Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Dziś pożeganie z Ameryką | Zwiedzamy Rio | | | | To był udany tramping! |
Dziś dzień wyjazdowy. Opuszczamy Amerykę Południową. Samolot do Madrytu odlatuje o 18:45. Mamy więc sporo czasu na zwiedzanie miasta.
Na lotnisku dostajemy komplet kart pokładowych: GIG-MAD i MAD-ORY. Te do Paryża zachowam sobie na pamiątkę. Postanowiliśmy bowiem zrezygnować z ostatniego odcinka lotu liniami Iberia, czyli po prostu uciec z samolotu w Madrycie. Najtańszy i najszybszy powrót do Polski był bowiem z Madrytu, a nie z Paryża. Z bagażem nie będzie kłopotów – mamy tylko podręczny. Mam nadzieję, że nikt nas nie będzie ścigać na lotnisku w Hiszpanii.
Lot przebiega bez żadnych atrakcji, miejsca mamy w środkowych rzędach, więc gapić się w czerń nocy nad Atlantykiem nie będziemy.
Na lotnisku w Madrycie jesteśmy przed 10:00. Do odlotu Ryanairem do Krakowa mamy ponad sześć godzin. Nie jest najgorzej. Nie spiesząc się, wychodzimy z terminala. Ciepły wrześniowy dzień w Europie. Brazylia i cała amerykańska egzotyka jest już za nami. W poniedziałek trzeba będzie iść do pracy…
Siadamy na ławce i wygrzewamy się w przedpołudniowym słońcu. Czas powoli płynie, zjadamy resztki zapasów. W samolocie karmili nas dobrze, ale czego człowiek z nudów nie zje… Później transferujemy się do właściwego terminala, jeszcze odprawa i już jedną nogą jesteśmy w domu. W samolocie sporo miejsca, Małgosia zajmuje trzy fotele i część drogi przesypia.
Jaki był ten tramping? Jak zawsze udzielam krótkiej odpowiedzi: udany! W moim stylu, czyli bardzo intensywny, z codziennym przemieszczaniem się z miasta do miasta. Po raz pierwszy korzystałem z przelotów samolotem na miejscu. Pewno, że ten wyjazd mógł wyglądać inaczej: przecież pierwotnie w planie była tylko Brazylia. Ale wobec spodziewanych wysokich cen przejazdów brazylijskimi autobusami (co znalazło potwierdzenie) oraz spodziewanemu zagrożeniu przestępczością (czego szczęśliwie uniknęliśmy), rozszerzyliśmy wyjazd o trzy inne państwa. Można krytykować ten pomysł: nie da się zwiedzić tak dużych państw w dwa tygodnie! Doskonale o tym wiem i nie było moją ambicją wszystko zobaczyć. To nierealne i w ciągu kilku miesięcy. Wyszedłem jednak ze stanowiska, że lepiej „poszaleć” samolotem po Ameryce Południowej niż zaszyć się w jakimś regionie Brazylii ograniczając się do wycieczek w najbliższe okolice. Nie wiem, kiedy trafiłaby się okazja, by odwiedzić Paragwaj lub Chile. Krótkie wizyty w tych krajach dały mi jakieś pojęcie, jak one wyglądają, a kolejne wyjazdy w ten region będę mógł traktować jako powrót na „stare śmiecie”.
Tramping był udany: zobaczyliśmy kilka wielkich miast (Rio de Janeiro, Buenos Aires, Santiago de Chile), o których każdy słyszał, lecz nie każdy był; zobaczyliśmy parę miast, o których mało kto słyszał (Ouro Preto, Mendoza, Valparaiso), ale chętnie by je zobaczył; zobaczyliśmy miejsca wyjątkowe, takie, których się nie zapomina: Corcovado z Chrystusem, Wodospady Iguasu, Andy.
Pozostaje pytanie: co przyniesie nowy rok?