Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Na kameralnym lotnisku | Jak się to miasto nazywa? | | | |
Budzę się 5:30. Kawa, pakowanie się. Hotelarz mówi, że taksówka wkrótce się zjawi. Istotnie tuż po 6:00 już siedzimy w samochodzie. Nabieram pewności, że nie spóźnimy się na samolot. Kierowca kilka razy na 25-kilometrowej trasie zagląda na stacje benzynowe, w końcu tankuje tam, gdzie najtaniej. Ceny paliwa w Meksyku zdaje się wciąż rosną, o czym może świadczyć ogłoszenie o podwyżce opłat za przejazd, które widzieliśmy w San Cristobal. Droga prowadzi przez pagórkowaty teren.
– Że też nie znaleźli płaskiego miejsca bliżej miasta! – mówię – może i było, ale zajęta przez jakąś wioskę?
Budynek lotniska jest niewielki, do 9:00 wystartują stąd zaledwie trzy samoloty do Mexico City. Na ławce obok rozłożył się prawdziwy globtroter ze stukilogramowym plecakiem. Przygotowuje sobie posiłek w menażce. Sympatyczny gość. Cecile po kontroli bezpieczeństwa jest niespokojna.
– Co jest?
– Chciałam się napić kawy wcześniej.
– Trzeba było mówić wcześniej…
Na szczęście tu też jest kawa i to w całkiem znośnie cenie – 30 peso.
Lot do stolicy trwa niecałe dwie godziny. Stewardesy sprawiają wrażenie nieprzyjemnych, czepiają się pasażerów o różne głupstwa, na przykład każą zdjąć słuchawki podczas instrukcji bezpieczeństwa. Dziwi mnie zakaz używania aparatów fotograficznych podczas lotu. Śmieszne.
W Mexico City jesteśmy 20 minut przed czasem, ale długo czekamy na autobus. No dobrze! Teraz transfer do metrem na dworzec Tapo.
– Schowaj saszetkę pod bluzkę – upominam Cecile. – Sama mówiłaś, że tu trzeba uważać!
Metro jest tanie, za 5 peso można jeździć i przesiadać się do woli. Na dworcu Tapo, czyli Oriente kupujemy bilety w firmie Bulgarius Voltar (30 MXN). Jak wyjaśnia kasjer możemy jechać inną linią (any bus, any time). Wyjazd z miasta trwa dość długo. W końcu to gigantyczne miasto – rzekomo 30 milionów mieszkańców z przedmieściami.
– Jak się nazywa miasto, do którego jedziemy?
– Amecameca.
Nie mogę zapamiętać. Mieszkańcy skracają nazwę do Ameca. Pierwsze wrażenie dosyć nieciekawe: śmierdzi tu! Jak się później zorientowałem, przyczyną są dziesiątki bezpańskich psów biegających po głównym, zaniedbanym placu. Ale my tu przyjechaliśmy dla widoków! A te są zachwycające. Oto biały kościół z dwoma dzwonnicami i kolorową geometryczną mozaiką na fasadzie. Przed nim barokowa brama, a za nim przykryty chmurami wulkan Izta. Paluszki lizać!
– Szukamy hostelu!!
– To tradycyjnie: ja poczekam na ławce, a Ty poszukasz.
– Moment, tam jest hotel – wskazuje ręką – sprawdźmy może…
Hotel San Carlos oferuje pokoje po 150 i 300 peso. Te drugie mają dwa łóżka i telewizor. Cóż – tniemy koszty.
– Ha! Tutaj ważniejsze jest ilość koców i ciepła woda niż klimatyzacja – mówię, wchodząc do zimnego pokoju.
WiFi jest beznadziejne, wściekam się. Na razie moim głównym problemem są dolegliwości żołądkowo-jelitowe.
– Stawiam na ten posiłek w restauracji w Comitan na farmie.
– A ja myślę, że to majonez, którym była posmarowana kukurydza – stwierdza Cecile mjąca podobne kłopoty.
Wypijamy herbatę i wychodzimy z hotelu.
Miasteczko, wbrew informacjom z przewodnika, jest mało ciekawe.
– To najbrzydsze miasto w Meksyku, jak dotąd! – stwierdza Cecile podczas spaceru.