Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
6 państw – 6 stolic | Problemy z pamięcią | Jak wejść do hostelu?

Łomot przetoczył się nad miastem i w sekundę później strugi deszczu zalały dworzec autobusowy.
– Udało się nam! – uśmiechnąłem się do Sergiusza.
– Oby tylko tam nie padało…
Zajęliśmy nasze miejsca w ostatnim rzędzie autobusu Orange Ways jadącego do Budapesztu. Pojazd stopniowo wypełniał się pasażerami.
– Uuu! Te fotele nie rozkładają się – jęknąłem – A myślałem, że wybieram dobre miejsca przy bukowaniu. Trudno. Nie będzie to tak wygodna podróż jak peruwiańską semi-camą.
Na szczęście już za siedem godzin będziemy w stolicy Węgier. Będzie to już nasz drugi wspólny tramping po Bałkanach. Tym razem udajemy się do ich zachodniej części. Dojazd autobusem na miejsce był podyktowany brakiem sensownych biletów lotniczych do Chorwacji. W ostatnim momencie pojawiły się czartery TUI do Zadaru, ale jeśli się policzy koszty dojazdu do Warszawy i opłaty za bagaż, to alternatywa autobusowa staje się atrakcyjna. Zwłaszcza, że będzie okazja zobaczyć po drodze Budapeszt i Bratysławę. Będziemy mieć cały dzień na zwiedzanie stolicy Węgier, gdyż kolejny autobus – do Lublany – mamy dopiero w niedzielę. Chcemy odwiedzić w sumie 6 krajów. Po Słowenii pojedziemy do ukochanej przez Polaków Chorwacji, zajrzymy do Bośni i Hercegowiny a stamtąd, przez Serbię i Węgry przejedziemy do Słowacji. Podczas 14-dniowego wyjazdu poznamy też 6 europejskich stolic. Cieszę się z tego trampingu!
W Beskidach już nie pada. Trochę przysypiam, bo spałem dziś zaledwie dwie godziny – pakowałem się do 4:00 rano. Z drzemki wyrywają mnie SMS-y od słowackiego operatora.
– Nie chciałbyś pochodzić po górach tutaj? – pytam zamyślonego syna.
– Jak to? Przecież już chodziliśmy po górach…
No tak, ale tylko po Tatrach i to tylko przez kilka dni. Hm. W jego wieku moje oczy cieszyły się na widok każdych gór... A jeśli teraz już nie palę się do tak częstego łażenia, to dlatego, że poświęcam urlop na dalsze wyjazdy. Droga na Węgry prowadzi przez Zwoleń. Jakimś dziwnym trafem omijamy autostrady.
– Tato, tym razem będziemy w krajach mniej ciekawych, prawda?
– Pod względem turystycznym? – dziwię się.
– W zeszłym roku dużo zwiedzaliśmy, a teraz sam mówiłeś, że w Słowenii będą tylko góry i jaskinie.
– Nie martw się. Zwiedzania ciekawych miejsc będzie dość. Poza tym, popatrz, co widzieliśmy, na przykład, w Albanii? Tiranę, Durres, Thethi, Szkodrę… No i miejsce urodzenia tego… eee…
– No, wiem. Tego na B.
– Nie, nie! – protestuje – on był na K, zaraz… Kie…, Ka…, Ko…
– Nie. On był na B… tak jakby po skandynawsku. Bjork czy jakoś tak…
– Powinienem pamiętać – przelatuję w myśli alfabet – już wiem, był na S! Sa… Se… Sta… O, Skanderbeg!
– No, właśnie. Mówiłem, że jest tam "B".
– Urodził się w Kruji.
– Ale w Macedonii widzieliśmy tylko Ochryd i Skopje...
– No i był wypad w góry koło Tetova. A teraz będziemy na Istrii, w Dalmacji, dużo miast będzie po drodze Rijeka, Split, Zadar potem Mostar i Sarajewo… Wszędzie pełno zabytków, mówię ci!
Granicę węgierską przyjeżdżamy również bez zatrzymywania się. Krajobraz się wypłaszcza, do Budapesztu zostały nam jeszcze 3 godziny jazdy. Zgodnie z rozkładem koło 20:00 zajeżdżamy na dworzec Népliget. Kilku pasażerów, podobnie jak my, jest zdezorientowanych. Zaczepiamy miejscowych, pytając o ulicę Hungaria. Nie wiedzą albo nie znają, co jest niezrozumiałe zważywszy, że to główna i długa ulica. OK. Dwójka chłopców z Gdańska – są w drodze od wtorku – sprawdza adres w Google Maps.
– To chyba w tamtym kierunku – pokazują ulicę pod estakadą.
Do przejścia mamy ponad 3 km. Wstępujemy jeszcze do hotelu, aby uzyskać pewność co do lokalizacji naszego hostelu zabukowanego trzy tygodnie wcześniej. W tym samym kierunku podąża pięcioosobowa rodzina węgierska z naszego autobusu. Za wiaduktem zaczyna się Hungaria krt. Powoli odliczamy budynki do naszego hostelu. Pod numerem 110 – znajduje się obskurna, duża kamienica. Żadnego oznakowania, że jest tu hostel. Brama zamknięta na głucho. W dwóch, może trzech oknach świeci się. Domofonujemy do kilku przypadkowych mieszkań – wygląda, jakby tu nikt nie mieszkał. Telefon do hostelu nie działa – jest błędny, jak stwierdziły poproszone o pomoc Węgierki przechodzące ulicą.
Co robić? Stosuję rozwiązanie siłowe i napieram całym ciałem na bramę. Zamek ustępuje. Korytarzem dostajemy się na tonące w ciemnościach podwórko.
– Hostel? – wołam do mężczyzny stojącego na wewnętrznym ganku.
– Second floor!
Okazuje się, że to właściciel tego przybytku.
– Smsowałem do ciebie – mówi.
Dziwne. Sprawdzam, że nie mam nic od niego, żadnej wiadomości. Chyba ściemnia, nieważne. Pakujemy się do małej windy, Sergiusz nie mieści się, idzie po schodach. Hostel, hm… Niezbyt rewelacyjny. Nasza, dwuosobowa część dormitorium oddzielona jest od reszty szafami; przynajmniej są okna i drzwi zamykane na zasuwkę. Na szczęście jest łazienka z ciepłą wodą, niby kawa rano i WiFi. Zjadamy chińskie zupki, myjemy się i kładziemy do spania.
– O której wstajemy? – pyta z nadzieją Sergiusz.
– O 8:00 – mam litość w sercu, niech się chłopak wyśpi.
– Dobranoc.