Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Tybetańskie warownie | W sympatycznym Kangdingu
No i prawie po bólu. Dziś będę w Kangdingu – najtrudniejsza część Syczuanu przejechana. A jutro Leshan! Inaczej mówiąc – droga z Xiningu do Leshan zajmie mi sześć dni. Miałem więcej szczęścia z połączeniami autobusowymi niż Małgorzata Maniecka, która potrzebowała o dwa dni więcej.
Te kilkanaście godzin, które dziś mam spędzić w autobusie już mnie nie przerażają – przyzwyczaiłem się. Obserwuję znów zmiany w architekturze domów. Tym razem w całości są murowane z kamienia polnego lub łupków, zewnętrzne ściany są starannie wyrównane. Główny budynek jest zazwyczaj dwupiętrowy z płaskim dachem, ewentualnie z wyjściem na taras. Okna są obramowane białymi kamieniami. Obok znajduje się ustawiony prostopadle budynek z pomieszczeniami gospodarczymi na parterze oraz z dużym otwartym hallem na piętrze. Płaski dach wspierają grube drewniane słupy. Pozostałe dwa boki podwórka ogrodzone są wysokim murem. W rogu znajduje się dodatkowo niska wieża-strażnica. Całość sprawia wrażenie warowni.
Wciąż jedziemy doliną nieznanej mi z nazwy rzeki. Mijamy kilka miasteczek: Kasa, Luhuo, Dawu... W autobusie jest kilku starszych mnichów, czasem mruczą modlitwy lub śpiewają swoje piosenki. Ilekroć mijamy jakiś klasztor, pokazują go mnisiej młodzieży i żywo coś opowiadają. Zbliżamy się do Daxue Shan – potężnego muru oddzielającego Tybet od nizin południowych Chin. Niestety pogoda jest mglista, popaduje drobny deszczyk. Widzę tylko najbliższe góry. Lecz wiem, że gdzieś tam – wśród tych niebotycznych szczytów – znajduje się święty Gongga Shan (7556 m n.p.m). Dziś go nie zobaczę, ale może jutro będę go podziwiać?
Ostatnie kilkadziesiąt kilometrów przed Kangding to znów piękna droga wzdłuż rzecznych przełomów. Przyznam, że nigdzie, nawet w Norwegii nie napatrzyłem się na rwące górskie rzeki tyle, co w Chinach. Droga raz zbliża się do rzeki raz prowadzi wysoko po zboczu, może kilometr ponad nią. Tak, Syczuan jest przepiękny!
W zapadających ciemnościach docieramy do Kangding. Chcę nocować w dworcowym hotelu, ale kasjerka gestem pokazuje, że nie mogę. OK, zresztą naganiaczka prowadzi mnie już do guest house'u w bloku. Gdyby nie brud na klatce schodowej byłoby równie sympatycznie jak u Bimby w Ułan Bator. Pokoik mam malusieńki, za to z olbrzymim łóżkiem. Przerzucam kilka kanałów w telewizorze i co widzę? Telewizja CCTV nadaje reportaż z... Krakowa :-))
Wieczorny spacer po mieście. Kangding przypomina mi Karpacz lub Szklarską Porębę z gęstą, wysoką zabudową wzdłuż wąskiej doliny. Rzecz jasna wszystko na skalę chińską: budynki są tu 10-piętrowe a zbocza kilometrowe... Ale mimo tej miejskiej brzydoty – nie do uniknięcia przecież przy tutejszym bałaganiarstwie i syfieniu – miejscowość mi się podoba. Kupuję trochę pamiątek: nóż tybetański i muzykę na CD.