Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Lot nad Alpami | Długi powrót do domu
Dziś wracamy do domu. Co prawda to jeszcze kilkadziesiąt godzin lotu podróży, ale to już naprawdę końcówka trampingu. Zamierzamy opuścić ostatni odcinek z Wiednia do Pragi. Już przed wyjazdem doszedłem do wniosku, że łatwiej nam będzie wracać PolskimBusem z Wiednia. Musimy tylko dopilnować, aby bagaż wypakować w Wiedniu. Przy odprawie paszportowej podczas pobierania kart pokładowych tłumaczę sprawę.
– Chcemy nadać bagaż tylko do Wiednia, czy to możliwe?
– Tak oczywiście, sir – miła dziewczyna drukuje odpowiednie nalepki i wydaje nam karty pokładowe: Christchurch – Sydney, Sydney – Bangkok, Bangkok – Wiedeń, Wiedeń – Praga.
– Dziękujemy!
– Miłej podróży.
Mamy ostatnią okazję by rzucić okiem na ośnieżone oświetlone porannym słońcem Alpy Nowozelandzkie. Wracam do domu, zabierając z Nowej Zelandii inne, niż można by było się spodziewać, wspomnienia. To nie tylko gejzery, ale też i wilgotne lasy tropikalne, ale też i wysokie góry typu alpejskiego.
Do Sydney jest około 2000 kilometrów.
– Będziemy w Australii! – cieszy się Sergiusz.
– No, ale tylko na lotnisku; to się nie liczy...
Może kiedyś będzie mi dane wybrać się do Australii, może nawet z Sergiuszem pojedziemy na miesiąc, by pojeździć po interiorze. Zobaczymy. A na razie poznamy tylko lotnisko.
Wkrótce Sergiusz popada w drzemkę, widać nie wyspał się chłopak. Ja, oparty o okno, wypatruję kontynentu australijskiego. Zanim jednak tam się znajdziemy, przelatujemy nad Alpami Nowozelandzkimi. Ośnieżone szczyty błyszczą w porannym słońcu. Jestem zachwycony. Po dwóch godzinach lotu w oknie pojawia się rosnący z minuty na minutę brzeg szóstego kontynentu. Przelatujemy wzdłuż wysokiego, białego klifu, po chwili ukazuje się naszym oczom Zatoka Botaniczna i lądujemy.
Ponieważ jesteśmy w tranzycie, po wylądowaniu obywa się bez zbędnych formalności. Siadamy na godzinkę w hali odlotów, czekając na kolejny odcinek. O 10:00 startujemy do Bangkoku. To będzie długi lot. Przelatujemy nad Australią, Indonezją i Półwyspem Malajskim. Z niecierpliwością czekamy na śniadanie, a potem na obiad. Przy każdej okazji proszę o kawę i sok.
W Bangkoku będziemy mieć przerwę kilkugodzinną. Znów mi jest przykro, że Sergiusz nie będzie mógł zobaczyć w stolicy Tajlandii – po prostu nie zdążylibyśmy. Ale cóż! młody jest, będzie miał jeszcze niejedną okazję w życiu, aby polecieć do Indochin. O ile zechce. Ja w każdym razie w jego wieku nawet nie myślałem o podróżach poza Europą.
Międzynarodowe lotnisko Suvarnabhumi (BKK) w Bangkoku wita nas wielkimi figurami bogów i innymi kolorowymi stworami rozstawionymi w różnych miejscach hali odlotów. Szukamy darmowego internetu, chodzimy po sklepach i ogólnie nudzimy się. Lot do Europy, do Wiednia jest o godzinie 23:55. Nasze emocje związane z podróżą już opadają, myśli coraz częściej kierują się ku temu, co nas czeka w Krakowie: praca i nauka. Nudę lotu przerywają tylko, serwowane przez Austrian Airlines, posiłki.