Dzień: [1] [2] [3-4]


Kraków – Chania – Aptera – Retimno – Knossos

sobota, 31 III 2018


Szybka decyzja. Kupuję bilety | Co? Takie góry tutaj?! | Ruiny starożytnej Aptery | |


Kolejny mój wyjazd, tym razem na Kretę, jest dość niespodziewany. W ciągu 15 minut podjąłem decyzję, gdy tylko zobaczyłem tanie bilety. Wylot mam rano z Krakowa do Chanii, powrót po trzech dniach z Chanii do Wrocławia. Lot jest za 65 złotych w jedną stronę, w drugą – 13 euro; muszę jeszcze dopłacić 28 złotych za powrót autobusem z Wrocławia do Krakowa. Szkoda, że nie mogę jechać PolskimBusem za złotówkę, mówi się trudno. Mój krótki wypad przypada akurat na Wielkanoc i oczywiście wiąże się z masą pretensji towarzysko-rodzinnych, z racji mojej nieobecności w Krakowie.

Noc z piątku na sobotę spędzam u mamy. To optymalne rozwiązanie – odwiedzam ją przed świętami, jednocześnie mam łatwiejszy dojazd autobusem nocnym na Balice. Zrezygnowałem z dojazdu pociągiem, ostatnio podrożał do 10 zł, więc niech się PKP ugryzie.

Zrezygnowałem z noclegów w hostelach na Krecie na korzyść surwiwalu i spania całkiem na dziko. Nie mam ze sobą namiotu, mam jedynie śpiwór puchowy, alu-matę, koszulkę termoaktywną, getry, puchową podpinkę, ortalion i dwa podkoszulki. Mój zapas jedzenia obejmuje 30 deko kabanosów, serki topione, chleby długoterminowe, dwa pasztety, a także kilogram wafli. Tym razem nie policzyłem, ile kilokalorii mam ze sobą, zapewne więcej niż 2000 kilokalorii na dzień.

Okolicznością komplikującą wyjazd była moja niepewność, co do świąt: to okres Wielkanocy w Europie Zachodniej, natomiast nie do końca dla mnie było jasne, czy i kiedy Grecy robią sobie przerwę świąteczną. Informacje na temat otwarcia pałacu w Knossos oraz muzeum archeologicznego w Heraklionie były bardzo mylące (notabene nie mogłem znaleźć oficjalnej strony internetowej pałacu w Knossos). Z dużym prawdopodobieństwem muzeum będzie jednak otwarte.

Wylatuję z Balic o 6:15. Trochę przysypiam, a gdy dwie i pół godziny później zbliżamy się do Krety, przebudzam się i z zainteresowaniem przypatruję ośnieżonym szczytom na wyspie. Śnieg zalega jedynie powyżej pewnej wysokości, a granica między zimową a wiosenną scenerią tworzy wyjątkowo równą linię. To zawsze oznacza świeży śnieg, w który zamienił się opad, już po stajaniu zimowej pokrywy śnieżnej. Uwielbiam takie obrazki. Z sentymentem wspominam je z trampingu do Nowej Zelandii, kiedy podczas tamtejszej wiosny wspinałem się z synem na Ben Lomond nad Queenstown. A także z samotnego treku po Górach Barguszat w Armenii. Zbierając informacje o Krecie, zorientowałem się, że tutejsze góry są całkiem wysokie: najwyższy szczyt, Ida, wznosi się na 2,456 metrów n.p.m. Spotyka się tu duże wysokości względne, bo przecież góry usytuowane są tuż przy morzu. Tym niemniej ta grecka wyspa raczej nie kojarzyła mi się z tak „alpejskim” krajobrazem.

Samolot ląduje dopiero około godziny 10:00, w mieście powinienem być po 10:30, pierwszy autobus do Heraklionu jest o 11:30, a to oznacza, że w praktyce nie zdążę dziś zwiedzić pałacu w Knossos zamykanego, według informacji z sieci, o 15:00. Heraklion zostawiam więc na następny dzień. Na lotnisku informacja turystyczna jest zamknięta, nie ma też folderów na stojakach. Widocznie nie opłaca się dbać o turystów.

– Gdzie mogę kupić bilet na autobus do Chanii? – pytam miejscowego z walizką.

– W kiosku przed lotniskiem albo u kierowcy.

Autobus (bilet 2,5 euro) wypełniony jest głównie młodzieżą, widać, że loty po kilkanaście euro cieszą się wzięciem. Do centrum dojeżdżamy w pół godziny.

Dworzec autobusowy w Chanii jest niewielki i zatłoczony. Chcę dziś odwiedzić Apterę – ruiny starożytnego miasta zbudowanego 3000 lat temu pomiędzy Chanią a Heraklionem. O tej miejscowości dowiedziałem się właściwie dopiero tuż przed wyjazdem – jak zwykle i ten wyjazd jest mało przygotowany. Bezpośredniego autobusu do ruin nie ma, trzeba podjechać na skrzyżowanie przy głównej drodze, a następnie przejść około 2,5 km.

– Jak się nazywa ten przystanek? – pytam kasjerkę.

– Μεγαλα Χωραφια Cross.

– Jak? – najwyraźniej mam minę kretyna, więc kobieta zapisuje nazwę na kartce.

Kupuję bilet (2,1 euro) i stwierdzam, że mam chwilę czasu do odjazdu. Obchodzę najbliższą okolicę dworca. Na straganach pomidory po 1,35 euro, jakieś dziwne kolczaste owoce po 2,50 euro. Etylina 95 na pobliskiej stacji po 1,60 euro.

O 11:30 wsiadam do jednego z dwóch autobusów odjeżdżających o tej samej godzinie w stronę Retimno. Dojeżdżam do Megalachorafii i tam wysiadam. Starożytna Aptera, jak wspomniałem, znajduje się przy bocznej drodze, równoległej do głównej szosy. Czeka mnie teraz półgodzinny spacer. Po drodze spotykam kościółki oraz mniejsze lub większa kapliczki. I właśnie te malutkie kapliczki, czasem wielkości karmnika, czasem w rozmiarze budy dla psa są najśliczniejsze. Wewnątrz znajdują się podniszczone obrazki świętych, drewniane lub metalowe krzyżyki, czasem zapalona świeczka. Tu, w Grecji, nie ma przydrożnych polskich krzyży, są natomiast te kapliczki nadające krajobrazowi specyficzny klimat.

Dalsza droga prowadzi wśród pól. Czasem trafiam na przysiółki, niewielkie wioski. Chociaż to sobotnie popołudnie, sklepy są w nich na ogół otwarte, podobnie jak tawerny. Można wstąpić, by coś zjeść albo wypić, ale jakoś nie potrafię tego korzystać – zawsze mi się wydaje, że są to miejsca z podwyższonymi cenami, a przecież nie zawsze mam coś do jedzenia ze sobą. Tak czy owak idzie się przyjemnie. Ptaszki śpiewają, motylki latają, osy brzęczą.

Zwiedzanie ruin

Droga do Retimno i zwiedzanie

Przejazd do Knossos


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej