Dzień: [1-2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28]
Które góry są wysokie? | Taksówką na 3700 m n.p.m. | Cudowna wysokogórska przyroda | Jestem usatysfakcjonowany | | |
Ileż to już razy patrzyłem na wysokie góry i myślałem, że chciałbym tam być. Widok wysokich gór, bez względu na to, czy są to Himalaje oglądane z Dardżylingu lub w Pokharze, czy Tian Shan oglądany z Ałmaty, czy Andy widziane z Uspallaty, są przepiękne, ale i… odległe, nieosiągalne. Dużo rzadziej zdarzało mi się być u ich podnóża, gdy były na wyciągnięcie ręki; wtedy mocniej żałowałem, że po nich nie chodzę. Na ogół celem na ogół chodzenie po tych wysokich górach z reguły chodzenie po tych wysokich górach nie było w moich planach nie byłem do tego przygotowany przede wszystkim czasowo. Ale z olbrzymią satysfakcją wspominam wszystkie te wędrówki po górach przekraczających 3000 metrów.
Przed wyjazdem do Meksyku wiedziałem, że nie będziemy wchodzić na żaden wysoki wulkan.
– Ja nie dam rady, to dla mnie za wysoko – mówiła Cecile.
Ja myślę, że też miałbym trudności z wejściem na 5000 metrów.
– Ale przynajmniej spróbujemy wejść kawałek, dobrze? – namawiałem.
Teraz, kiedy jesteśmy tak blisko dwóch potężnych szczytów: Iztaccíhuatla i Popocatépetla, moja ochota na wchodzenie, na któryś z nich gwałtownie rośnie. Aczkolwiek tu muszę powiedzieć wczoraj została nieco podkopana przez nasze dolegliwości żołądkowe. Na wszelki wypadek Cecile nic nie je.
– Jedziemy? – pytam rano Cecile z nadzieją w głosie. – Jak się dziś czujesz?
– Dużo lepiej, możemy jechać, ale na szczyt nie będziemy wchodzić, obiecujesz?
– Na pewno nie. Przejdziemy się tylko kawałek.
Wkładany ciepłe rzeczy na siebie i zabieramy jedzenie na drogę.
– Jestem gotowa.
Na Plaza de Armas rozglądamy się za taksówkami. Wiemy już, że nie ma transportu publicznego na przełęcz. Może to prawda, może nie. Pytamy kilku kierowców o cenę wybieramy tego, który zgodzi się nas tam zawieźć za 220 peso. Do pokonania jest 28 kilometrów. Musimy na tym dystansie pokonać 1200 metrów różnicy wysokości. Parę kilometrów za miastem droga zaczyna się szybko wznosić. Czeka nas kilkadziesiąt zakrętów. Na razie jedziemy przez las i niewiele widać. Po drodze mijamy kilka knajp i lepszych restauracji. Prawdopodobnie można w nich również zanocować. Droga się wypłaszcza, otwierają się widoki na Popocatépetl po prawej i Iztaccíhuatl po lewej. Ten pierwszy jest dobrze widoczny, choć wierzchołek przykrywa biała chmura. Notabene aztecka nazwą pierwszego wulkanu tłumaczy się jako "Dymiąca Góra". Drugi wulkan ma bardziej romantyczne tumaczenie: "Śpiąca Dama". Zatrzymujemy się przy rondzie Paso de Cortés (Tlamacaxco). Jesteśmy na wysokości 3700 m n.p.m. Ponieważ od tygodnia przebywamy w miarę wysoko, jesteśmy nieźle zaaklimatyzowani. Tu, na przełęczy, obok kilku knajpek i parkingu, znajduje się budynek miejscowego TOPR-u. Jest tutaj również punkt informacyjny oraz... kasa. Teoretycznie moglibyśmy dać sobie spokój z płaceniem i ruszyć od razu na szlak, ale nie mamy pewności, czy bilety (32 peso) później nie będą sprawdzane. Pani w biurze prosi o wpisanie się do książki wyjść.
– No, to idziemy?
– Idziemy! – poprawiam plecak i wychodzę z budynku.
– Poczekaj – woła za mną Cecile – zróbmy sobie jeszcze tu zdjęcia.
Na tablicach informacyjnych znajduje się schemat trasy z wysokościami i dydaktyczne tablice z gatunkami ptaków. Mam nadzieję, że się przydadzą. Park narodowy powstał w 1935 roku i obejmuje obszar 400 kilometrów kwadratowych. Oba stratowulkany należą do największych w kraju. Wyższy jest tylko Pico de Orizaba (5610 m n.p.m.). Wszystkie trzy wulkany pokryte sa lodowcami w górnych partiach.
Początek szlaku jest łatwy, droga idzie lekko w górę, prowadzi przez rozległe zbocza pokryte wysoką trawą i niewielkimi zagajnikami z niskich sosen. Między ich gałęziami uwijają się niewielkie ptaki nie większe niż czegoś tam z czarnym łebkiem i białym paskiem pod oczami. Żywią się nasionami z szyszek, wydłubują je swymi mocnymi dziobami, a w przerwach przyglądają się nam. Potem odpoczywają na wierzchołkach drzew. Nie wiem jaka tu pora roku, bo trawy są wysuszone, wiele roślin już zwiędłych, ale widzę też kwitnące pomarańczowe kwiaty.
Jest chłodno, ale pogoda jest w miarę słoneczna z białymi obłokami na błękitnym niebie. Jakiś niewidoczny ptaszek śpiewa wysoko, czarny wulkaniczny żwir zgrzyta pod nogami. Gdzieniegdzie, w cieniu drzew, utrzymuje się od nocy szron, a w koleinach zalega śnieg. Jest prześlicznie.
Gdy oglądamy się za siebie, widzimy w całej całości Popo. Od wysokości 4200 metrów pokryty jest śniegiem, odsłonięte są tylko bardziej strome skały. Chmury białe obłoki co chwilę przykrywają zakrywają wierzchołek i odlatują dalej na południe. Przy użyciu zoomu aparatu bezskutecznie przeczesuję zbocza masywu w poszukiwaniu śmiałków wspinających się na szczyt. Poniżej piętra skał i łąk ciągną się lasy iglaste schodzące aż poniżej przełęczy.
Po godzinie Cecile zarządza odpoczynek. Przysiadamy na skarpie i posilamy się. Właściwie to ja, bo Cecile nadal powstrzymuje się. Muszę przyznać, że wygląda jak rasowa wysokogórska turystka. Ciepły polar, dobre buty, chustka na głowie, twarz wysmarowana kremem. Ruszamy dalej.
Przyglądam się małym lub większym i większym roślinką są tu nie może inaczej to dobrze są tu skały pokrywają suchorośla czas ruszać dalej. Mijamy Refiugo de al co Moni zbudowane na wzgórzu 3980 m n.p.m. Góry ponad nami stają się coraz bardziej posępne i poszarpane. Zachodnie zbocza są bardziej strome od stoków po wschodniej stronie Itza. W dalszym jednak ciągu podejście jest łatwe i stosunkowo mało strome. Po dwóch i pół godzinie od przełęczy dochodzimy do miejsca zwanego dla Jola, znajduje się tu na parkingu kilka samochodów, które jakimś cudem po wertepach tutaj dotarły. Tymczasem nadpłynęły ciężkie chmury zrobiło się ciemno i mgliście góry nad nami toną w chmurach.
– To chyba tyle na dzisiaj – mówię, a Cecile nie protestuje.
– Na jakiej jesteśmy wysokości?
– Poczekaj – sprawdzam na mapie. – Co najmniej 3980 m n.p.m.
– O, to sporo.
– No, jeszcze zostało 1200 metrów na szczyt...
Mam uczucie niedosytu. Wiem, że mógłbym jeszcze iść dalej i wyżej, przynajmniej do Refugio de los 100 położonego na wysokości 4 700 m n.p.m. Jednak droga tam i z powrotem zajęłaby trzy godziny.
– Wiesz co? Mam propozycję: ty sobie tu odpocznij, a ja przejdę się jeszcze kawałek w górę. Wrócę za 20 minut.
– Dobrze. Tylko wróć!
Ruszam w kierunku dla La Joyita. Chcę przekroczyć granicę 4000 m n.p.m. Szlak powyżej parkingu prowadzi już tylko wąską ścieżkę. Po 10 minutach szybkiego marszu dochodzę do jakichś do skałek i stwierdzam: wystarczy. Zbiegam truchtem do Cecile.
– Zadowolony?
– Bardzo – mówię i wypijam kilka łyków wody. – Możemy wracać.
Zejście na przełęcz zajmuje nam dużo mniej czasu. Po drodze robią Cecile kilka ładnych zdjęć. Pogoda już się nie poprawia, chmury zatrzymały się nad wulkanami, jest ponuro, a nawet czasem sypnie drobnym śniegiem. Chwilę czasu spędzamy na parkingu licząc na jakiś transport.
– Zacznijmy schodzić, może ktoś nas weźmie po drodze. – proponuję.
– Tak będzie lepiej. Zimno tu jest.
Wiem. A w dodatku Cecile nie odzyskała jeszcze formy po wczorajszym zatruciu. Ruszamy szosą w dół. Nie mija pięć minut, a koło nas zatrzymuje się samochód.
– ¡Buenas tardes! Amecameca?
– ¡Sí, entra!
Nie wiem, czy autostop w Meksyku jest płatny, ale na miejscu kierowca nie chce od nas pieniędzy.
– ¡Gracias, buenas tardes!