Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Belgrad – Budapeszt – Siofok

czwartek, 18 VII 2013


Opuszczam Serbię z niedosytem wrażeń | Nad Błotnym Jeziorem


Musimy pomyśleć o dalszej drodze. Generalnie zmierzamy w kierunku Węgier. Żałuję, że już opuszczamy Serbię. Belgrad bardzo się nam podobał, ale przecież kraj oferuje jeszcze wiele innych interesujących miejsc. Ot, choćby twierdza Petrovaradin w Nowym Sadzie zwanym przez mieszkańców Srpską Atiną; twierdza i Ćele Kula, czyli Wieża Czaszek w Nisz, Manasija i pozostałe średniowieczne monastyry, a także przyrodnicze atrakcje, takie jak Zlatibor – górski region z jeziorami i jaskiniami lub Tara z parkiem narodowym w Górach Dynarskich.

Doskonale wiem, że Serbia jest postrzegana (przynajmniej w Polsce) jako kraj najmniej atrakcyjny turystycznie. Potwierdzają to również statystyki odwiedzin przez turystów zagranicznych z uwzględnieniem powierzchni kraju. Mimo wszystko, mam nadzieję, że tu jeszcze kiedyś wrócę.

Na dworcu kolejowym kupujemy promocyjne bilety do Budapesztu po 15 €, co wydaje się dobrą ceną. O 8:00 odjeżdżamy. Początkowo pociąg jest zatłoczony, później zwalnia się sporo miejsc, tak że Sergiusz może się rozłożyć na siedzeniach. Drzemie. Myślę, ze jest wymęczony trampingiem, to nasz czternasty dzień. Mijamy Nowy Sad i Suboticę i ku mojemu zaskoczeniu skręcamy w stronę Balatonu. Gdy widzę wody jeziora, nad którym przecież mieliśmy się zatrzymać, dochodzę do oczywistego wniosku, że z Budapesztu będziemy musieli tutaj wrócić.

– To może byśmy tu wysiedli? – zastanawiam się głośno.

Pociąg zatrzymuje się na jakiejś stacji, ale jakoś nie jesteśmy zdecydowani. Jedziemy dalej. Niestety pociąg pospieszny nie zatrzymuje się na małych stacyjkach i pędzi do Budapesztu. Trudno. Na dworcu autobusowym kupujemy bilety do Siófok. Czeka nas teraz godzinna jazdy w zatłoczonym autobusie.

O 18:00 jesteśmy na miejscu.

– Spodziewam się, że będzie tu dużo kempingów i pól namiotowych – mówię do Sergiusza.

– Poszukamy, zobaczymy.

Faktycznie mieszkańcy, czy tez turyści wskazują nam pobliskie miejsce – kemping za miejscowością. Rozkładamy namiot i idziemy nad jezioro.

Balaton! To największe jezioro Europy Środkowej dla wielu Polaków w latach i 80. i 90. zeszłego wieku było celem samochodowych wypraw wakacyjnych. Urlop nad „węgierskim morzem” dla wielu był tanią alternatywą dla wyjazdu na wybrzeże w Grecji lub Włoch. Złośliwi śmiali się nieraz z tych, którzy spędzali czas nad tą największą sadzawką. Cóż, to prawda, że Balaton jest wyjątkowo płytkim akwenem. Chociaż ma 77 kilometrów długości, a jego szerokość sięga 14 kilometrów, to średnia głębokość wynosi zaledwie 3,20 metra. W konsekwencji woda jest mętna, dno muliste, a brzegi na ogół zarośnięte trzciną, bez piaszczystych plaż. O tych realiach doskonale wiedzą Węgrzy, którzy od setek lat zowią swe jezioro Balaton, którą to nazwę zaczerpnęli ze słowiańskiego słowa boltьno oznaczającego błoto.

Jesteśmy więc nad Błotnym Jeziorem, spacerujemy wzdłuż brzegu. Miejscowość jest wypoczynkowa, sporo więc tu turystów. Przechadzają się tak, jak my lub brodzą w płytkiej wodzie wraz ze swymi pociechami*/.

– Chcesz się kąpać? – pytam syna.

– No, co ty!?

Przyzwyczaił się do pięknych plaż w Grecji, Egipcie i Turcji.

___________________________________________

*/ Chociaż woda płytka, co roku odnotowuje się do 20 utonięć w jeziorze.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej