Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17-18]
Wasz hostel jest w faveli. Uciekajcie! | Nocny autostop po Rio de Janeiro | Przy chianti z Niemcami
Rano, w przetestowany wczoraj sposób, podjeżdżamy na lotnisko. Czeka nas najpierw lot do Madrytu i dalej do Rio. Lecimy Iberią, nie musimy się martwić ani o jedzenie, ani o wielkość bagażu. Odlatujemy punktualnie, a przesiadka w stolicy Hiszpanii odbywa się sprawnie.
Długi, niemal 11-godzinny lot odbywa się bez nadzwyczajnych wydarzeń. Gdy na horyzoncie szarych wód Atlantyku pojawia się amerykański brzeg, zapada już zmierzch. W oddali, między nadbrzeżnymi wzgórzami dostrzegam Pão de Açúcar czyli Głowę Cukru – niemal czterystumetrowy granitowy monolit wyrastający z oceanu. To jeden z niepowtarzalnych symboli Rio de Janeiro. Gdy samolot obniża lot, widzę niekończące się morze gęsto upakowanych parterowych i jednopiętrowych budynków z płaskimi dachami z nielicznymi drzewami pomiędzy domami. To właśnie te, wciąż rozrastające się przedmieścia, osiedla rozciągające się wzdłuż trzydziestokilometrowego wybrzeża, wciskające się w doliny między nadbrzeżnymi górami i wdrapujące się na zbocza, sprawiają, że miasto stało się prawdziwym, 12-milionowym molochem. Władze miasta nie za bardzo chcą się przyznawać do tych bieda-osiedli. Statystyki więc podają, że „właściwe miasto” (proper city) liczy zaledwie 6 milionów mieszkańców.
Odprawa paszportowa przebiega sprawnie, nie musimy poniżać się tak, jak Amerykanie, którym od 2004 roku pobierane są na brazylijskich lotniskach odciski palców.
Odbieramy swoje bagaże i nie bez problemów wymieniam w kantorze „na dobry początek” 20 dolarów na 43 brazylijskie riale. Gdy wychodzimy z hali przylotów, komórka zalogowana do lokalnej sieci pobiera aktualny czas. Jest godzina 19:30. Dostaję również sms-a od Małgosi i Moniki. Przyleciały do Rio rano, są już w swoim hotelu. „Dowiedziałyśmy się, że ten wasz hotel jest w faveli!” – piszą – „Tam jest niebezpiecznie! Przenieście się do naszego hotelu” – tu podają nazwę – „Jest tani, 50 dolarów za noc”.
– No, zwariowały! – zwracam się do Małgosi – przecież nie będziemy teraz zmieniać hotelu, zapłaciłem już za nocleg.
– 50 dolarów to wysoka cena.
Przed wyjazdem rozmawiałem obiema dziewczynami, objaśniając im szczegółowo, jakie są warunki na moich trampingach: uprzedzałem że jeżdżę niskobudżetowo i intensywnie.
– Jak tam chcą spać, to niech śpią, my nie będziemy teraz szukać tamtego hotelu.
Opuszczamy terminal lotniska. Według informacji uzyskanych od miejscowych dziś w pobliżu powinien być przystanek autobusowy. W panujących wokół ciemnościach trudno się jednak dowiedzieć. Podchodzimy pod stację benzynową.
– Może weźmiemy stopa? – rzucam.
Akurat jakiś mężczyzna zapłacił za paliwo i kieruje się do samochodu. Na szczęście rozmawia po angielsku. I co najważniejsze, podrzuci nas do centrum.
– Wy chyba zwariowaliście jeździć autostopem w nocy po Rio.
Próbuję wytłumaczyć, że nie znaleźliśmy przystanku autobusowego. 50-latek coś mruczy do siebie. Być może narzeka na nieporadnych turystów z Europy.
– A wiecie, co tam jest? – pyta, pokazując stadion po prawej stronie.
– No... stadion.
– To Stadion Maracanã! – mówi z dumą kierowca i dodaje: musieliście przecież o nim słyszeć.
No, może słyszeliśmy, ale piłka nożna nas średnio pociąga. Pamiętam, że w tym roku w Brazylii rozgrywano się Mistrzostwa Świata. W związku z tym władze miasta nie tylko odnawiały obiekty sportowe, ale też próbowały doprowadzić do porządku dzielnice biedy. Nie obeszło się bez starć policji z mieszkańcami faveli.
– Gdzie właściwie jest wasz hotel?
Nasz hostel, zabukowany parę tygodni temu nazywa się Rio Maravilha i mieści się w dzielnicy Santo Christo w Centro Historico. To w linii prostej nieco ponad kilometr od lokalnego dworca kolejowego i autobusowego. Oprócz najniższej ceny przy wyborze noclegu kierowałem się właśnie położeniem.
Podaję kierowcy adres.
– Tak, wiem, gdzie to jest, podrzucę was w pobliże.
Zajeżdżamy pod jakiś dworzec autobusowy.
– Zostańcie tu i nie wysiadajcie – mówi kierowca.
"Nasz" Portugalczyk idzie do taksówkarzy, stojących opodal i coś im tłumaczy.
– Pojedziecie do waszego hostelu taksówką – mówi do nas później – to niedaleko, ale tak będzie dla was bezpieczniej.
– Ile kurs będzie kosztować?
– Nie więcej niż 50 reali. Powodzenia!
Dziękujemy mu za pomoc, żegnamy się.
Taksówkarz zna hostel, kiwa głową, jedziemy. Skręcamy z głównej drogi i krętymi uliczkami zaczynamy wjeżdżać w górę do faveli. Ulice są wąskie, wybrukowane kocimi łbami. Staram się zapamiętać drogę, licząc zakręty, ale wkrótce tracę rachubę. Mimo późnej pory, przed parterowymi lub piętrowymi domami stoją w kilkuosobowych grupach mieszkańcy. Badawczo się nam przyglądają. Kierowca coś tam mruczy pod nosem do siebie, czasem podnosi rękę w geście pozdrowienia. Wjeżdżamy w końcu na długą i stromą rue Sara. Kierowca zwalnia i powoli przejeżdża wzdłuż domów.
– To tutaj – mówi, pokazując pomalowaną na fioletowo stalową bramę.
Ponieważ nie mam wystarczającej ilości reali płace 10 USD i 20 BRL. Brazylijczyk podchodzi z nami do sąsiednich metalowych drzwi i wali pięścią. Echo roznosi się po kiepsko oświetlonej ulicy.
– Nikogo nie ma? Niedobrze.
Zaczynam w myśli rozwijać różne czarne scenariusze na temat najbliższej nocy.
Po 5 minutach dobijania się, słyszymy jakiś głos z wewnątrz. Kierowca coś tłumaczy przez zamknięte drzwi i młody chłopak otwiera zasuwy. Uff! Wygląda na to, że mamy gdzie spać.
Żegnamy się z taksówkarzem, a chłopak prowadzi nas jakimś korytarzami do hostelu.
– Mamy tu zarezerwowany pokój dwuosobowy – mówię.
Chłopak sprawdza w papierach i zaczyna porządkować jakąś komórkę bez okna. Wynosi materace i szuka pod nimi łóżka. Widzę przerażenie w oczach Małgosi.
– Nie ma tu innego pokoju? – pytam.
Jest. Znaczy się, mają tu dormitorium, aktualnie puste. To dużo lepsze rozwiązanie. Pokój jest duży, z kilkoma oknami, wewnątrz kilka piętrowych łóżek.
– Tu nam pasuje, zostajemy.
Siadamy w jadalni połączonej z kuchnią i werandą, z której rozpościera się fantastyczny widok na miasto. Jak okiem sięgnąć, wszędzie błyszczą światła domów wyrosłych na wzgórzach. Jak się okazuje, nie jesteśmy jedynymi gośćmi. Nocuje w tym Hiltonie również para Niemców, chłopak i dziewczyna, na oko 20-letni. Pichcą kolację, smakowite zapachy przyjemnie drażnią nasze nosy. Wygląda na to, że są tu od paru dni.
– Czas uczcić nasze przybycie na brazylijską ziemię! – zapowiadam i wyjmuję z plecaka butelkę hiszpańskiego wina.
Rozmawiamy o swoich planach i, popijając chianti, zjadamy co nieco. Czas mija miło, ale pora odespać trudy podróży!