Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]


Malaga – Madryt – Rio de Janeiro

środa, 10 IX 2014


Wasz hostel jest w faveli. Uciekajcie! | Nocny autostop po Rio de Janeiro | Przy chianti z Niemcami


Rano, w przetestowany wczoraj sposób, podjeżdżamy na lotnisko. Czeka nas najpierw lot do Madrytu i dalej do Rio. Lecimy Iberią, nie musimy się martwić ani o jedzenie, ani o wielkość bagażu. Odlatujemy punktualnie, a przesiadka w stolicy Hiszpanii odbywa się sprawnie.

Długi, niemal 11-godzinny lot odbywa się bez nadzwyczajnych wydarzeń. Gdy na horyzoncie szarych wód Atlantyku pojawia się amerykański brzeg, zapada już zmierzch. W oddali, między nadbrzeżnymi wzgórzami dostrzegam Pão de Açúcar czyli Głowę Cukru – niemal czterystumetrowy granitowy monolit wyrastający z oceanu. To jeden z niepowtarzalnych symboli Rio de Janeiro. Gdy samolot obniża lot, widzę niekończące się morze gęsto upakowanych parterowych i jednopiętrowych budynków z płaskimi dachami z nielicznymi drzewami pomiędzy domami. To właśnie te, wciąż rozrastające się przedmieścia, osiedla rozciągające się wzdłuż trzydziestokilometrowego wybrzeża, wciskające się w doliny między nadbrzeżnymi górami i wdrapujące się na zbocza, sprawiają, że miasto stało się prawdziwym, 12-milionowym molochem. Władze miasta nie za bardzo chcą się przyznawać do tych bieda-osiedli. Statystyki więc podają, że „właściwe miasto” (proper city) liczy zaledwie 6 milionów mieszkańców.

Odprawa paszportowa przebiega sprawnie, nie musimy poniżać się tak, jak Amerykanie, którym od 2004 roku pobierane są na brazylijskich lotniskach odciski palców.

Odbieramy swoje bagaże i nie bez problemów wymieniam w kantorze „na dobry początek” 20 dolarów na 43 brazylijskie riale. Gdy wychodzimy z hali przylotów, komórka zalogowana do lokalnej sieci pobiera aktualny czas. Jest godzina 19:30. Dostaję również sms-a od Małgosi i Moniki. Przyleciały do Rio rano, są już w swoim hotelu. „Dowiedziałyśmy się, że ten wasz hotel jest w faveli!” – piszą – „Tam jest niebezpiecznie! Przenieście się do naszego hotelu” – tu podają nazwę – „Jest tani, 50 dolarów za noc”.

– No, zwariowały! – zwracam się do Małgosi – przecież nie będziemy teraz zmieniać hotelu, zapłaciłem już za nocleg.

– 50 dolarów to wysoka cena.

Przed wyjazdem rozmawiałem obiema dziewczynami, objaśniając im szczegółowo, jakie są warunki na moich trampingach: uprzedzałem że jeżdżę niskobudżetowo i intensywnie.

– Jak tam chcą spać, to niech śpią, my nie będziemy teraz szukać tamtego hotelu.

Opuszczamy terminal lotniska. Według informacji uzyskanych od miejscowych dziś w pobliżu powinien być przystanek autobusowy. W panujących wokół ciemnościach trudno się jednak dowiedzieć. Podchodzimy pod stację benzynową.

– Może weźmiemy stopa? – rzucam.

Akurat jakiś mężczyzna zapłacił za paliwo i kieruje się do samochodu. Na szczęście rozmawia po angielsku. I co najważniejsze, podrzuci nas do centrum.

– Wy chyba zwariowaliście jeździć autostopem w nocy po Rio.

Próbuję wytłumaczyć, że nie znaleźliśmy przystanku autobusowego. 50-latek coś mruczy do siebie. Być może narzeka na nieporadnych turystów z Europy.

– A wiecie, co tam jest? – pyta, pokazując stadion po prawej stronie.

– No... stadion.

– To Stadion Maracanã! – mówi z dumą kierowca i dodaje: musieliście przecież o nim słyszeć.

No, może słyszeliśmy, ale piłka nożna nas średnio pociąga. Pamiętam, że w tym roku w Brazylii rozgrywano się Mistrzostwa Świata. W związku z tym władze miasta nie tylko odnawiały obiekty sportowe, ale też próbowały doprowadzić do porządku dzielnice biedy. Nie obeszło się bez starć policji z mieszkańcami faveli.

– Gdzie właściwie jest wasz hotel?

Nasz hostel, zabukowany parę tygodni temu nazywa się Rio Maravilha i mieści się w dzielnicy Santo Christo w Centro Historico. To w linii prostej nieco ponad kilometr od lokalnego dworca kolejowego i autobusowego. Oprócz najniższej ceny przy wyborze noclegu kierowałem się właśnie położeniem.

Podaję kierowcy adres.

– Tak, wiem, gdzie to jest, podrzucę was w pobliże.

Zajeżdżamy pod jakiś dworzec autobusowy.

– Zostańcie tu i nie wysiadajcie – mówi kierowca.

"Nasz" Portugalczyk idzie do taksówkarzy, stojących opodal i coś im tłumaczy.

– Pojedziecie do waszego hostelu taksówką – mówi do nas później – to niedaleko, ale tak będzie dla was bezpieczniej.

– Ile kurs będzie kosztować?

– Nie więcej niż 50 reali. Powodzenia!

Dziękujemy mu za pomoc, żegnamy się.

Taksówkarz zna hostel, kiwa głową, jedziemy. Skręcamy z głównej drogi i krętymi uliczkami zaczynamy wjeżdżać w górę do faveli. Ulice są wąskie, wybrukowane kocimi łbami. Staram się zapamiętać drogę, licząc zakręty, ale wkrótce tracę rachubę. Mimo późnej pory, przed parterowymi lub piętrowymi domami stoją w kilkuosobowych grupach mieszkańcy. Badawczo się nam przyglądają. Kierowca coś tam mruczy pod nosem do siebie, czasem podnosi rękę w geście pozdrowienia. Wjeżdżamy w końcu na długą i stromą rue Sara. Kierowca zwalnia i powoli przejeżdża wzdłuż domów.

– To tutaj – mówi, pokazując pomalowaną na fioletowo stalową bramę.

Ponieważ nie mam wystarczającej ilości reali płace 10 USD i 20 BRL. Brazylijczyk podchodzi z nami do sąsiednich metalowych drzwi i wali pięścią. Echo roznosi się po kiepsko oświetlonej ulicy.

– Nikogo nie ma? Niedobrze.

Zaczynam w myśli rozwijać różne czarne scenariusze na temat najbliższej nocy.

Po 5 minutach dobijania się, słyszymy jakiś głos z wewnątrz. Kierowca coś tłumaczy przez zamknięte drzwi i młody chłopak otwiera zasuwy. Uff! Wygląda na to, że mamy gdzie spać.

Żegnamy się z taksówkarzem, a chłopak prowadzi nas jakimś korytarzami do hostelu.

– Mamy tu zarezerwowany pokój dwuosobowy – mówię.

Chłopak sprawdza w papierach i zaczyna porządkować jakąś komórkę bez okna. Wynosi materace i szuka pod nimi łóżka. Widzę przerażenie w oczach Małgosi.

– Nie ma tu innego pokoju? – pytam.

Jest. Znaczy się, mają tu dormitorium, aktualnie puste. To dużo lepsze rozwiązanie. Pokój jest duży, z kilkoma oknami, wewnątrz kilka piętrowych łóżek.

– Tu nam pasuje, zostajemy.

Siadamy w jadalni połączonej z kuchnią i werandą, z której rozpościera się fantastyczny widok na miasto. Jak okiem sięgnąć, wszędzie błyszczą światła domów wyrosłych na wzgórzach. Jak się okazuje, nie jesteśmy jedynymi gośćmi. Nocuje w tym Hiltonie również para Niemców, chłopak i dziewczyna, na oko 20-letni. Pichcą kolację, smakowite zapachy przyjemnie drażnią nasze nosy. Wygląda na to, że są tu od paru dni.

– Czas uczcić nasze przybycie na brazylijską ziemię! – zapowiadam i wyjmuję z plecaka butelkę hiszpańskiego wina.

Rozmawiamy o swoich planach i, popijając chianti, zjadamy co nieco. Czas mija miło, ale pora odespać trudy podróży!


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej