Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Lecimy do Kanady! | Toronto i w drogę nad Niagarę | Nocny spacer nad wodospad
Budzik wyrywa nas ze snu o 5:00. Jesteśmy już spakowani, trzeba tylko wypić szybko kawę, by się do końca obudzić. Pół godziny później wychodzimy zatrzaskując drzwi w hotelu. Z ulgą opuszczamy to miejsce, nie była to najlepsza miejscówka. Plac, z którego odjeżdżają autobusy na lotnisko Malpensa, znajduje się po drugiej stronie dworca. Najkrótsza droga prowadzi przez tunel Sottopasso Mortuirolo. Na dworze jest jeszcze noc, zero ludzi na ulicy, nieliczne samochody z pędem przejeżdżają przez tunel. Na szczęście nie ma tu znaku zakazującego ruchu pieszych. Szybkim krokiem, niemal w biegu, przechodzimy na drugą stronę wąskim chodnikiem przy ogłuszającym ryku przejeżdżających samochodów.
– Ugh! Okropne to było!
W autobusie do Malpensy (bilety po 35 złotych kupiła wcześniej Cecile) oboje przesypiamy. Malpensa. Jestem tu po raz czwarty. Pamiętam mój pierwszy raz, kiedy w drodze do Indii poszliśmy tu na kawę. To był mój pierwszy w życiu lot (pomijając jakiś lot do Warszawy w dzieciństwie). Tamtego dnia nie przypuszczałem, nie spodziewałem się, że będę tyle latać w przyszłości…
O 08:55 nasz Airbus A320 startuje w krótki, siedemdziesięciominutowy lot do Monachium. Tu, przesiadamy się do boeinga 777 i o 11:50 odlatujemy za ocean. Tym razem polecimy dłużej – niemal dziewięć godzin.
Na lotnisku Pearson International Airport jesteśmy o godzinie 14:45. Od paru lat wjazd do Kanady jest bezwizowy wystarczy, wypełnić deklarację e-TA. Odprawa przebiega bez problemu nie mamy ze sobą żadnych owoców ani kiełbasy innych produktów spożywczych jak zupki czy czekolada nie deklaruję. Jeszcze stempel i zaczynamy nasz krótki pobyt w Kanadzie.
Z wcześniejszego rozeznania wynika, że najtaniej będzie podjechać pociągiem do centrum podjechać pociągiem kupujemy bilety po 3,25 dolara. Pewną, acz iluzoryczną atrakcją Kanady jest to, że dolar kanadyjski jest o 30% tańszy od amerykańskiego, więc przynajmniej podświadomie wszystko wydaje się tańsze. Nie mamy zbyt wiele czasu, musimy zdążyć na autobus, który zawiezie do Niagara Falls. Megabus odjeżdża o 18:00.
– Wiesz, Cecile, cieszę się, że była taka opcja i możemy zobaczyć wodospad Niagara.
– Tak, to był dobry pomysł.
Sieć autobusowa Megabus znana bardziej ze swojej filii w Europie, a przede wszystkim w Wielkiej Brytanii. Działa również na terenie Kanady i Stanów Zjednoczonych, pozwalając na w miarę tanie – o ile się kupuje bilety dużym wyprzedzeniem – podróżowanie po Ontario i Quebec oraz wschodnim i zachodnim wybrzeżu USA. Niestety nie ma połączeń między wschodem a zachodem kraju, trzeba korzystać z alternatywnego Greyhunda. Odległość między lotniskiem a centrum to około 25 km, pojedziemy pół godziny. Na ile można się zorientować z okien pociągu, Toronto jest bardzo nowoczesnym miastem, znajduje to potwierdzenie później, gdy wysiadamy w centrum pełnym wysokich budynków biurowych. Przystanek Megabus na Toronto Coach Terminal (610 Bay Street) jest całkiem niedaleko – wystarczy przyjść kilkaset metrów.
– No jak, Cecile, w porządku?
– Tak, w porządku – kiwa głową.
– Nie cieszysz się, że tu jesteśmy?
– Cieszę. Jak długo pojedziemy?
Czasem jest tak, że nie wiem, co naprawdę Cecile myśli, co by chciała i jak się czuje.
– Teoretycznie będziemy za dwie godziny – mówię, sprawdzając rozpiskę na biletach. – Ale patrząc na te korki, nie wiem, czy nie będziemy mieć spóźnienia.
– Żeby tylko jutro autobus się nie spóźnił!
– No to spędzilibyśmy trzy tygodnie w Kanadzie...
– O, nie. Ja już wolę Meksyk.
Mijamy Hamilton i drogą wzdłuż jeziora Ontario podążamy na południowy wschód. Zapadła już noc, wszak to dopiero początek marca, wkrótce pojawiają się światła miasta. Dojeżdżamy do Niagara Falls z godzinnym niemal opóźnieniem. Miejscowy dworzec jest na uboczu, a nocleg w The Falls Family Lodge, który znalazłem na Booking.com – prawie w centrum.
– Do hotelu jest stąd około dwóch kilometrów, w porządku?
– Tak, możemy na piechotę, byle szybko.
– To i tak będzie szybciej niż szukanie jakiegoś połączenia autobusowego.
Ulicą równoległą do rzeki Niagara docieramy do naszego hotelu.
– To chyba tu – mówię i otwieram szklane drzwi. Pierwsze wrażenie mało korzystne, obiekt przypomina hotel pracowniczy.
Jest prowadzony przez Hindusów, co może – w pewnym stopniu – uzasadniać najniższą cenę w mieście (40 CAD, czyli 148 PLN). Nasz pokoik jest niewielki, ale ma łazienkę i łóżko. No i jest tu ciepło! To nam w zupełności wystarczy. Cecile kładzie zziębnięte ręce na grzejniku, ja wyciągam grzałkę i kubek.
– Herbata czy kawa?
– Ja herbatę.
Po 10 minutach wciąż czekamy na wrzątek. Woda jest ledwo ciepła. Owszem, przed wyjazdem sprawdziłem rodzaj wtyczek gniazdek w Kanadzie i Meksyku, wiem, że napięcie jest tu 110 woltów, ale liczyłem na to, że moja 500-watowa grzałka będzie wystarczająca.
– Wyciągaj swoją grzałkę! – proszę Cecile.
Teraz idzie już łatwiej. Jak mówią kanadyjscy Indianie, co dwie grzałki to nie jedna.
– Masz ochotę na nocny spacer? – pytam dopijając kawę.
– Nie za bardzo, zimno jest…
– No, chodź! Ubierzesz się ciepło i pójdziemy nad Niagarę. Nie wiadomo, ile jutro będziemy mieć czasu.
– Dobrze, poczekaj chwilę.
– Okej, nie ma pośpiechu.
Ubieramy wszystkie możliwe rzeczy, przecież spakowaliśmy się jak do ciepłych krajów a tu koło 0 stopni. Rzeka Niagara tworząca wodospad znajduje się w odległości siedmiuset metrów. Przy głównej drodze prowadzącej w stronę rzeki świecą się gigantyczne neony, rozbrzmiewa muzyka z barów, kłują w oczy wielkie reklamy wesołego miasteczka i innych miejsc rozrywki.
– Ależ to amerykańskie! – mówię z dezaprobatą patrząc na ustawione na domach i ulicy wielkie postacie Godzili, Super Green Mana, dmuchanej myszki Miki i innych postaci z kreskówek.
Szybkim krokiem idziemy w górę rzeki. Już z tej odległości – ponad kilometra – widać najsławniejszy niby wodospad. Jest podświetlony kolorowymi światłami, które cały czas zmieniają barwę. Lepiej widoczna jest część kanadyjska, amerykańska jest znajduje się bardziej na lewo, za Kozią Wyspą (Goat Island) rozdzielającą główny nurt wody. Znajdujemy się w sporej odległości od wodospadu i chyba z tego powodu nie robi on – przynajmniej na mnie – wielkiego wrażenia.
– Podejdziemy bliżej? – pytam Cecile, która, jak widzę, kuli się z zimna.
– Wiesz, może jutro.
Podchodzimy jeszcze ze sto metrów, ale dojmujące zimno każe nam wrócić do hotelu.
– Ja mam ochotę jeszcze na zupkę, a ty?
– Ja już nic nie chcę. Położę się już, zmęczona jestem.
Dzień był faktycznie trochę męczący, ale cieszę się, że wszystko poszło bez problemu. Jutro Meksyk!