Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21]
"Zabrałaś moją ładowarkę?" | Zakorkowane miasto | Czy wjedziemy do Malezji? | Zbyt słodka kawa | Renata zachwyca się palmami | Booking.com czy hotel: kto zawalił?
Nasz samolot do Singapuru odlatuje o 11:35. Jest wystarczająco dużo czasu, by spokojnie zjeść śniadanie i przetransferować na lotnisko. Korzystać będziemy z ważnego wciąż 24-godzinnego biletu na S-Bahna.
Zastanawiam się, jaki będzie ten tramping? Czy odbędzie się bez problemów, czy przyniesie jakieś przygody i satysfakcję z wyjazdu. Z pewnością nie jest to wyjazd z tych długo wyczekiwanych. Poruszać się będziemy po regionach i krajach częściowo mi znanych; nowością, jak wspomniałem, będzie Tajwan. Jestem niezadowolony z niezbyt optymalnego przygotowania lotów i trasy. I oczywiście trochę tęsknię za dawnymi czasami, kiedy można było na większym luzie wybierać trasę bez wcześniejszego bukowania hoteli. Można powiedzieć, że te moje pytania są w pewnym sensie zbędne. Bo przecież zawsze z trampingów wracam zadowolony i praktycznie zawsze wszystko przebiega bez problemów. A nawet jeśli wydarzą się nieoczekiwane sytuacje, to kwalifikuję je później do przygód wartych wspomnienia.
Tuż przed odlotem, już po przejściu za bramkę, bierzemy jeszcze zapas wody na drogę. Odlatujemy planowo.
Po trzech godzinach lądujemy w Atenach. Określenie „międzylądowanie techniczne” podane nam przez Booking.com jest trochę mylące, opuszczamy bowiem samolot. Część pasażerów lecących do Singapuru gromadzi się przy bramce w hali odlotów, część leci do innych miast.
– Poszukam gniazdka – mówi Renata, dla której priorytetem jest naładowana komórka.
Początkowo, ze względu na niewielką liczbę gniazdek, podłącza się do czyjejś ładowarki, potem znajduję dla niej inne gniazdko bliżej bramki. Przerwa w locie trwa około godziny. O 16:20 pasażerowie ładują się na pokład.
– Zabrałaś ładowarkę? – pytam, sadowiąc się w fotelu.
– Nie. A to była twoja?!
Wzdycham.
– Tak, moja. Poczekaj, spróbuję ją odzyskać.
Niestety, wyjść z samolotu już nie mogę. Steward dostaje opis ładowarki i biegnie do bramek. Za drugim razem, po dodatkowych instrukcjach, wraca zasapany.
– To ta?
– Tak! Dziękuję bardzo! Naprawdę! – cieszę się z odzyskanej zguby.
Startujemy. Przed nami ponad 9000 kilometrów drogi. Noc szybko zapada, wszak lecimy na wschód. Renata nadmuchuje poduszkę i zasypia. Ja długo się męczę, nie mogąc zasnąć. Zjadam żelki, które wziąłem na drogę. Scoot nie będzie nas karmić. Nawet nie roznoszą darmowej wody!
Około 8:00 podchodzimy do lądowania. Singapur. To dziś właściwie zaczyna się nasz tramping. Przed wyjazdem Renata wspominała, że chce zwiedzić nie tylko miasto, ale też zobaczyć nowoczesne lotnisko Changi.
– Na pewno zobaczymy również lotnisko – odpowiadałem. – Ale po wylądowaniu będziemy się starać jak najszybciej przejechać do Johor Bahru. Zdążymy zobaczyć i miasto, i lotnisko, gdy będziemy wracać z Bali.
Po wylądowaniu priorytetem staje się wymiana pieniędzy, bez tego nie dojedziemy do centrum i Johor Bahru. Zasadniczo, by dostać się do tego granicznego malezyjskiego miasta, możemy skorzystać z metra lub autobusu jadącego do centrum, a potem podmiejskim autobusem przejechać przez most nad 50-kilometrowej długości Cieśniną Johor oddzielającą Półwysep Malajski od wyspy Singapur i przekroczyć granicę. Tak zrobiłem poprzednim razem podczas trampingu po Azji Południowej (2015). Znacznie szybszą i zapewne droższą alternatywą jest przejazd bezpośrednim autobusem z lotniska do Johor Bahru.
Panienka z informacji wskazuje nam niewielki dworzec autobusowy, skąd odjeżdżają autobusy do Malezji. Najbliższy kurs jest za 25 minut, później jest dość długa przerwa. Szybko wymieniam w kantorze 20 dolarów na miejscową walutę (kurs 1 USD =1,31 SGD). Bilety są po 11 miejscowych dolarów, tak więc gotówki wystarczy na styk. Teoretycznie mógłbym je kupić w kantorku znajdującym się przy wyjściu z terminalu, jednakże leżąca od dawna na kontuarze kartka "zaraz wracam” skłania nas zakupu biletów u kierowcy.
Autobus jest z tych lepszych. Wygodne, wielkie i miękkie fotele. No i klima. Tak właśnie zapamiętałem przejazd z lotniska do centrum poprzednim razem.
– Tutaj autobusy mają najczęściej czerwony wystrój – opowiadam Renacie. – Ten kolor uważany jest za najbardziej dostojny. Podobnie jest zresztą w Malezji i Brunei.
Do Johor Bahru według mapy jest około 35 km. I chociaż jedziemy głównymi drogami, to przejazd trwa strasznie długo. Przyjeżdżamy przez północne, niezbyt ciekawe dzielnice mieszkaniowe, to sypialnia Singapuru. Ruch na drodze jest bardzo intensywny, a opóźnienie narasta z powodu wypadku samochodowego, który korkuje jeden pas ruchu. Z niepokojem patrzę na zegarek: minęła już godzina jazdy. A my wciąż w Singapurze.
– Będziemy mieć mniej czasu na zwiedzanie niż zakładałem.
– Ale z tego, co wiem, tam niewiele jest do oglądania.
Może i tak, ale miałem ochotę chociaż trochę przyjrzeć się temu miastu. Skądinąd wiem, że nawet w dość nieturystycznych miejscach można znaleźć ciekawe rzeczy. Tak było na przykład w Lucknow (Indie), gdzie dość przypadkowo musieliśmy spędzić pół dnia w oczekiwaniu na pociąg do New Delhi. Zostaliśmy wówczas zaskoczeni, ale i zachwyceni znajdującymi się tam białymi pałacami sułtanów i pięknymi ogrodami.
Dojeżdżamy do singapurskiego check-pointu. Pieczątka wyjazdowa i powtórnie wsiadamy do naszego autobusu. Przyjeżdżamy teraz przez długi most Johor-Singapore Causeway. Jest okazja, by przyjrzeć się panoramie Johor Bahru. Miasto ma ambicje doścignąć Singapur. Przynajmniej takie mam wrażenie, patrząc na drapacze chmur pobudowane na brzegu cieśniny. Po jej drugiej stronie odbywa się odprawa malezyjska. Tu pojawia się pierwszy problem.
– Do you have arrival cards? – pyta urzędnik, któremu podaliśmy paszporty.
A niech to! Tego się nie spodziewałem. Wcześniej wypełniliśmy w sieci formularze tajwańskie, indonezyjskie i singapurskie. Jakoś nie pomyślałem, że trzeba to również zrobić przed wjazdem do Malezji. Jeśli nawet poprzednim razem wypełnialiśmy jakieś świstki, to w formie papierowej. Teraz robi się to online, co z jednej strony jest ułatwieniem, z drugiej strony wymaga internetu. A jego w tej chwili nie mamy!
– Może ktoś nam udostępni hotspota? – zastanawiam się, szukając wzrokiem jakiegoś jelenia.
Z opresji wybawia nas malezyjski urzędnik, który kiwa na nas głową, a potem prowadzi do okienka z napisem MDAC.
– Czy jesteście pierwszy raz w Malezji? – pyta urzędnik za szybą.
– Tak – odpowiadamy częściowo zgodnie z prawdą.
Mężczyzna przegląda uważnie nasze paszporty i... wbija pieczątki wjazdowe.
– Thank you very much!
A zatem – udało się bez dalszej komplikacji. Teraz musimy zorganizować sobie przejazd do stolicy Kuala Lumpur. Jeśli dobrze pamiętam w poprzedniego razu, autobusy do Kuala Lumpur odjeżdżają z dużego dworca autobusowego w centrum miasta. Ale zanim tam się przedostaniemy, trzeba kupić walutę. W kantorze wymieniam 50 euro na 250 ringgitów malajskich.
– Mam nadzieję, że to nam wystarczy – mówię.
Lokalesi potwierdzają, że musimy przejechać podjechać autobusem na dworzec Larkin (Terminal Bas Larkin). Zjeżdżamy na niższy poziom przy JB Sentral i tu kupujemy bilety po półtora ringgita u kierowcy.
Trudno mi powiedzieć, czy miasto rozbudowało się od czasu mojej poprzedniej wizyty. Wówczas dotarliśmy tu w nocy, a jedynym naszym zmartwieniem było znaleźć hotel. Dziś oglądamy Johor Bahru w świetle dnia. I muszę powiedzieć, że Malezyjczycy nie mają czego się wstydzić. Miasto wygląda na nowoczesne i śmiało może konkurować z Warszawą i innymi nowoczesnymi miastami w Europie Zachodniej. Chociaż do dworca Larkin jest zaledwie 8 kilometrów, podróż zajmuje nam kilkadziesiąt minut. Niestety, jak się na dworcu okazuje, nie ruszymy w dalszą drogę tak szybko. Właśnie przed chwilą ktoś wykupił ostatnie miejsca w autobusie z godziny 12:00. Kolejny kurs o 13:00. Nie spodziewałem się takiego poślizgu czasowego.
– Wszystko przez te korki, zwłaszcza w Singapurze – irytuję się.
– Ale dojedziemy na wieczór do Kuala Lumpur? – upewnia się Renata. – Nie chciałabym szukać hotelu po nocy.
– Mam nadzieję, że tak. To 330 km, powinniśmy przejechać w ciągu czterech godzin.
– Dobrze. Ale może teraz coś byśmy zjedli?
– Poszukajmy jakiejś knajpki.
Knajpki są i to nawet kilka. To będzie nasze pierwsze uliczne jedzenie od czasu Wysp Zielonego Przylądka. Zaglądamy do garnków i na tace z przygotowanymi różnymi potrawami.
– Chcemy coś z ryżem i warzywami – mówię do uwijającego się w kuchni chłopaczka.
– I kawę! – dorzuca Renata.
Posiłek jest całkiem smaczny ryż z warzywami zdjęcie. Gorzej z kawą.
– Fuj! Strasznie słodką kawę mi dali – narzeka Renata. – Tego się nie da wypić.
– Poczekaj, zaraz przyniosę nową, bez cukru.
Dolewam trochę przesłodzonej kawy do tej bezcukrowej i podaję dziewczynie.
– No, taka może być – mówi Renata upijając łyk.
Kupujemy jeszcze wodę na drogę i wsiadamy do autobusu. Jest również wypasiony, ma tylko trzy fotele w rzędzie (2+1) i jest, oczywiście, czerwony. Chociaż Johor Bahru nie jest wielką metropolią, to wyjazd z milionowego miasta zajmuje nam ponad godzinę. Znów z niepokojem patrzę na zegarek. I zdajemy sobie sprawę, że przed wieczorem dojechać do Kuala Lumpur nie zdążymy. Przyspieszamy dopiero na drodze azjatyckiej AH2 prowadzącej z Denpasar w Indonezji przez Tajlandię i Indie aż do Iranu. Podróż jest dość monotonna, trochę przysypiam po nieprzespanej nocy. Renata natomiast z zainteresowaniem ogląda krajobrazy.
– Jestem pod wrażeniem, tyle tu palm!
Po raz pierwszy widzi plantację palm olejowych. Uprawy olejowca gwinejskiego (Elaeis guineensis, Jacq.), bo tak poprawnie należy nazwać tę roślinę z rodziny arekowatych, ciągną się kilometrami.
– To z nich wytwarza się olej palmowy – mówię – Te ten, który rzekomo jest tak szkodliwy dla zdrowia i bojkotowany przez niektóre osoby.
Odkąd produkcja oleju z tych palm zwiększyła się znacznie (od 1975 roku areał olejowca w Malezji wzrósł z 1.9% do obecnych 15.4%), a produkcja oleju zaczęła przynosić kolosalne zyski w krajach takich, jak Malezja, Indonezja, Kolumbia i DR Konga, producenci znaleźli się na celowniku krytyki ze strony Unii Europejskiej i różnego rodzaju organizacji ekologicznych. Mało tego! Nie dość, że czepiono się tego, że plantacje powstają kosztem lasów tropikalnych, to jeszcze stwierdzono, że olej z nasion i miąższu olejowca jest niezdrowy (rzekomo podwyższa poziom cholesterolu) i zawiera szereg rakotwórczych substancji. Uprawa palmy według Unii narusza prawa ludzkie, sprzyja gwałtom, wykorzystaniu seksualnemu, niewolniczej pracy dzieci, olej zaś prowadzi do choroby Parkinsona. Jakoś te greenpeace’y nie dostrzegają, że olejowce są 10 razy bardziej wydajne i trzeba wyciąć 10 razy mniej lasu pod uprawę palmy olejowej niż pod uprawę rzepaku. I jakoś nie protestują przeciwko uprawie ziemniaka i pszenicy. Czy wcześniej nie rósł tam las?
Pod wieczór dojeżdżamy do Kuala Lumpur. A raczej tak zwanego Większego Kuala Lumpur (Greater Kuala Lumpur, czyli aglomeracji utworzonej przez stolicę i kilka satelickich miast. Mieszka tu w sumie ponad 10 milionów ludzi. Osiedla mieszkaniowe i dzielnice biurowe rozciągają się na wiele kilometrów przed centrum. Zajeżdżamy na dworzec autobusowy, który później zidentyfikuje jako Terminal Bersepadu Selatan (TBS). Malezyjczyk, facet w średnim wieku, z którym rozmawiałem w autobusie prowadzi nas na stację MRT. Kupujemy bilety w automacie po 2 ringgity.
Nocleg mamy zabukowany na skraju chińskiej dzielnicy, najbliższa stacja to Masjid Jamek. Wysiadamy. Do przejścia mamy 500 metrów. Po drodze mijamy położony u zbiegu rzeki Klang i Gombak meczet Sultan Abdul Samad Jamek. Jest ładnie iluminowany i tonie cały w błękitnej poświacie. Świątynia pochodzi z 1909 roku i jest jedną z najstarszych w mieście. Jej charakterystyczne cebulaste kopuły kojarzą mi się z Indiami. I nie bez powodu, gdyż styl, w jakim meczet zaprojektował brytyjski architekt Arthur Hubback, zwany jest stylem indo-saraceńskim (lub mogulsko-gotyckim). W tym stylu został zbudowany Victoria Memorial w Kalkucie, który wizytowałem w 2007 roku. A także Tadż Mahal, ale o tym już każdy wie 😉. Gdybyśmy odwrócili się na moment do tylu, ujrzelibyśmy wiekowy budynek ze schodami przeciwpożarowymi na fasadzie. Cały jest pokryty olbrzymim muralem. Zanim dojdziemy do „naszej” ulicy, mijamy jeszcze wieżę zegarową Medan Pasar na niewielkim placu otoczonym kilkoma ładnymi budynkami.
– To musi być gdzieś tutaj – mówię, patrząc na wskazania GPS w aplikacji Maps.me.
Uważnie się rozglądamy, lecz nigdzie nie widać hotelowego szyldu. Kilka razy zawracamy, miotając się na niewielkim odcinku ulicy.
– To tutaj – woła Renata dostrzegając niewielką wizytówkę przy domofonie. Na pierwszym piętrze znajduje się recepcja. Meldujemy się, Renata płaci kartą (120 MYR). Nasz pokój okazuje się klitką pozbawioną okna.
– No, bez przesady! – wściekam się – zamawiałem inny pokój.
Oburzeni wracamy do recepcji.
– Nie mamy innego pokoju – tłumaczy hotelarz.
Pokazuję opis pokoju z Booking.com.
– Ma być klimatyzacja, ma być okno, a pokój ma mieć 30 metrów i dwa łóżka.
– Nie mamy takich pokojów.
– Nic mnie to nie obchodzi, to jest problem po stronie hotelu – rzucam i dodaję po polsku do Renaty: Niech coś wymyślą.
Hotelarz dzwoni do Booking.com i coś ustala. Pokazuję zdjęcia pokoju na portalu.
– To nie nasz hotel – tłumaczy hotelarz.
– Ale to nie mój problem – powtarzam – Booking prezentuje to, co im dostarczycie.
Zdenerwowany sam wybieram numer przez WhatsAppa. Rozmawiam z panią z Jersey. Generalnie Booking.com odcina się od problemu, proponując zwrot pieniędzy. Nie ustępuję. Niestety rozmowa się przedłuża, co – jak się okaże – będzie miało przykre dla mnie konsekwencje finansowe. Tymczasem hotelarz organizuje pokój w sąsiednim hotelu. Idę z nim na oględziny. Pokój jest mniej więcej taki, jak zabukowałem, pozostaje tylko kwestia ceny. Stawiam na swoim i nic nie dopłacamy.
– Najważniejsze, że mamy to, czego chcieliśmy. Teraz wypijmy coś ciepłego i do spania. Jutro wcześnie wstajemy.
– O, nie. Nastaw budzik na 8:00.
– Śpij!