Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Niezbyt atrakcyjna jaskinia | Meksykanie się rekreują | |
– Jaki dzisiaj dzień tygodnia?
– Zaraz... Sobota!
Trochę się pogubiłem. Jesteśmy już w drodze 16 dni, prawie codziennie przemieszczamy się w inne miejsce, a ponieważ tutaj sklepy zasadniczo są otwarte i w niedzielę, to dni zlewają się w jeden ciąg.
Po śniadaniu odszukujemy na dworcu bus jadący w kierunku Rancho Nuevo (15 MXN). Przejazd zajmuje pół godziny, to tylko 13 kilometrów. Drogowskazy kierują nas w stronę lasu. Tu dominuje inna roślinność niż na tropikalnym południu. W lesie, przez który idziemy, najwięcej jest sosen, ale są też akacje i inne drzewa liściaste, kwitną migdałowce i inne krzewy. Za wstęp do Parque Ecoturístico Rancho Nuevo płacimy po 5 peso. To wciąż niewiele. Pod tym względem Meksyk nas rozpieszcza.
Wejście do groty Grutas de las Golondrinas znajduje się kilkadziesiąt metrów od sporego placu z knajpkami, nieco powyżej terenu. Płacimy za wstęp 20 peso (4 zł) i wchodzimy do środka. Skały wapienne, w których wytworzyła się jaskinia, a raczej kompleks jaskiń (bo całość ma wiele kilometrów długości) są szare, można powiedzieć ciemne. Poruszamy się wytyczoną na długości 300-400 metrów trasą turystyczną po betonowym chodniku. Szata naciekowa w jaskini jest stosunkowo skromna, zwisające stalaktyty liczą po kilkadziesiąt centymetrów. Niestety wiele z nich jest uszkodzonych przez wandali. Bardziej atrakcyjne miejsca z kaskadami i naciekami w kształcie żeber są wyeksponowane przy pomocy silnego światła reflektorów. Zasadniczo skały są ciemne brunatne i szare, tylko gdzieniegdzie pojawia się jasny odcień wapieni. Dużo tu marmurów, kwarcu i innych przetworzonych skał. Białe nacieki są nieliczne, a jaskinia sprawia wrażenie jakby pochlapana była białą farbą. W oddali pojawia się światło dzienne w końcu zawracamy, tyle zwiedzania.
– No… powiedzmy sobie szczerze: taka sobie jaskinia – podsumowuję.
– Co tu jeszcze można robić?
– Można pospacerować. Chyba że masz ochotę, to wynajmujemy konia i pojeździmy.
– Nie. Wolę spacerować.
Ta część lasu jest starsza, wiekowe drzewa liściaste pokryte są mchem i porostami. Na wielu z nich rosną epifity, ich soczystozielone fioletowe i różowe liście przyczepione do omszałego pnia w promieniach południowego słońca wyglądają fantastycznie.
– Zjeżdżamy? – pytam Cecile, widząc na stoku 20-metrową betonową zjeżdżalnię.
– Jak chcesz, to jedź. Ja zejdę normalnie.
– Okej. To ja tu poczekam, a ty mi zrobisz zdjęcie z dołu.
Zjeżdżalnia ma cztery tory, oddaję plecaczek Cecile i siadam na jednym z torów. Niestety kamienna powierzchnia jest stosunkowo chropowata i mimo swojej gigantycznej masy zjeżdżam powoli. Przydałby się jakiś wózek!
Obok znajduje się duża jadłodajnia zajęta wyłącznie przez miejscowych. Siedzą pod zadaszeniem, wcinają tacosy, chipsy i inne fast-foody z torebek. Wybór dań jest ograniczony. Poprzestajemy tylko na zerknięciu w menu. Wielu mężczyzn ma kapelusze typu panama. Kobiety, pomimo rekreacyjnego charakteru tego miejsca, noszą długie spódnice, a większość ubrana dziś jest w swetry i kurtki. Czyżby im było zimno? Meksykańskie zmarzluchy!
Wracamy przez wspomniany wcześniej las rzadki las sosnowy, spotykając wielokrotnie grupy jeźdźców. Meksykańscy chłopcy podjeżdżają do nas i oferują wynajęcie konia na godzinę lub dwie.
– Gracias, amigos. Nie potrzebujemy.
Godzinę później jesteśmy z powrotem w centrum San Cristobal.