Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Nie lubię takich hosteli! | Z sympatycznym Hiszpanem | Niepotrzebna twierdza |
Kończy się mój krótki tramping po Hiszpanii. Co prawda wracam do Polski dopiero jutro, ale po zwiedzeniu San Sebastian czuję, że tramping jest zrealizowany i właściwie to już koniec. W drogę powrotną udam się przez Pampelunę. Gdyby była inna pora roku albo przejazdy autobusowe były tańsze, może pokusiłbym się o inną trasę. Nie lubię wracać tą samą drogą. O godzinie 10:00 (niestety, dopiero o 10:00!) jestem umówiony z chłopakiem z BlaBlaCar, weźmie mnie do Pampeluny. W nocy mam autobus do Madrytu. Kupując dwa dni temu bilety, zgrzytałem zębami – przejazd, jak dla mnie, jest horrendalnie drogi, płacę ponad 30 euro. Rozważałem wcześniej przejazd pociągiem, ale wypadał jeszcze drożej. Jedyną korzyścią z nocnego przejazdu jest oszczędność na noclegu i to, że wysiądę na lotnisku unikając transferu z centrum Madrytu.
Jest godzina 7:30, nie muszę się spieszyć, ale opuszczam już ten hostel. Chociaż były tu najlepsze warunki, a miejsce było najbardziej eleganckie podczas tego wyjazdu, to jestem najmniej z niego zadowolony. Brak kuchni, w której mógłbym sobie zrobić posiłek i zagotować wodę na kawę oraz WiFi dostępne wyłącznie dla posiadaczy konta na Facebooku lub Twitterze, są dla mnie – starego trampingowca – czymś absolutnie nie do przyjęcia. To ja już wolę tamten wiedeński hostel, który ma makabrycznie niskie oceny: tam przynajmniej była kuchenka i czajnik. Najbardziej lubię hostele, w których przebywają podobni jak ja niskobudżetowi plecakowicze. Często trafiałem na nie w Indochinach. Ok, wystarczy narzekania.
Dziś dzień jest piękny: słoneczny i bezchmurny. Gdy schodzę ze wzgórza, na którym znajduje się hostel, trafiam na kilka wysokich palm porośniętych winną latoroślą, której liście przybrały o tej porze roku czerwony kolor. To połączenie zieleni z czerwienią na tle błękitnego nieba jest przepiękne, jestem wprost urzeczony. Idąc w stronę centrum, znalazłem się nad rzeką. Z mapy wynika, że znajduje się tu jakiś klasztor. Z ciekawości skręcam, by go zobaczyć. Klasztor jak klasztor. prawie współczesny, ale obok znajduje się biurowiec z bardzo interesującą fasadą. Tworzą ją płyty przymocowane do zewnętrznych prętów i ustawione pod różnymi kątami w stosunku do ściany. Sprawia to wrażenie chaosu, ale jednocześnie nadaje budynkowi lekkość. Mam takie niejasne skojarzenie ze stadem mew, które spłoszone wzbiły się w powietrze.
Idę wzdłuż rzeki w dalszym ciągu, mijają mnie kajakarskie dwójki, których załogi trenują być może przed zawodami. Odszukuję budynek na nowoczesnym osiedlu, przy którym umówiłem się z kierowcą. Jest jeszcze sporo czasu, więc przysiadam w kawiarence przy ulicy. Pedro zjawia się punktualnie. „Hello, hello!” i jedziemy. Chłopak jest bardzo gadatliwy, opowiada o sobie, o swoich planach na przyszłość. Teraz studiuje, chce być inżynierem budującym maszyny. Nie myśli o opuszczeniu Hiszpanii, kocha swój kraj. – Popatrz na te dwie skały, tu po prawej – mówi, wskazując ręką – to Dwie Siostry.
Uprzejmie robię zdjęcie i pytam o zamek, który znajduje się na wzgórzu po lewej stronie przed wjazdem do Pampeluny. – Tam niewiele zostało, to resztki fortu – Pedro się śmieje – ale miejsce jest interesujące. Tylko, że tam nie ma komunikacji autobusowej. – Nie szkodzi, mam dużo czasu, dopiero wieczorem wracam do Madrytu. Jeśli możesz, wysadź mnie gdzieś przed Pampeluną… – Jasne nie ma sprawy podwiozę cię maksymalnie blisko.
Wkrótce na kilka kilometrów przed miastem po lewej stronie widzę już wzgórze wnoszące się na 400 metrów ponad równinę. Pedro zjeżdża z autostrady, zatrzymujemy się przy centrum handlowym. – Dzięki za przejazd! – Było miło! Powodzenia. – żegnamy się.
Ruszam w stronę fortu na wzgórzu San Cristóbal. Na wycieczkę chcę przeznaczyć 4-5 godzin. Staram się urozmaicać moje wyjazdy w różne regiony zachodniej lub południowej Europy właśnie wypadami na łono natury, bo miasta, choćby nie wiem jak piękne, mogą po pewnym czasie nużyć. Kilka godzin spaceru po ładnej okolicy zawsze jest miłym przerywnikiem na wyjeździe.
Przechodzę na drugą stronę dwupasmówki i tu moim oczom okazuje się przepiękna aleja czerwonych wiązów. Korony drzew po prostu płoną czerwienią, tworząc tak fascynujący widok, że postanawiam przespacerować się po miejscowym parku zwanym Parque de los Aromas. W jego centralnym miejscu zbudowano wieżę w kształcie zwiniętej tulei, przypomina mi spiralny minaret wzniesiony w IX wieku w irackim mieście Samarra. O, jakże chciałbym go zobaczyć na własne oczy!
Odnajduję ścieżkę na szczyt San Cristobal i bez pośpiechu nią ruszam. I tu roślinność przybrała swe jesienne barwy. Borówki, chociaż już bez jagód, cieszą moje oczy kolorowymi czerwono-zielono-brązowymi liśćmi, ciemnozielone krzewy tarniny i n pożółkłe liście kaliny zachęcają mnie wciąż do wyjmowania aparatu.
Na wzgórzu znajduje się Fort San Cristobal zwany również na cześć sponsora Fortem Alfonsa XII, króla hiszpańskiego panującego na przełomie wieków. Jego zadaniem była obrona Pampeluny na wypadek kolejnej wojny z karlistami. Technika lotnicza i możliwości bombardowania z powietrza zdążyły na tyle się jednak rozwinąć, że w momencie ukończenia budowy fort stracił militarną wartość. W latach drugiej republiki wykorzystano go więc zastępczo do trzymania więźniów niebezpiecznych i politycznych.
Widzę już mury twierdzy, wznoszą się na wysokość 10-15 metrów. Brama wjazdowa umieszczona jest w zakrzywionej gardzieli uniemożliwiającej bezpośredni ostrzał artyleryjski. Niestety twierdza jest zamknięta mogę pospacerować tylko wzdłuż zewnętrznych umocnień, oglądając potężne mury rozdzielone głęboką fosą. Widoki w kierunku północnym i zachodnim są fantastyczne. Zboża na polach są już zebrane, a łagodne linie wzgórz pokryte lasami ciągną się dalej aż po widnokrąg.