Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23] [24] [25] [26] [27] [28] [29] [30] [31] [32] [33] [34] [35] [36] [37] [38] [39] [40] [41] [42] [43] [44] [45] [46] [47-48]
Inostraniec kupuje bilet | Oglądam chramy w Charkowie | Gonię za pociągiem | Tatiana
Po ciemku rozłożyłem się w kupe, trochę obmyłem i ległem na śpiworze. Wreszcie dorwałem się do mojej kawy. Pociąg wlókł się niemiłosiernie, dojechałem do Charkowa dopiero o 10:20. Rano zdążyłem jeszcze wyprać przepoconą koszulkę i z pewną podejrzliwością zjadłem kanapki jeszcze z Krakowa.
Dworzec tu równie monumentalny, jak w Kijowie, ale krótsze kolejki świadczyły o prowincjonalnym charakterze miasta. Zaliczyłem dwa nieudane podejścia do zwykłych kas: nie obsługują obcokrajowców (przynajmniej chcących kupić bilet do Rosji). Skorzystałem więc z kas międzynarodowych dla cudzoziemców w klimatyzowanym pomieszczeniu (należy wejść bez kolejki!). Bezpośredni pociąg do Biełgorodu był dopiero o 14:55 – poprzedni odjechał, gdy wjeżdżałem do Charkowa. Wówczas nie wiedziałem, że są jeszcze inne pociągi do Biełgorodu: elektriczki – takim właśnie jechała Małgorzata Maniecka, ale: 1o w głównym budynku nie było ich na rozkładzie i to mnie zmyliło, 2o w kasach podmiejskich pannica wpuszczająca na peron powiedziała, że jako inostraniec i tak musiałbym iść po bilety tam, gdzie byłem. Tak czy owak, miałem przed sobą trzy godziny oczekiwania. Zaczepiona przed dworcem panienka zbyła moje pytanie o interesujące miejsca w Charkowie propozycją wycieczki objazdowej po mieście.
Rzeczywiście, na placu stał gotowy właśnie do odjazdu przedpotopowy grat, cena zwiedzania czterech chramów – 15 hrywien – niewiele więc myśląc zdecydowałem się na wycieczkę.
Przewodniczka była z gatunku tych nawiedzonych religijnie i od czasu do czasu pozwalała sobie na cerkiewne nauki. Co jest jak najbardziej zrozumiałe, biorąc pod uwagę ogrom pracy nad zateizowanym postradzieckim społeczeństwem. Moje wyrzuty sumienia, że uczestniczę w czymś zorganizowanym znikły, gdy zobaczyłem na jak rozległym terenie leżą te najcenniejsze cerkwie. Na tyle cenne, że kobieciny pilnujące chramów rzucały się na każdego robiącego zdjęcia wewnątrz. No, bo taki z aparatem to może potem mieć zinwentaryzowane ikony do kradzieży... Zaczęliśmy od cerkwi Trioch Swiatitieliej (Trzech Hierarchów), potem był Sobor Swiatoozierianskij, dalej biała Cerkiew Swiatopokrowskaja z błyszczącymi w słońcu złotymi kopułami. Tour zakończyliśmy przy Cerkwi Zwiastowania (Archanioła).
Muszę powiedzieć, że większość tych chramów poza Cerkwią Zwiastowania nie wyglądała zbyt atrakcyjnie na zewnątrz. Co innego w środku – wyciągnięte z jakichś NKWD-wskich magazynów ikony, pełne złoceń elementy wrót carskich, wrót diakońskich, odświeżone malunki i freski na ścianach. Było na co popatrzeć... Ale i tak zwracałem większą uwagę na nastrój i ludzi (i oczywiście trzaskałem zdjęcia bez flesza).
Pociąg do Biełgorodu wypełnił się szybko pasażerami; podczas odprawy ukraińskiej zostałem uhonorowany zaproszeniem na oddzielną ławeczkę ;-)
Zieloni panowie podumali, podumali, pooglądali wszystkie wizy, wypytali o profesję (zwykle mówię, żem nauczyciel). Sytuacja z powtórzyła się z niebieskimi panami w Biełgorodzie, dokąd dotarłem po półgodzinnym postoju nie-wiadomo-po-co. W dworcowej kasie zacząłem rzucać nazwami różnych miast w Rosji, dokąd mógłbym się ewentualnie udać. W końcu pani z uśmiechem powiedziała, że pociąg do Woroneża właśnie odjeżdża, biletów nie sprzeda, bo i tak nie zdążę.
Zdążyłem. Prowadnikowi wysapałem, że nie mam biletu i bez tchu padłem na leżance. Tym razem – jak można się było spodziewać – nie zasiliłem budżetu RŻD (150 RUB). Jak to dobrze, że miałem ruble z zeszłego roku!
Po krótkiej rozmowie z sympatycznym Rosjaninem, który pokazał mi przez okno czołgi na miejscu sławnej bitwy kurskiej (trzecie "pole" Rosjan po Borodino i Kulikowym Polu) i udałem się do Tatiany – naczelnika pociągu.
– Ja w Kitaj, a u was raspisanije pojezdow. Pomagite mnie najti sojedinienie w Nowosybirsk.
– Podażditie. Da, jest priamoj pojezd w 15:40
– Spasiba. A tiepier u mienia samyj ważnyj wopros. Jest u was takaja włast' cztoby zabronirowat' etot bilet dla menia?
Wróciłem do swojego wagonu w dobrym nastroju. Pogadałem z młodym żołnierzem na przepustce i usiłowałem usnąć w parnej atmosferze płackartnego wagonu. Wkrótce się przekonałem, że ten wagon to prywatny biznes prowadnika: praktycznie nikt tu nie ma biletów, płacą 80–90% ceny biletów. W innych wagonach aż biało od pościeli – tu nikt z niej nie korzysta. Ludzie jadą po kilka przystanków i wysiadają.
Od euforii do załamania krótka droga. O 23:00 przyszła naczelnik pociągu i powiedziała, że zamówiła dla mnie kupe za 4500 rubli. Z "usługami". Innych biletów brak... A niech to! To więcej niż cała zeszłoroczna droga do Mongolii. Otkazałem bronirowku. Prowadnik pocieszał mnie później, że bilety się znajdą, ale... Pożiwiom, uwidim...