Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7]
Ceglana architektura brytyjska | Kościoły, teatry, kasyna... | Tyle tu pomników! | Karmimy pelikany | Sympatyczny właściciel hostelu w Funchal
– Wygląda na to, że dziś całkiem ładna pogoda – mówię, wyglądając przez okno na zewnątrz.
Autobus ze Stratford na lotnisko mamy o 15:20. Teoretycznie na lotnisku do odlotu będziemy mieć 3 godziny. Może to i zbyt dużo, ale korki na drogach wokół Londynu bywają tragiczne. A przecież nie chcemy się spóźnić.
Dziś drugi dzień (a właściwie pół dnia) zwiedzania miasta. Wybieramy się do centrum, a spacer znów będzie okazją do przyglądania się architekturze miasta. Chociaż mogłoby się wydawać, że współczesne miasta są w gruncie rzeczy podobne do siebie, to styl brytyjskich czy może angielskich budynków, już na pierwszy rzut oka różni się od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Przede wszystkim fasady wielu budynków: tu dominuje cegła, która w Polsce kojarzy się raczej z niedoinwestowanymi, nieocieplonymi domami. Oczywiście, cegła jest tu pewnie symbolem elegancji, a ceglana elewacja może skrywać nowoczesny mur z warstwą izolacyjną. Piszę jednak o swoich wrażeniach. Cegły z pewnością są trwałym materiałem budowlanym, który może wytrzymać wilgotny i deszczowy klimat Wielkiej Brytanii. I z długą tradycją! Wykorzystywano je w średniowieczu, a później w architekturze georgiańskiej, wiktoriańskiej i edwardiańskiej. Poza tym były powszechnie dostępnym i niedrogim materiałem budowlanym podczas rewolucji przemysłowej w Wielkiej Brytanii, co doprowadziło do ich szerokiego zastosowania w projektach architektonicznych. Fasady tych domów mają często ganeczki, przybudówki a z połaci dachów często wystają okna mansardowe. Białe futryny okien i drzwi nadają charakterystyczny i elegancki wygląd kamienicom. Sporo jest również budynków z jasnego piaskowca – to na ogół budynki użyteczności publicznej, także hotele. Tę starą zabudowę psują współczesne betonowo-szklane budynki, na ogół wyższe od zabudowy w sąsiedztwie.
Przechodzimy przez park Russela (Russell Square) – spory georgiański skwer z fontanną i pomnikiem założyciela, księcia Bedford. Tabliczki na ławkach poświęcone są pamięci różnych osób. Sympatyczne.
Po chwili dochodzimy do centrum. Zaglądamy do anglikańskiego kościoła św. Idziego (St Giles in the Fields). Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tego, że święty Idzi, urodzony w VIII wieku w Atenach pustelnik, a zarazem patron kulawych, karmiących matek, rybaków, myśliwych, pasterzy, handlarzy końmi, rozbitków i epileptyków zowie się po francuski i angielsku St. Gilles. Kościół zbudowany w I połowie XVIII wieku, jednak, jak łatwo się domyślić, powstał na miejscu wcześniejszych świątyń wznoszonych i niszczonych w ciągu kilkuset lat. Jak można doczytać, prezentuje styl palladiański, cechujący się względną prostotą i funkcjonalnością. Nie ma więc tu nic z baroku, ani w fasadzie ani we wnętrzu. Są natomiast interesujące witraże i a w nawie głównej – spora marmurowa chrzcielnica. Jest tu też parę nagrobków angielskich poetów i dramaturgów, nie bez przyczyny świątynia znana jest jako kościół poetów. Znajduje się tu też kącik z zabawkami i malutkimi książeczkami, w którym dzieci zabrane przez rodziców do kościoła mogą spędzać czas nabożeństwa.
Mijamy Palace Theatre – wiktoriański budynek z czerwonej cegły. Wielki szyld „Harry Potter” umieszczony nad wejściem przyciąga uwagę. Nie wiem właściwie, co się tu znajduje, ale idąc za przykładem innych turystów – fotografuję go*/. Dalej interesujący budynek z kwadrygą rzymską na jednej z wieżyczek i długim balkonem obiegającym kamienicę. Mieści się tu Hippodrome Cassino, miejsce zapewne chętnie odwiedzane przez tych, którzy za dużo zarobili. Z pewnością można się tu nieźle zabawić przy jednym z 400 automatów, kilkudziesięciu stołach do ruletki, blackjacka czy bilardu. A potem wypić szampana lub utopić smutek sącząc Johnny Walkera w jednym z trzech barów… Ale chyba mało kto z londyńczyków pamięta, że miała tu miejsce prapremiera „Jeziora Łabędziego”, a występ Anny Pawłowej w 1910 roku zrobił prawdziwą furorę.
Zatrzymujemy się na chwilę przed iMax Empire Cassino przy Leicester Square. Na pobliskim skwerze a pomnikiem Wiliama Szekspira rozłożyła się młodzież na trawnikach. Zapewne uczą się do sesji. Różnych pomników tu więcej: Jest Harry Potter na miotle, jest Jaś Fasola, jest i Mary Poppins. A nawet Miś Paddington. Przysiadamy na chwilę przy olbrzymim metalowym psie, potem znów zapuszczamy się do chińskiej dzielnicy. Zupełnie inne wrażenia niż wczoraj w czasie deszczu.
– Podoba mi się tu, ale popatrz na ceny – mówię, wskazując na ofertę chińskich dań. – 15 do 30 £ za danie!
Jestem przyzwyczajony, że na świecie restauracje chińskie czy hinduskie są zwykle tańsze, ale najwyraźniej tu wszystko jest odwrotnie – choćby drożdżówki po półtora funta (7 zł)…
Mijamy Trocadero Centre i dochodzimy na Piccadilly Circuss z powszechnie znanym posążkiem skrzydlatego chłopca uzbrojonego w łuk. Oficjalnie to Shaftesbury Memorial Fountain, ale mieszkańcy nazywają pomnik Erosem. Co prawda postacią na kolumnie jest grecki bóg miłości, Anteros, a Eros był jego bratem, ale trudno od Brytyjczyków wymagać znajomości mitologii greckiej. Byłem w tym miejscu parę lat temu, ale dopiero dziś dostrzegam, że chłopak nie ma już strzał, jest bezbronny. Wspomniany hrabia Shaftsbury a właściwie Anthony Ashley Cooper był filantropem, który doprowadził do skrócenia dnia pracy do 10 godzin i za którego kasę Alfred Gilbert stworzył tę figurę.
Idziemy teraz szeroką ulicą a właściwie placem Waterloo, na którym ustawiono kilka pomników, między innymi pomnik konny Edwarda Ⅶ, Roberta F, Scotta (tego od badania Antarktyki – Ekspedycja Discovery z 1901 r.) i Sir Johna Franklina (tego od badania Arktyki – Ekspedycja Coppermine z 1819 r.). Mamy tu również kolumnę Księcia Jorku oraz Guards Crimean War Memorial Franklina. Ten ostatni pomnik przypomina czasem zapominany epizod z historii podboju świata przez Brytyjczyków. Trauma związana z załamaniem brytyjskiej ekspedycji na Krym zimą 1854/55 może wyjaśniać dzisiejsze zabiegi Brytyjczyków w kwestii półwysu Krymskiego. Dochodzimy w końcu na Horse Guards Parade – duży plac, na którym często urządzane są defilady. Znajduje się tu również pomnik upamiętniający ofiary wojen – Guards Memorial. – Może będzie zmiana warty? - zastanawiam się.
Tym razem nie będzie takiej okazji. Fotografujemy tylko żołnierzy Jej Królewskiej Mości pełniących służbę w historycznych, czerwonych mundurach. Piękni chłopcy maszerują tam i z powrotem po placu lub pilnują porządku na wyjątkowo cierpliwych koniach. Swoją drogą, czy towarzystwo opieki nad zwierzętami nie powinno się zainteresować losem tych biednych zwierząt, które muszą godzinami nieruchomo stać?
Mijamy Downing Street z policyjną ochroną i zaglądamy do St. James’s Park. Dziś jakoś mi mniej gęsi, jest trochę pelikanów. Przez dłuższą chwilę obserwujemy te wielkie ptaszyska.
– Masz jakiś chleb? – pytam Renatę. – Rzuć, zobaczysz, jak łapie.
Pelikan zgrabnie chwyta kawałek pieczywa i podnosząc wielki dziób do góry, potrząsa głową i wrzuca pokarm do żołądka.
– Oglądałem karmienie pelikanów rybami w Japonii, to naprawdę zabawny widok.
Na brzegu stawu ustawił się samotny pelikan, pióra na głowie ma "rozczochrane", sprawia więc wrażenie siwobrodego starca lub poważnego mędrca. Spłoszony lub znudzony wzbija się ciężko i łopocząc skrzydłami zatacza krąg nad wodą.
– Chodźmy dalej – mówi Renata.
Pod Pałacem Buckingham znów tłumy, wszędzie rozstawione barierki uniemożliwiające podejście do pałacowego ogrodzenia i psujące zdjęcia. Wracamy przez park St. James i tu spotykamy stado zielonych papug. Na trawniku piknikują lub po prostu odpoczywają młodzi londyńczycy i turyści. Zawsze zwracam uwagę na takie obrazki, gdyż w pamięci ciągle mam tabliczki „Nie deptać zieleni”, tak powszechne ongiś w polskich parkach i na skwerach. Dochodzimy do Royal Court of Justice – bogato zdobionego gmachu sądu wybudowanego w stylu wiktoriańskim w 1882 roku. Fasada ma potrójny portal a umieszczona powyżej galeria jest ozdobiona neogotyckimi łukami. Jeszcze wyżej – nalewo i prawo od tympanonu cztry okrągłe wieżyczki zwieńczone wydłużonymi stożkowatymi hełmami. Jeśli dodamy do tego arkadę przy ulicy, to otrzymamy całkiem interesujący widoczek. Uzupełnieniem jest Temple Bar Memorial upamiętniający istniejąca tu kiedyś bramę. Pomnik ma postać smoka na cokole, w którego niszach umieszczone są posągi królowej Wiktorii oraz księcia Edwarda.
Wsiadamy do autobusu jadącego na Stratford. Jest już 13:30, nie chcemy się spóźnić. Autobus National Express zawozi nas na Stansted.
– Nawet nie mamy opóźnienia – zauważam.
Do Funchal odlatujemy również planowo (19:15). Będziemy lądować późno w nocy. Pragnąc uniknąć potencjalnych problemów z transportem na miejsce noclegu, zabukowałem jeden z najbliższych hosteli w miejscowości Santa Clara zaledwie 3 km od terminalu.
– Myślę, że damy radę tyle przejść – mówiłem jeszcze w Krakowie.
– Oczywiście, poradzimy sobie – wtórowała Renata.
Lotnisko w Funchal jest uważane za jedno z trudniejszych ze względu na kapryśną pogodę: częste mgły i podmuchy silnego wiatru. 189 listopada rozbił się tutaj samolot TAP grzebiąc 131 osób; w niecały miesiąc później zdarzył się kolejny wypadek, w którym zginęło 35 pasażerów. Po tej czarnej serii poprawiono warunki na lotnisku.
Lądujemy po 22:00 i błyskawicznie opuszczamy terminal. Na szczęście droga do Santa Clara ma chodnik, nie ma więc problemu z przejściem. Na pomysł nocnego spaceru wpadły też dwie inne pasażerki. Idą przed nami, trzymając się za ręce. Słyszę polską mowę. No cóż, tu mogą czuć się mniej skrępowane swoją miłością. Santa Clara to mała mieścina. O tej porze jest już pogrążona we śnie. Puby i knajpki są pozamykane, co mnie troszkę jednak dziwi.
A oto nasz hostel. Młody chłopak otwiera wielką blaszaną bramę i przez podwórko prowadzi nas na piętro.
– Tu będzie wasz pokój, okej?
Kiwamy głową. Pokój jest cokolwiek dziwny: materac leży na paletach, a inne mebelki wskazują na zamiłowanie właściciela do robót stolarskich. Kuchnia znajduje się w komórce na podwórku.
– Będziesz chciała kawę lub herbatę? - zwracam się do Renaty.
– Nie, dziękuję. Wystarczy mi woda. Umyję się i kładę się spać.
Schodzę do kuchni, by zagotować wodę dla siebie. Chłopak siedzi tam sam z kieliszkiem wina i otwartą butelką.
– Masz ochotę na szklaneczkę? – pyta.
– Dlaczego nie, chętnie.
Chłopak mówi, że wynajmuje ten dom od roku i postanowił zrobić w nim hostel, aby móc się utrzymać.
– Sam to wszystko urządzam – opowiada – idzie to powoli, ale myślę, że za rok dobuduję jeszcze dwa pokoje na podwórku.
Rozmawiamy jeszcze chwilę o życiu na Maderze. Żegnam się z sympatycznym Portugalczykiem i wracam z przestygniętą kawą do Renaty.
__________________________
*/ W Palace Theatre wystawiano kiedyś opery, dziś można raczej oglądać klasyczne musicale. Znajduje się tu również agencja Grindrod Burton Casting.