Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Narciarstwo po nowozelandzku | Nici z lodowca | Jedziemy do Diamond Lake | Jak tu pięknie! | Grzybek | Wieczorny spacer
Noc nie była najgorsza. Poranna rutyna: mycie, golenie (Sergiusz ma lepiej!), potem kawa, herbata i kanapki na drogę. Plan na niedzielę jest prosty: chcemy pojechać do lodowca Rob Roy w Parku Narodowym Aspiring. Wychodzimy z hostelu około ósmej. Stop działa dziś również bezproblemowo, długo nie czekamy. Jedziemy z dwójką narciarzy wykorzystujących wolny dzień na białe szaleństwo w Treble Cone. Myślę, że zwykle Nowa Zelandia (a także szereg innych państw) nie kojarzy się nam z narciarstwem – przynajmniej, jeśli patrzy się na barwy krajów, które reprezentują zwycięzcy mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim czy w skokach narciarskich. A przecież na nartach można jeździć także w Libanie a nawet (przynajmniej do niedawna) na Cyprze. Nie jestem fanem sportu i Nowa Zelandia nie kojarzy mi się z większymi osiągnięciami w sportach zimowych*/, ale jadąc tu, wiedziałem, że w Queenstown rozgrywane są zawody w kilku dyscyplinach sportów zimowych (NZ Winter Games).
Po 30 minutach dojeżdżamy do skrzyżowania. W lewo, przez charakterystyczną kamienną bramę z napisem „Treble Cone”, prowadzi droga do ośrodka narciarskiego. Tu żegnamy się z sympatycznymi Nowozelandczykami życząc im miłego dnia i ustawiamy się na stopie w kierunku lodowca. Ruch tu jest znacznie mniejszy – w praktyce zerowy. Od czasu do czasu przejedzie samochód do pobliskiego lądowiska helikopterów. Do Treble Cone – jednego z ponad dwudziestu ośrodków narciarskich zlokalizowanych w Alpach można bowiem dostać się także śmigłowcem. Dla wielu mieszkańców tego bogatego kraju korzystanie ze śmigłowców może przypominać jeżdżenie taksówkami po Krakowie. Przecież wygodniej i szybciej jest udać się na narty helikopterem niż tłuc się kilkadziesiąt kilometrów samochodem i narażać na korki. Właśnie przeleciał nisko nad nami nisko Eurocopter Écureuil AS350. Te zwinne "wiewiórki" ważą tyle, co samochód osobowy a potrafią się wznosić na 4000 metrów z prędkością pół kilometra na minutę! Można tu również uprawiać heli-skiing. Chcesz karnet na 10 lotów za 999 NZD? Proszę bardzo, Harris Mountains Heliski zabierze cię na górę!
My mamy jednak swoje zmartwienie: stoimy tu już godzinę, machamy, machamy i nic. Wygląda na to, że faktycznie nikt nie jedzie aż do Aspiring Hut. Ponoć można się tam dostać tylko samochodami 4 WD. A tych tu nie widzimy... Zgrzytam zębami.
– Chyba nic z tego nie będzie...
– To nic. Wrócimy do miasta i pójdziemy na tę płaską górę, którą ci wczoraj pokazywałem – proponuje Sergiusz.
Faktycznie, gdy staliśmy na szczycie Roy's Peak, Sergiusz zwrócił uwagę na charakterystyczną górę leżącą tuż za Wanaka.
– Ok, możemy tam pójść, ale dajmy sobie jeszcze kwadrans...
O 13:00 mamy już dość. Nasyciliśmy oczy krajobrazami, widokiem nieodległego wodospadu i stadem saren biegających po łące. Czas się poddać. Trudno, lodowiec zobaczę w naszych, europejskich Alpach. Albo na Islandii :) W drogę powrotną zabiera nas Nowozelandczyk w średnim wieku. Żalimy się, że nikt nie jechał w stronę PN Aspiring.
– Nie martwcie się! Tu jest dużo innych atrakcyjnych szlaków. Podrzucę was do Diamond Lake, to po drodze.
Z mapki, którą mamy ze sobą, wynika, że miejsce to znajduje się w połowie drogi do Wanaka.
– Spodoba się wam Diamond Lake – zapewnia mężczyzna.
Zjeżdża z głównej drogi, podwozi nas na parking, gdzie znajduje się początek szlaku. Znów ta sama uprzejmość.
– Dziękujemy, do widzenia.
Na parkingu stoi parę samochodów, najwyraźniej miejsce cieszy się pewną popularnością.
– Zauważyłeś, jak on mówił "Diamond"? – pytam syna.
– Tak. Wymawiał "diamont" a nie "dajamont"...
– Może to dlatego, że język angielski wolniej tu się zmieniał niż w Wielkiej Brytanii...?
Jezioro Diamentowe ma okrągły, regularny kształt, niczym krater meteorytowy i leży u podnóża stumetrowej góry. Podążamy ścieżką przez ponury las pełen drzew kānuka (Kunzea ericoides) z powykręcanymi konarami a następnie schodkami wspinamy się na górę. Dopiero z platformy widokowej możemy w pełni podziwiać urok tego miejsca. Oto przez środek jeziorka leżącego u naszych stóp płynie kaczka, zostawiając długi, V-kształtny, kilwater. Kilka innych kaczek kryje się w zeschniętych zaroślach. Jezioro okolone jest wianuszkiem pozbawionych liści wiązów, ale dalej zieleni się trawa. W oddali, już za szosą, którą tu dotarliśmy, wznoszą się pokryte śniegiem góry. Widzę i drogę prowadzącą zakrętami do Treble Cone i gigantyczną kolejkę samochodów na niej. Ruszamy dalej w kierunku Rocky Mountain.
Nowa Zelandia zachwyca kolorami. Chociaż wydawać by się mogło, że wczesna wiosna nie jest zbyt barwnym okresem w przyrodzie, to wciąż odnajduję przepiękne kompozycje kolorów: błękit nieba, biel śniegu, zieleń trawy, szarość skał, brąz paproci i wrzosów. Co chwilę przystaję z aparatem, pochylam się i uwieczniam na makrofotografii jakąś nowozelandzką roślinkę. A to białe, kłaczkowate porosty na pniach i powykręcanych konarach drzew, a to jaskrawozielone mchy na kamieniach, a to rudoczerwone listki niskopiennych krzewinek... Szlak prowadzi wciąż w górę, w sumie, by osiągnąć Wanaka View Point musimy wspiąć się 220 metrów nad poziom Diamond Lake. Jest dość chłodno, strumyki płynące pod naszymi nogami mają często zamarzniętą powierzchnię a uwięzione pod lodem powietrze tworzy piękne wzory błyszczące w południowym słońcu. Na kolczastych krzakach matagouri (Discaria toumatou) pojawiły się małe białe kwiatuszki. Pomiędzy krzakami można spotkać klatki-pułapki na drobne drapieżniki. Wewnątrz niewielkiego pudełka umieszczone są jajka nafaszerowane cyjankiem (o czym ostrzegają tablice informacyjne). Początkowo myślałem, że te szkodniki są lokalnym problemem, ale później się zorientowałem, że problem dotyczy kitanki lisiej (Trichosurus vulpecula), niewielkiego torbacza zawleczonego z Australii, w drugiej połowie XIX wieku. Sześćdziesiąt lat temu nastąpił gwałtowny rozrost populacji i gatunek opanował 90% powierzchni wysp. I może dałoby się z nim żyć, gdyby nie to, że kitanki roznoszą bydlęcą gruźlicę. Walczy się więc z nimi przy pomocy fluorooctanu sodu (sławna trutka "1080") a tu, w okolicy Wanaki, jak widzimy, rozkłada się zwyczajny cyjanek potasu. Swoją drogą... szkoda, że kitanki lisiej nigdzie nie wypatrzyliśmy. Co jest uzasadnione jej nocnym trybem życia... Ale spoko, torbacze czekają na mnie w Australii ;-)
Chodzimy teraz po odkrytych kamienistych przestrzeniach porośniętych z rzadka trawą. Na skałce przycupnęło dwoje młodych turystów: chłopak i dziewczyna. Wyglądają tak romantycznie na tle malowniczego jeziora Wanaka. Od razu przypomina mi się spotkana przez nas parę lat temu w Durmitorze rosyjska para. On grał na fujarce, ona śpiewała.
W oddali rozpoznajemy górujący nad okolicą Roy's Peak, który wczoraj zdobyliśmy; na lewo jezioro z kilkoma wysepkami pośrodku, a na pierwszym planie łagodne zbocza wzgórz. Gdzieniegdzie spośród kęp wysuszonej orlicy wyrastają krzaki przypominające jukę. Jest to jednak kordylina australijska (powiedziałbym: południowa), a jej pióropusze liści mogą zmylić podróżnika.
Mamy jeszcze trochę czasu, Sergiusz buduje piramidkę z kamieni, ja go fotografuję. Zjadamy jeszcze posiłek i powoli wracamy nad Diamond Lake. Cieszę się, że poznaliśmy ten zakątek!
– Patrz! Zatrzymuję się w miejscu a Sergiusz wskazuje grzyb rosnący pod rozłożystą paprocią. Bez słowa włączamy aparaty i zaczynamy sesję zdjęciową. Grzyb jest pojedynczy, niewielki, ale jaki! Fioletowy z żółtymi kropkami! Coś fantastycznego!
– Poczekaj, odgarnę liście – mówię.
Wygląda tak surrealistycznie, że zastanawiamy się, czy aby na pewno jest prawdziwy.
Obchodzimy wokół Jezioro Diamentowe szukając kaczek schowanych wśród szuwarów i wyschniętych trzcin i wychodzimy na główną drogę. Przy okazji rozmawiamy o patentach i prawie własności intelektualnej. Trzeba czasem z synem pogadać ;-)
Ustawiamy się na stopie i po chwili już siedzimy w samochodzie. Autostop, jak na razie, jest bezproblemowy. Kierowcą jest Francuz kiedyś ożeniony (a potem rozwiedziony) z pół-Polką. Los zawiódł go do Indonezji, a po latach zawędrował do Nowej Zelandii. Teraz jest tu na długich wakacjach, zwiedza. Przysłuchuję się z tylnej kanapy rozmowie Sergiusza z kierowcą i myślę, że poradziłby sobie tu sam.
– Tak, tato, bez problemu – powie później – Ale mało jest cywilizowanych, bezpiecznych, krajów, które jeszcze byłyby tanie...
W Queenstown Francuz długo parkuje wykonując szereg manewrów, by stanąć równo w szeregu swym długim samochodem.
– Tu są wysokie kary za złe parkowanie – usprawiedliwia się.
W hostelu zjadamy po zupce, odpoczywamy chwilę i ruszamy na kolejną wycieczkę. Celem ma być Mount Iron – charakterystyczna góra z płaskim grzbietem i – jak się okazuje – ze szlakiem tam prowadzącym. Znajduje się w odległości 3-4 kilometrów od hostelu, uznajemy więc, że będzie to miły spacerek na zakończenie dnia. Opuszczamy centrum miasta i maszerujemy wzdłuż ruchliwej drogi. Wkrótce jesteśmy na peryferiach Wanaka, szlak wiedzie obok łąki odgrodzonej od drogi szczelnym drucianym płotem. To konieczne, by kicające tu w dużych ilościach króliki nie dostały się pod koła pędzących samochodów. Chociaż... byłby to sposób na ograniczenie ich populacji – wszak nie mają tu naturalnych wrogów. Zdaje się, jedynymi ssakami przed dotarciem tu ludzi były tylko dwa gatunki nietoperza. Potem na łodziach Polinezyjczyków do Aotearoa dostały się tu świnie i... to wszystko. Resztę zawlókł na wyspy biały człowiek. Pochłonięci fotografowaniem królików nie zauważamy (albo bagatelizujemy, trudno rozstrzygnąć) tablice reklamowe zachęcające do odwiedzin Puzzling World – zabawnych, zdeformowanych i powywracanych domków, w których można doświadczać różnych iluzji optycznych.
– Nieważne, dla mnie to nic ciekawego – powie później Sergiusz.
Wspinamy się stromą ścieżką na grzbiet Żelaznej Góry. Sporo tu spacerowiczów; odnotowujemy też, że jogging cieszy się sporą popularnością w Nowej Zelandii. Płaska grzbietowa ścieżka doprowadza nas do wierzchołka z zestawem tablic edukacyjno-informacyjnych. Wieje zimny wiatr, dopinamy kurtki, zaciągamy kaptury. Długo tu nie zagrzejemy miejsca: przysiadamy na ławce i szybko zjadamy herbatniki.
Wracamy do hostelu. Zachodzące słońce zabarwia niebo nad Roy's Bay. Pomarańcz, żółć, szarość... Gdy zajdzie za górami, ich sylwetki zrobią się smolistoczarne, ale chmury nadal będą mienić się kolorami wieczoru. Z miejsca przypominają się zachody słońca nad Jeziorem Chubsuguł...
__________________
*/ Jak później sprawdziłem, w ciągu 90 lat historii Zimowych Olimpiad, Nowozelandczycy zdobyli tylko jeden (srebrny) medal. Polacy – dwadzieścia.