Daniela prowadzi nas w głąb pomieszczenia, tu za przepierzeniem oddzielonym kotarą znajduje się sypialnia pary. Nie ma, co prawda łóżka, ale na podłodze są rozłożone materace. Pomieszczenie jest rozdzielone samodzielnie wykonaną konstrukcją z listewek i półek, które tworzą coś na kształt regału. Na półkach i po kątach leżą w nieładzie ich – wszystko, co udało się zgromadzić w podczas życia.
– Sleep – mówi dziewczę, wskazując na nas i składając ręce pod swą głową.
– Comprende, gracias!
Rzucamy plecaki na podłogę i rozkładamy swe bieliźniane śpiwory. Para będzie spała za wspomnianym regalikiem. Kamila pyta o łazienkę, pokazując na migi, o co jej chodzi. Ja zresztą też bym się umył. Daniela wyprowadza nas na zewnątrz i tu, pomiędzy budynkami, wskazuje jakieś koryto z kapiącą powoli wodą.
– ¡Chist! – dziewczyna nakazuje nam ciszę i odkręca kurek na końcu szlaucha idącego od sąsiadów.
Myjemy się szybko.
Sławojka też jest, ale u sąsiadów. Nie wiem, czy możemy z niej korzystać. Jednak smród tam panujący zachęca mnie do skorzystania z miejsca pod płotem. Kamila idzie w moje ślady.
Wracamy do domu, a Manuel znów starannie zamyka drzwi i kratę.
Czas do spania. Już prawie wskakujemy do śpiworów, gdy rozlega się łomot do drzwi i słychać na zewnątrz krzyki. Młodzi nie reagują. Walenie pięścią w drzwi się powtarza, a głosy stają się bardziej napastliwe. Młodzi się naradzają. Pokazują gestem, żebyśmy się wycofali w głąb mieszkania. Nie wiem, o co dokładnie chodzi, ale czuć napiętą atmosferą. Dziewczyna przykłada palec do ust i nakazuje nam milczenie. Manuel zdejmuje antabę z drzwi a za zamkniętą kratą widać jakichś dwóch mężczyzn w wieku około 25 lat. Coś chcą od chłopaka, wywiązuje się krótka dyskusja. Po paru minutach przybysze wycofują się, a chłopak z ulgą zamyka drzwi.
– Everything is okay?
– Okay, okay! – dziewczyna skwapliwie przytakuje.
Wyciąga na środek pomieszczenia wiadro i zwraca się do Kamili:
– Peeee!
Tłumaczy na migi, że nie będzie można wychodzić w nocy na zewnątrz.
Kładziemy się spać.