Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]
Przesiadka w Lublanie | Alpy wokół nas
Godzina 8:30. Autobus zbliża się do Zagrzebia. Sergiusz, poskręcany, z pozawijanymi kończynami śpi wciąż na dwóch fotelach. Zazdroszczę mu odporności na hałas i wibracje. Mnie z trudem przychodzi sen w pociągu lub autobusie. Od dwóch godzin, z nosem przytkniętym do szyby, oglądam krajobrazy. Nie widziałem ze względu na nocną porę Balatonu, zapewne będzie okazja w drodze powrotnej tam się zatrzymać. Granicę węgiersko-chorwacką przekroczyliśmy w miarę szybko. Jeszcze były niezbędne jakieś formalności, chociaż od tygodnia (1.07.2013) Chorwacja należy do Unii Europejskiej.
Na dworcu autobusowym w Zagrzebiu mamy półgodzinną przerwę i częściową wymianę pasażerów. Stolicy nie będziemy teraz zwiedzać, plan zakładał jak najszybsze dotarcie do Alp Julijskich. Jest 11:00, za dwie godziny będziemy w Lubljanie. Droga nieco się dłuży. Odległość z Budapesztu do Lubljany przez Zagrzeb to 484 kilometry, mniej więcej tyle co z Krakowa do Gdańska. Za oknem pofałdowana, szeroka dolina Drawy. W mijanych wioskach prawie zawsze widać szpiczastą wieżę centralnie położonego kościoła.
Dworzec w Lubljanie. Zostawiam Sergiusza z plecakami przed Železniška Postaja, czyli dworcem kolejowym i idę zorientować się w połączeniach do Trenty. Pociąg jedzie tylko do Jesenic, w dodatku długo musielibyśmy czekać. Bezpośredni autobus do Trenty jest za chwilę, bilet kosztuje aż 12.5 euro. Trudno, Słowenia to najdroższy kraj Bałkanów.
Po godzinie jazdy wygodną drogą, zjeżdżamy do Bledu. Jeden rzut oka na miasteczko wystarczy, by stwierdzić, że warto się tu zatrzymać. W istocie, Bled, miejscowość o sześćsetletniej historii, jest malowniczo położony nad jeziorem o tej samej nazwie i z racji lokalizacji u podnóża Alp Julijskich stanowi odpowiednik naszego Zakopanego. Pełno tu miejsc noclegowych, ot choćby wypasiona Gostilna pri Planincu, czy Villa Alice, które właśnie mijamy. Atrakcją Bledu jest również średniowieczny zamek (przełom X/XI wieku) wznoszący się na wzgórzu. I może warto byłoby tu zjeść sławną kremówkę zwaną tu kremna rezina, ale my jedziemy dalej. Chcemy atakować najwyższe partie Alp Julijskich od zachodu, skąd prowadzi najkrótsza droga.
W miarę przesuwania się na zachód góry stają się coraz potężniejsze. To już nie górki pokryte lasem iglastym, zaczyna się prawdziwie alpejski krajobraz. Pojawia się piętro hal, z których schodzą soczysto zielone, wąskie, wrzynające się w las doliny ze strumieniami i potokami. Wapienne szczyty piętrzą się wysoko, w kotlinkach dostrzegam poletka śniegu. Mmmm, miodzio…
I tak, pełni zachwytów na panoramą Alp, wjeżdżamy do Kranjskiej Gory – ośrodka narciarskiego, który może konkurować z odległym o 20 kilometrów Villach w Austrii. Mamy chwilę czasu, by przejść się po centrum. Miasteczko zadbane, fajnie byłoby się i tu zatrzymać. Zaglądamy do kościoła parafialnego pw. Wniebowzięcia NMP.
Dalsza droga wiedzie wąską i krętą doliną rzeki Pišnicy. Serpentynami wspinamy się na przełącz 1620 m n.p.m., a potem drogą pełną zakrętów zjeżdżamy w dolinę Soczy.
O 18:00 jesteśmy na miejscu. Kemping w Trencie położony jest tuż nad Soczą. Nie jest tanio: 20 euro za rozbicie namiotu to prostu zdzierstwo. Rozkładamy namiot i szukamy dostępu do prądu, by podładować komórkę i zagotować wodę. Siedząc przed namiotem z uwagą przyglądamy się potężnym szczytom górującym nad nami. Jutro idziemy na Triglawa. Przed nami krótka noc – budzik nastawiamy na 5:00.