Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16]
Lecimy na koniec świata! | Nasz plan na Nową Zelandię | Przez Wrocław do Pragi

"Paszport... pieniądze... karta kredytowa..." – w myśli wyliczam najbardziej niezbędne rzeczy dotykając po raz dziesiąty saszetki zawieszonej na szyi. Stoję w progu mieszkania z 10-kilogramowym plecakiem i próbuję sobie przypomnieć, czy czegoś nie zapomniałem. Wzdycham nad sobą. Nic się nie zmieniłem! Jak zwykle wszystko zostawiłem na ostatnią chwilę. Chociaż bilety na podróż na "koniec świata" kupiłem prawie rok temu, to do dnia wyjazdu nawet nie przeczytałem przewodnika po Nowej Zelandii. Chociaż było tyle czasu, to za kompletowanie ekwipunku wziąłem się dopiero przed paroma tygodniami. Stąd, jak zawsze, nerwy i stresy przedwyjazdowe. A zaczęło się wszystko tak:
Wróciłem z niedzielnego obiadu u mamy do domu, otworzyłem internet a tu na Fly4free promocyjne ceny lotów z Pragi do Christchurch (1900 PLN). Błyskawicznie sprawdziłem tamtejszą pogodę we wrześniu oraz kwestie wizowe i zadzwoniłem do Sergiusza.
– Chciałbyś polecieć do Nowej Zelandii?
– No...
– No to daj szybko numer paszportu!
W 10 minut później bilety były kupione.
Od początku wyjazd był obciążony dwiema okolicznościami: nie najlepszą porą roku i krótkością pobytu. Cóż, większość urlopu wykorzystałem już na początku roku jadąc na blisko miesięczny tramping po kilku krajach azjatyckich i w ten sposób pozostały mi w tym roku tylko dwa tygodnie wolnego. Z drugiej strony Sergiusz zaczyna studia w październiku, więc termin wrześniowy był nieprzekraczalny. Na miejscu będziemy zatem mieć 13 dni. Ze względu na wysokie ceny, starałem się zminimalizować koszty polując na tanie noclegi a przede wszystkim szukając tanich przejazdów autobusowych. Wynajęcie samochodu, aczkolwiek opłacalne, nie wchodziło w grę a korzystanie z autostopu nie mogło być podstawą naszego transportu ze względu na czas i porę roku.
Nowozelandzki wrzesień teoretycznie powinien odpowiadać polskiemu marcowi. Wiosenne temperatury, które oglądałem w sieci dla Christchurch, Wellington i Auckland nie były przerażające, niestety nie dość dokładnie przeanalizowałem pogodę w górach. Początkowo liczyłem na objazd obu wysp w miarę dokładnie, czyli łącznie z fiordami na południu i lodowcami na zachodzie oraz z Northland Peninsula na północ od Auckland. To jednak okazało się niemożliwe, gdy zapoznałem się cenami połączeń autobusowych. Cóż z tego, że w Naked Bus i Intercity na każdej trasie jest pula tanich biletów, skoro ta pula wynosi... jeden! W najlepszym więc przypadku mogłem liczyć na bilety po 50% pełnej ceny. Lepiej jest na Wyspie Północnej, gdzie operuje ManaBus – należący do tego samego konsorcjum, co PolskiBus. Ceny u tego przewoźnika są rewelacyjne – od 1 NZD (= 2.5 PLN), ale długo mi trzeba było czekać na uruchomienie sprzedaży biletów na okres wiosenny. Dodatkowym problemem do rozwiązania był transport pomiędzy wyspami. Prom okazał się nienormalnie drogi (70 NZD), skorzystaliśmy więc dobrych cen Jet Airlines.
Reasumując, trasa nasza po kraju kiwi została oparta na dostępie do tanich biletów i zapowiadała się następująco: Auckland – Christchurch – Queenstown – Wanaka – Tekapo – Christchurch – Wellington – Taupo – Rotorua – Hamilton – Tauranga – Auckland – Christchurch. Zanim jednak zobaczymy nowozelandzkie atrakcje na tej trasie musimy się dostać na praskie lotnisko, Nota bene, po raz pierwszy będę startował w podróż poza granicami Polski. W przypadku stolicy Czech logistyka jest akurat prosta: PolskiBus do Wrocławia i dalej do Pragi. A wszystko za... 35 PLN.
We Wrocławiu mamy 2 godziny przerwy, w sam raz, by coś przekąsić. Chwileczkę!
– Zapomniałem noża – jęczę.
– Ja wziąłem...
– Wolałbym, aby każdy z nas miał nóż. Przejdźmy się do sklepu, kupimy.
Jak na złość, do Biedronki i Lidla, gdzie można zrobić odpowiednie zakupy, jest spory kawałek od dworca. Zaopatrzywszy się w nożyk i napoje chłodzące na dalszą drogę, szybko wracamy na "tymczasowy" dworzec i niedługo później ruszamy do Pragi.
Przed wyjazdem zastanawiałem się, czy nie wyruszyć w drogę dzień, dwa dni wcześniej, aby spokojnie zwiedzić Wrocław, w którym dawno nie byłem a Sergiusz – w ogóle. Albo by przypomnieć sobie klimat Pragi. Miałoby to tę zaletę, że obeszłoby się bez stresów, czy nie spóźnimy się aby na samolot. W pamięci mam przecież ciężkie chwile, gdy pociąg z Zakopanego do Warszawy miał opóźnienie 6 godzin i trzeba się było ratować nocnym autostopem, by zdążyć na samolot do Sofii. Sergiusz był jednak temu przeciwny – wolał spędzić dzień przed komputerem.
Droga do Pragi zajmuje pięć godzin; zdaje się będzie to najczęściej pokonywana przeze mnie trasa, jako że w lutym lecę do Dubaju również ze stolicy Czech.
Zajeżdżamy na znajomy dworzec autobusowy, musimy przejść jeszcze przed budynek głównego dworca, skąd odjeżdżają autobusy na lotnisko. Spośród wielu opcji wybrałem linię ekspresową kupując bilety w sieci (po 5.5 PLN). W 30 minut później jesteśmy na lotnisku. Mamy półtorej godziny do odprawy.
– Chodźmy, tato, do McDonalda – słyszę.
Zgrzytam zębami. Jeszcze przed chwilą na dworcu autobusowym nie chciał jeść, a teraz jest już głodny? Na szczęście przybytek amerykańskiego zła jest już poza halą odlotów, w sąsiednim budynku, a obok znajduje się nawet hipermarket (Tesco). Liczymy więc na to, że ceny będą normalne. Tak jest w istocie i po chwili Sergiusz wraca z ciepłą bułką napakowaną serem i jakimiś warzywami. Wciąż nie mogę zrozumieć, co może być atrakcyjnego w takim jedzeniu.
– Sprawdźmy jeszcze pogodę w Queenstown – proszę Sergiusza widząc, że znalazł darmowe wi-fi.
Jest kiepsko. W najbliższych dniach deszcz, śnieg i temperatura w okolicach zera stopni.
– Przeżyjemy, mamy ciepłe ubrania – pocieszam syna.
Sergiusz ma skwaszoną minę. Wiem, że chodzi mu o zaplanowane noclegi w namiocie. Nie za bardzo uśmiecha mu się nocowanie na śniegu. Z tego powodu dokupiłem już jakiś czas temu drugi nocleg w hostelu w Queenstown. Natomiast w Wanaka zaplanowaliśmy dwie noce, w tym jedną pod namiotem.
– Chcesz żebyśmy spali obie noce w hostelu?
– T... tak.
Ech...! Niewiele oszczędzimy biorąc namiot ze sobą, jeśli większość noclegów będzie w hostelach – wzdycham. Sergiusz loguje się do swojej macierzystej (płatnej) sieci i dokupujemy nocleg w hostelu sieci Nakedbus.
– Ale w Tekapo idziemy już na nocleg w góry! Nie odpuszczę! – straszę.
Godzinny lot do Wiednia odbywa się "małym" samolotem turbośmigłowym. Na pokładzie znajduje się... dziesięciu pasażerów.
– Czytałem na Fly4free relację, której autor był jednym z trzech chętnych na ten lot – przypominam sobie.
Próbuję robić nocne zdjęcia Pragi i Wiednia, lecz widoki wychodzą rozmazane.
– Daj mi aparat – prosi Sergiusz. Ustawia wszystko jak trzeba i pstryka – Całkiem dobry ten samsung – stwierdza później.
Na lotnisku Schwechat w Wiedniu spędzamy niewiele czasu. Tym razem wsiadamy do dużego boeinga 772. O 23:20 odlatujemy. Sergiusz po raz pierwszy leci szerokokadłubowcem. Niestety, miejsca mamy pośrodku. Wystrojone na czerwono-biało stewardesy karmią nas przyzwoicie – dostajemy kolację a następnego dnia śniadanioobiad.