Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
Niezbyt smaczne śniadanie | Jedziemy do Tajpej | Dorosłe dzieci się bawią | Telewizor w łazience? | Ponure rozdziały historii Tajwanu | Hala Pamięci Czang Kaj-szeka | Bohater czy zbrodniarz? | To trzeba zobaczyć!
Poranek. Zrywam się i od razu podchodzę do okna. Niebo jest częściowo zachmurzone, ale nie pada. Mam nadzieję, że dzień będzie pogodny. I udany!
– Ciekawe, czy śniadanie dla nas jest gotowe? – zastanawiam się później.
– Schodzimy na dół?
– Jestem gotowy.
Śniadanie zostaje jednak podane na… klamce.
Na zewnętrznej klamce ktoś zawiesił woreczek z naszym posiłkiem.
– Co my tu mamy? – mruczę, śmiejąc się trochę.
Śniadanie jest nad wyraz skromne, wygląda cokolwiek żenująco. Dwie trójkątne kanapki z serem i dwa kartoniki (0,2 l) ze smakowym mlekiem.
– Wypiję jednak herbatę – stwierdza Renata po zapoznaniu się z chińską etykietą na opakowaniu mleka.
Wie, co robi. Napój jest obrzydliwy i zdaje się nie zwiera krowiego mleka. Może to mleczko kokosowe?
Po śniadaniu idziemy na spacer. Chyba oboje czujemy niedosyt kontaktu z podzwrotnikową przyrodą. Najchętniej poszedłbym na trek po okolicznych górach. Brak na to jednak czasu. Tym razem skręcamy w lewą (wschodnią) stronę. Idąc nadbrzeżną ścieżką, spotykamy porannych spacerowiczów. Są też ptaszki i motyle.
– Dwa kilometry dalej jest świątynia Wenwu (文武廟), największa po tej stronie jeziora – mówię, patrząc na mapę.
– Zdążymy tam dojść?
Mamy godzinę do odjazdu autobusu. Wychodzi na to, że musielibyśmy biec z powrotem po plecaki pozostawione w hotelu. Odpuszczamy.
– Te wszystkie świątynie są do pewnego stopnia podobne do siebie… – zauważam.
– Tak, tak! – żywo potwierdza Renata.
– Chodźmy w zamian do ogrodu bambusowego. To niedaleko.
Bamboo Rock Garden okazuje się niewielkim zagajnikiem na zboczu wzgórza. Poza widokami na jezioro nic ciekawego tu nie ma.
– Wracamy!
Bilety do Tajpej są po 484 TWD. W grupie kilku chętnych ustawiamy się na przystanku. W międzyczasie podjeżdża autobus do Taichung i zaczynam zastanawiać się, czy nie lepiej było tam przesiąść się na pociąg lub autobus do stolicy. Wczorajszy autobus nad jezioro kosztował 161 TWD, czy transport z Taichung do Taipej byłby tańszy od.. zaraz, zaraz… od 320 TWD? Niestety mam tendencję do nadmiernego roztrząsania wszystkich opcji. Renata po prostu uznaje, że bilety są kupione i nie ma co nad tym dalej myśleć. No właśnie!
Jedziemy. Tłoku nie ma. Każde z nas ma dwa miejsca do dyspozycji.
– A wiesz, że ci z przodu to Polacy? – zwraca się do mnie Renata.
– Skąd wiesz? – głupio pytam.
– Słyszałam, jak rozmawiali przy wejściu.
– Pogadam z nimi.
Witam się z młodą polską parą. Chwilę rozmawiam, pytam ich przy okazji, czy brali udział w loterii. Nie, pierwszy raz o niej słyszą. Okej.
– Chcieli kupić bilet u kierowcy przy pomocy T-passa – mówi Renata. – Ale kierowca odesłał ich do kasy.
Droga do Taipei zajmie nam 4 godziny, to około 200 km. Jedziemy przez tereny silnie zurbanizowane i wciąż jestem pod wrażeniem ilości estakad i wiaduktów pobudowanych w tak sejsmicznym regionie. Zatrzymujemy się tylko na moment na stacji benzynowej.
Pochmurna pogoda utrzymuje się, choć w pewnym momencie zaczyna nawet kropić deszcz. Mam nadzieję, że aż tak źle nie będzie przez ostatnie dwa dni. Zanim dojedziemy do stolicy, przejeżdżamy przez New Taipei, 4-milionowe miasto, które powstało na lewym brzegu rzeki Tamsui (Dànshǔi Hé). Przez moment, przejeżdżając mostem, mamy możliwość spojrzenia na panoramę miasto. Chociaż tu i ówdzie wyrastają wyższe wieżowce, to brak tu lokalnego „Manhattanu”. Nie dostrzegam również sławnego budynku Taipei 101. Na razie mamy jednak inną sprawę do załatwienia: nocleg.
Zanim wydostaniemy się z dworca, z tej plątaniny podziemnych i nadziemnych pasaży, ciągów handlowych i gastronomicznych, trafiamy na część rozrywkową z automatami. Te urządzenia, zwane po polsku ponoć łapkami szczęścia (ang. toy crane lub claw machine) są spotykane i u nas, ale nie w takich ilościach! Wzdłuż długich korytarzy, po obu stronach ciągną się dziesiątki, jeśli nie setki żółtych automatów. Po wrzuceniu żetonu lub monety, należy w krótkim czasie z pomocą chwytaka sterowanego dżojstikiem złapać przedmiot umieszczony za szybą. Może to być maskotka, pluszak lub laleczka, może to być paczka chipsów lub cukierków, może to być Kinder-niespodzianka. Ale też można wyłowić ręczniki papierowe a nawet proszek do prania. Przed wieloma automatami stoją chętni do sprawdzenia swych umiejętności manualnych. Co zaskakujące, nie są to 10-letnie dzieciaki, lecz (na ogół) młodzież „studencka”. Ale zdarzają się i 30-latkowie. Widać skupienie na ich twarzach, zaangażowanie i radość, gdy uda się coś chwycić. Niesamowite! Teraz już wiem, skąd tak dużo maskotek przytroczonych do plecaków i toreb dorosłych ludzi…
Zaznaczyłem wczoraj na mapie Maps.me lokalizację kilku lepszych (czytaj: droższych) hoteli przy dworcu, które znalazły się na liście Lucky Land Lottery.
– Będziemy chodzić od jednego hotelu do drugiego i pytać, czy faktycznie akceptują vouchery – zapowiedziałem.
– Bylebyśmy tylko nie chodzili z bagażami do wieczora – zastrzegała się Renata.
Pierwsze miejsce to Roaders Plus Hotel. Chociaż ma cztery gwiazdki i światowy wygląd, to pojawia się problem z dogadaniem po angielsku. Proszę o udostępnienie WiFi i pokazuję w komórce stronę loterii.
– No sorry, sorry no.
W porządku: nie to nie.
Parę ulic dalej znajdować się na hotel Green World Taipei Station. I chociaż kręcimy się przez dobry kwadrans w obrębie kilku ulic, hotelu nie mogę dojrzeć. Zapytani miejscowi też bezradnie rozkładają ręce.
– O, przecież to tam! – woła Renata.
Faktycznie, 50 metrów dalej, pod podcieniami wisi skromny napis „World Green Hotel”. Hol w hotelu okazuje się jednak godny czterech gwiazdek, zaraz się przekonamy, jakie będą pokoje.
– Dzień dobry, akceptujecie vouchery loterii „Lucky Land”?
– Tak, oczywiście, proszę pana.
– Chcemy wydać do 10 000 dolarów na dwa noclegi…
– Zaraz sprawdzę wolne pokoje.
Pokoje dla nas się znajdą, chociaż nie udaje mi się wynegocjować niewielkiej zniżki dla pokoju o cenie przekraczającej 5000 TWD za noc.
– To będzie ze śniadaniami? – upewnia się Renata.
– Tak, proszę pani.
Wsiadamy do windy, lecz ta nie chce ruszyć. Dopiero kolejny gość hotelowy uświadamia nas, że musimy użyć karty hotelowej. Trudno mi ocenić, czy takie rozwiązanie zaczyna być powszechne, bywam rzadko w lepszych hotelach.
Pokój jest wypasiony, ma ze 30 metrów kwadratowych, a łóżko jest szersze niż dłuższe. Łazienka również duża ze szklaną ścianką otwierającą się na pokój. O tym, że można użyć żaluzji, przekonują się później, gdy Renata informuje mnie, co widziała.
– Masz ochotę na herbatę? – pytam.
– Tak, poproszę.
Renata wychodzi do łazienki, ja stawiam wodę.
– A co tu jest? – słyszę głos z łazienki.
Przy wannie widać czarny ekran.
– No, telewizor. Chyba to normalne – odpowiadam z udawanym tonem bywalca hoteli czterogwiazdkowych.
Udało się nam z tą loterią! Wciąż jednak czuję gorycz spowodowaną wysokim kosztem interwencji telefonicznej na Bookingu w hotelu w Kuala Lumpur.
– No, myślę, że jesteś zadowolona z tego pokoju – mówię, popijając kawę.
– Tak, bardzo!
– Mam nadzieję, że uda się bezkosztowo odwołać zarezerwowane wcześniej tamte dwa noclegi w Taipei.
Przebieramy się i idziemy do miasta.
– Najpierw coś zjemy, bo byłaś głodna – proponuję.
Zagłębiamy się w plątaninę uliczek starszej części miasta. Dochodzimy do zaułków z targiem owocowo-warzywnym, tu również serwują ze straganów jedzonko.
– Wolałabym gdzie indziej – słyszę.
– Oczywiście.
Po kwadransie znajdujemy satysfakcjonujące miejsce o nazwie „Taiwan Vege-food”. Knajpka oferuje obiadowy stół szwedzki, jedzenie jest na wagę (850 TWD za kg). Nakładamy sobie sami. Ja biorę co bardziej kaloryczne lub egzotyczne rzeczy: jakąś zieleninę, wysmażone twarde skórki, dziwne fioletowe i miękkie warzywa, smażone orzeszki, cięte na paski żółte warzywa i masę innych tajwańskich przysmaków. Nie wiem, jak będą smakować, muszę się przekonać! Płacimy mniej więcej po 100 TWD za tackę.
– Dobre było – podsumowujemy obiad.
Jest już po 16:00, najwyższa pora, by zacząć zwiedzać miasto.
Jak się wydaje, mauzoleum Czang Kaj-szeka, obok budynku Taipei 101, jest obowiązkowym punktem programu zwiedzania stolicy Tajwanu. Muszę przyznać, że do tego chińskiego generalissimusa miałem „od zawsze” negatywny stosunek – ze względu na to, że doprowadził do podziału Chin i narodu. Czy to samo mogę powiedzieć o Mao Zedongu? Raczej nie. Komunistyczny przywódca, jakby nie patrzeć, walczył z Japończykami w obronie niepodległości swego kraju, zaś Czang Kaj-szek zabrał w 1948 roku skarby z Zakazanego Miasta i uciekł na Tajwan.
Do mauzoleum moglibyśmy podjechać metrem, to trzy przystanki z przesiadką. Szybciej dostaniemy się tam pieszo, to niecałe dwa kilometry od naszego hotelu. Zanim dojdziemy do olbrzymiego placu Wolności, przechodzimy przez niewielki park Pokoju (228 Peace Memorial Park). Tu znajdują się fotogeniczne stawy z mostkami oraz sporych rozmiarów nowoczesna abstrakcyjna rzeźba. Ma postać połączonych ze sobą sześcianów ze sterczącą z nich wysoką iglicą. Na pierwszy rzut oka – nic nadzwyczajnego. A jednak! Ta rzeźba, znana jako 228 Massacre Monument, jest ważnym symbolem dla mieszkańców. Upamiętnia wydarzenia z roku 1947 – antyrządowe niepokoje społeczne zakończone śmiercią 20 tysięcy protestujących i otwierających okres Białego Terroru.
– Wszystko przez papierosy! – zauważam.
– To znaczy?
– Iskrą, która zapoczątkowała wybuch rozruchów, było zdarzenie na targu w Tajpei, kiedy to inspektor Kuomintagu pobił handlarkę sprzedającą nieopodatkowane papierosy.
Notabene rzeźbę zaprojektował tajwański architekt Cheng Tzu-tsai oskarżony ongiś o próbę zamordowania jedynego syna Czang Kai-szeka. Takich miejsc upamiętniających te ponure czasy na Tajwanie jest więcej. I jest to zrozumiałe, gdyż okres represji ciągnął się do roku 1987 (40 lat!) i przyniósł kilka tysięcy straconych osób, nie licząc 140 tysięcy uwięzionych. To mniej więcej tyle ofiar reżimu, co w okresie stalinizmu w Polsce.
Mieszkańcy stolicy korzystają z utrzymującej się, choć niepewnej, pogody i spędzają popołudnie w tej zielonej enklawie. Staruszki na ławkach, matki z dzieciakami bawiącymi się opodal. Przypomniał mi się właśnie park w Kunmingu w Chinach kontynentalnych, gdzie spotykałem Chinki paradujące po parku w "piżamach" – jednobarwnych spodniach i koszulach z cienkiego materiału. Tutaj ludzie wyglądają zwyczajnie.
Mijamy budynek Taipei 228 Memorial Museum i za zakrętem ukazuje się na rondzie brama JingFu (景福門). Stąd już tylko parę kroków do naszego celu. Przed nami wielka, pięcioprzęsłowa Brama Jedności (Gate of Integrity, 大中至正) zamykająca plac Wolności od zachodu. Wznosi się na wysokość 28 metrów i w przeciwieństwie do tradycyjnych czerwonych paifangów jest pomalowana na biało. Przechodzimy na drugą stronę i oczom naszym ukazuje się duży, 25-hektarowy plac, na końcu którego wznosi się Sala Pamięci Chang Kai-szeka. Nie sposób znów nie nawiązać do widoków z placu Tian’anmen. Podobnie jak w Pekinie i tutaj plac otoczony jest budynkami użyteczności publicznej. Zbudowane w 1987 roku w „chińskim” stylu, na pierwszy rzut oka kojarzą się ze świątyniami. Bo i są to „świątynie kultury”: z lewej strony budynek Narodowej Sali Koncertowej, po prawej identyczny w charakterze i kształcie budynek Teatru Narodowego. W ciągu ostatnich lat występowali tu najsławniejsi kompozytorzy i śpiewacy tacy jak tenorzy Plácido Domingo, José Carreras i Luciano Pavarotti, organista John Walker, sopranistka Jessye Norman i Barbara Hendricks. To tu można było posłuchać największych orkiestr filharmonicznych i symfonicznych z Wiednia, Berlina i Szanghaju.
Ku mojemu zaskoczeniu nie ma tu tłumów, może ze względu na porę dnia i panujący upał, może ze względu na sam charakter miejsca. Ponoć w niedziele i święta odbywają się tu czasem parady, co roku, w pierwszą pełnię (symbolizującą jedność i doskonałość) księżycowego Nowego Roku urządzane tu jest Święto Latarni (元宵节)*/, a często plac jest miejscem manifestacji lub protestów, organizowanych między innymi przez ruch Dzikich Truskawek (野草莓運動), a wcześniej przez ruch Dzikich Lilii (野百合學運).
– Która godzina – pytam.
– 17:30
– Spóźniliśmy się trochę. Ostatnia zmiana honorowej warty była o 17:00**/.
– Trudno. Ważne, żebyśmy weszli do mauzoleum.
Hala Pamięci Czang Kaj-szeka wzniesiona jest na podwyższeniu utworzonym z trzech wielkich tarasów. Zwężające się ku górze i pozbawione okien mury czworobocznego białego budynku nasuwają skojarzenia ze środkowoazjatycką twierdzą. Czerwona iglica wieńczy ośmiokątny dach pokryty granatowymi dachówkami. Trzeba przyznać, że styl budynku i stojącej naprzeciw Bramy Jedności są doskonale zharmonizowane.
Do budynku prowadzą dwa rzędy imponujących schodów rozdzielonych rzeźbionym panelem z białego marmuru. Nie sposób nie zauważyć podobieństwa do wejść znanych z chińskich cesarskich pałaców lub wielkich świątyń buddyjskich. A to już zakrawa na „boski” rys upamiętnianej osoby. Na końcu 89-stopniowych schodów znajduje się brama wejściowa. Jest otwarta i zaprasza do środka. Wchodzimy.
Wewnątrz olbrzymiej sali, w centralnym miejscu naprzeciw wejścia znajduje się wykonany z brązu duży pomnik Chang Kaj-szeka. Rozparty na fotelu wieloletni przywódca Tajwanu wygląda niczym rzymski cesarz na tronie. Takie przedstawienie dyktatora musi wzbudzać ambiwalentne odczucia, przynajmniej wśród obrońców demokracji w Republice Chińskiej. W pomieszczeniu panuje cisza, wartę trzyma dwóch żołnierzy w białych mundurach.
– Niedługo usuną ten pomnik – mówię do Renaty.
– Dlaczego?
No cóż. W wielu krajach wielu przywódców zostało upamiętnionych w różny sposób. Na ogół są to liczne pomniki, do najbardziej monumentalnych należą grobowce i mauzolea. Czasem tak spektakularne jak piramidy w Gizie, czasem tak pięknie jak Tadż Mahal w Agrze. Czasem budowa tych mauzoleów jest aktem politycznego poparcia, jak w przypadku mauzoleum Lenina (Moskwa), Mao Zedonga (Pekin), Ho Chi Minha (Hanoi) czy Envera Hodży (Tirana). Czasem wyrazem rzeczywistego uznania zasług przez naród, jak choćby w przypadku Kopca Kościuszki i Piłsudskiego (Kraków). Hala Pamięci Chang Kai-szeka należy do tych kontrowersyjnych „narodowych pamiątek”***/. Próbowano ją nawet przemianować na Halę Pamięci Demokracji Tajwańskiej, usuwano również inskrypcje z Bramy Jedności, ale były to tylko partyjne przepychanki.
– Od ładnych paru lat na Tajwanie usuwane są pomniki Chang Kai-szeka – wyjaśniam. – Było ich tu więcej niż pomników Stalina w Polsce. Zostało jeszcze do usunięcia około siedmiuset…
– W Polsce też jedne pomniki są niszczone a inne stawiane…
– To dla mnie zawsze przykre sprawy. Trudno mi się czasem pogodzić z usuwaniem z historii państwa i z pamięci narodu różnych postaci, które przecież istniały i odgrywały znaczną rolę.
W Brukseli do dnia dzisiejszego stoi konny pomnik Leopolda II Koburga (1835-1909), króla belgijskiego. A przecież to jeden z największych zbrodniarzy świata, odpowiedzialny za wymordowanie 6 milionów Afrykanów. W Chile wciąż w przestrzeni publicznej obecny jest Pinochet, a różne fundacje starają się o budowę kolejnych pomników krwawego dyktatora. W Orle (Rosja) postawiono parę lat temu pomnik Iwanowi IV Groźnemu (1530-1584), jednemu z najkrwawszych tyranów Europy. Węgrzy nie wykreślają ze swej historii Włada Palownika, księcia hospodarskiego, zwanego też Drakulą. Chociaż kazał wbić na pal kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wciąż jest oglądany na dziesiątkach pomników rozsianych po Węgrzech i Rumunii. Jakże niewinnie wyglądają dokonania stawianego dziś na piedestały Stefana Bandery…
Hala Pamięci otwarta jest do godziny 18:00, musimy się pospieszyć, jeśli chcemy wejść do środka. Główne wejście znajduje się po prawej, południowej stronie budynku. Tu odwiedzających zdecydowanie więcej. W klimatyzowanych salach zgromadzono sporo pamiątek po tajwańskim przywódcy, a przedstawione na tablicach informacje opowiadają obowiązującą obecnie wersję historii jego rządów. Czarno-białe fotografie pokazują tłumy wiwatujące na cześć generalissimusa, jego spotkania z innymi przywódcami. Możemy zapoznać się z kolekcją odznaczeń wręczonych Chang Kaj-szekowi, a także sprawdzić stan mundurów i garniturów. Duże zainteresowanie wzbudzają, jak zawsze, wielkie czarne cadillaki, którymi jeździł. Na koniec oglądamy samego dyktatora, a raczej jego figurę woskową posadzoną za biurkiem w odtworzonym gabinecie.
Wystarczy tej historii. Chcemy teraz podjechać pod drugi symbol miasta – budynek Taipei 101. Przechodzimy przez parkową część placu Wolności. To miejsce spotkań staruszków grających w go oraz osób trenujących taekwondo lub tai-chi. Dziś ich nie dostrzegam, oglądamy za to kolorowe nishiki-goi zwane też krótko koi. To po prostu ozdobna forma hodowlana karpia brokatowego (Cyprinus carpio). Duże, nawet 70-centymetrowe ryby pływają w tutejszych stawkach. Są pomarańczowe, biało-czarne, łaciate lub nakrapiane. Z tym japońskim „wynalazkiem” pochodzącym jeszcze z epoki Edo spotkałem się już wielokrotnie w różnych krajach.
– Tu gdzieś powinna być stacja metra – sprawdzam położenie na Maps.me.
Budynek Taipei 101 położony jest w handlowej dzielnicy Xinji. Podjeżdżamy czerwoną linią metra, to tylko 5 przystanków.****/
Gdy wychodzimy z przejścia podziemnego, nad naszymi głowami ukazuje się sławny budynek. Z tej perspektywy nie robi na nas większego wrażenia. Na tle zachmurzonego nieba widzimy nierówną, skokowo układającą się fasadę drapacza chmur.
– Musimy odejść dalej od budynku.
Dopiero po oddaleniu się widać ogrom budynku. Gdy powstał 20 lat temu (2004), został przyjęty przez świat z zachwytem i jednocześnie uzyskał miano najwyższego wieżowca na świecie. Tym samym zepchnął na drugą pozycję bliźniacze wieże Petronas, które oglądaliśmy parę dni temu. Można być pełnym uznania dla chińskich architektów i inżynierów, którzy odważyli się postawić tak wysoką konstrukcję w obszarze sejsmicznie aktywnym. 101-piętrowy budynek został zbudowany w iście stachanowskim tempie w latach 1999-2004. Nie przeszkodziło nawet trzęsienie ziemi, które spowodowało upadek dźwigu z 56 piętra. Obecnie konstrukcja stabilizowana jest 700-tonowym wahadłem zawieszonym w okolicach 90 piętra, które przeciwdziała podmuchom wiatru i wstrząsom sejsmicznym.
Podoba mi się zarówno postmodernistyczny styl nawiązujący do chińskich pagód jak i sama szklana szmaragdowa elewacja. Co osiem pięter umieszczono na fasadzie olbrzymie ruyi – tradycyjne chińskie berło. Notabene ruyi służyło pierwotnie jako… drapaczka do pleców.
Robimy sobie parę zdjęć na tle wieżowca i zaglądamy do środka. W tej części budynku urządzono galerię handlową. Kupować nic nie będziemy, przechodzimy na stację metra i wracamy do centrum. Renata wciąż jest pod wrażeniem porządku przy wsiadaniu do wagonów. Wymalowane ścieżki, na których ustawiają się pasażerowie oraz ruchome barierki umożliwiające wejście do pociągu widziałem już w Japonii. Ale i tak ta organizacja robi wrażenie. W pamięci mam dwa obrazki: jeden z pierwszego trampingu po Europie (1992), kiedy to w Utrechcie na przedmieściach ustawiała się na przystanku równa kolejka pasażerów czekających na autobus. I drugi – z dworca kolejowego w Brześciu (2004), kiedy to hordy Białorusinów atakowały pociąg. Czy te różnice w zachowaniu mieszkańców wynikają z rozwoju cywilizacyjnego państwa? Cech narodowych?
– Popatrz na tego chłopaka – wskazuję gestem 25-latka siedzącego naprzeciw. – Ma przytroczoną do torby maskotkę. W Japonii często spotykałem różne misie i laleczki przywiązane do szkolnych toreb nie tylko u uczniów, ale i dorosłych mężczyzn. Bo chyba w 25 roku życia jest się już dorosłym? Wygląda na to, że kultura kawaii dotarła i tutaj.
Jest już noc, gdy wysiadamy w centrum. Nie spieszymy się do hotelu. Neony, wielkie ledowe bannery, podświetlane lampiony. Muzyka i zapachy dolatujące z knajpek, warkot motocykli i szum hybryd. Tajpej długo jeszcze nie zapadnie w sen.
_________________________
*/ W tym roku święto przypadło 24 lutego.
**/ Szkoda, bo to była jedna z ostatnich okazji oglądnięcia zmiany warty. Tydzień wcześniej Ministerstwo Kultury ogłosiło usunięcie wojskowej warty honorowej z placu w ramach działań mających na celu powstrzymanie promowania „kultu jednostki” wokół Czang Kaj-szeka i „autorytaryzmu”.
***/ Co prawda dyktator został (chwilowo!) pochowany w mauzoleum Cihu (koło Taoyuan), ale Hala Pamięci jest czasem określana jako Mauzoleum, a nawet Grobowiec Chang Kaj-szeka.
****/ Na stacji metra konsultowaliśmy się w kwestii T-passów. Jak się okazało, 3-dniowa karta może obejmować przejazdy albo na metro albo na całą komunikację miejską – ale nie działa na trasie do Yehliu lub Jiufen. Wyszło na to, że wieloprzejazdowe karty są dla nas nieopłacalne.