Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]


Mexico City – Toronto

poniedziałek, 20 III 2017


Ostatni spacer | | Woczekiwaniu na odlot


Ten dzień nie będzie obfitować w wyjątkowe atrakcje: wieczorem odlatujemy do Toronto. Zazwyczaj nie lubię przyjeżdżać do jakiegoś miasta w tym samym dniu, w którym mam z niego odlot. Zawsze się boję, że będzie jakiś poślizg. Tym razem wygląda na to, że wszystko pójdzie dobrze.

Rano wychodzę z hotelu w poszukiwaniu świeżych bułek. I chociaż oblatuję kilkanaście ulic nie znajduję czynnej piekarni. Niestety o 8:00 rano są otwarte tylko sklepy Oxxo, muszę więc – po raz ostatni na szczęście – kupić chleb tostowy. Po śniadaniu, odprawiamy się na loty z Rzymu do Krakowa. Darmowa drukarka w recepcji – oprócz gorącej wody – to drugi plus dla tego hotelu. Zostawiamy bety w hotelowym schowku i udajemy się na ostatni spacer po zocalo. Na "naszym" deptaku, co parę metrów jakiś śpiewa w lub grajek. Ogólnie stolica Meksyku jest sympatyczna pod tym względem. Dzień jest wietrzny, flaga państwowa na wielkim maszcie łopoce, a mieszkańcy wykorzystują okazję, by puszczać latawce. Zaglądamy do kolejnych kościołów. [Opis spaceru]

Przemieszczamy się do dzielnicy położonej na północ od zocalo. Robimy zakupy w markecie przy parku Bellart. Ku mojemu zaskoczeniu i rozczarowaniu nie dostrzegam straganów z pamiątkami, a chciałbym coś jeszcze dokupić. Na głównym placu koło muzeum – jak zwykle pokazy "prawdziwych" Indian. Przyznaję, że ich tańce są naprawdę widowiskowe. A dziś dodatkowo pojawił się nowy element – "czary-mary" polegające na okadzaniu chętnej osoby. Wojownik-znachor trzyma w dłoni wiązkę tlących się gałązek i wykonuje skomplikowany ruch wokół stojącego przed nim „pacjenta”. Niestety te zabiegi to tylko cepelia, jestem przekonany, że obie strony podchodzą do tego jak do wróżenia u Cyganki na rynku w Krakowie. Przypomniały mi się scenki ze świątyni Geser w Ułan Bator, gdzie byłem świadkiem podobnych rytuałów. Tyle że tam wszystko było prawdziwe: prawdziwy mnich i babiny rzeczywiście potrzebujące pomocy.

Uzupełnienie

Odebrawszy rzeczy z hostelu, sprawnie przemieszczamy się na stację Isabel La Católica. Idziemy ulicą pełną sklepów muzycznych. "Gdyby mój syn był muzykiem, pewnie bym mu to kupił trąbkę" – przelatuje mi przez głowę myśl.

Wieczór. Już którąś godzinę siedzimy na lotnisku w Mexico City. Cecile nie chciała przyjeżdżać tu w nocy, więc chociaż odlot jest o 23:20, to byliśmy na miejscu już po 16:00.

– Chcę uniknąć godzin szczytu – zapowiedziała.

Lotnisko w stolicy, chociaż znajduje się blisko, to nie jest zbyt przyjemne dla turystów. Poza możliwością siedzenia w kawiarni lub restauracji – nie ma tu w ogóle ławek! Zadekowaliśmy się w korytarzyku na drugim piętrze. Cecile uzupełnia notatki, ja drzemię, siedząc po turecku.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej