Dzień: [1] [2-3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17] [18] [19] [20] [21] [22] [23-24]
Wejście na dziko | Dalej nie pójdziecie! | Wspinaczka na Batok | Czekamy na transport | Długa droga na wschód Jawy
Dziś długo oczekiwany dzień: wybieramy się na Bromo. Szybko zjadamy śniadanie i wymykamy się z domu, informując właścicieli, że odbierzemy plecaki za kilka godzin. Jest 7:00 rano, dzień zapowiada się słonecznie. Nad okolicznymi wzgórzami zalega jeszcze poranna mgła. Dopiero teraz jesteśmy w stanie lepiej przyjrzeć się miejscowości, w której wczoraj wieczorem się znaleźliśmy. Zabudowa jest w większości parterowa, kolorowe domki mogą się podobać. Mieszkańcy miasteczka pootwierali już sklepy, dzieci barwnie ubrane z równie kolorowymi torbami idą do szkoły. Ulice i chodniki pokrywa gruba na kilka milimetrów warstwa wulkanicznego pyłu. Przed niektórymi domostwami jest już czysto, gospodarze wykonali swoją codzienną pracę. Wielu mieszkańców nosi maseczki lub chusty na twarzy. Jest to również obowiązkowe wyposażenie motocyklistów, którzy w tumanach kurzu przejeżdżają główną ulicą.
Z małymi plecakami i zapasem wody idziemy na brzeg wielkiej kaldery. Widać stąd sławny wulkan. A właściwie dwa wulkany: mniejszy stożek z charakterystycznymi żłobieniami na zboczach, który często omyłkowo jest zwany Bromo oraz – nieco dalej – prawdziwy wulkan o tej nazwie.
Dziś, podobnie jak to często się zdarza, z Bromo wydobywają się kłęby pary. U podnóża pierwszego stożka wulkanicznego zwanego Gunung Batok rozłożył się "kompleks handlowo-usługowy” – obok kilkudziesięciu straganów zaparkowało mnóstwo jeepów, które dowożą turystów. My zamierzamy udać się tam na piechotę – to zaledwie 3 km. Wstęp do parku narodowego jest płatny, tu na skraju kaldery jest nawet budka strażnicza, lecz o tej porze dnia bez obsługi.
– Idziemy? – pytam na wszelki wypadek o zejście tą drogą.
– Idź pierwszy – mówi Cecile na wszelki wypadek.
Ścieżka, którą schodzimy na dno kaldery, jest skrótem używanym przez mieszkańców, którzy tędy prowadzą osiołki z pakunkami i towarami do wspomnianych straganów. Roślinność wokół pokryta jest grubo szarym pyłem wulkanicznym, smętnie zwisają trąby anielskie, które tak mi się podobały na kwitnących krzakach, gdy wieczorem jechaliśmy do Cemoro Lawang.
Po 15 minutach jesteśmy na dole. Kończy się zieleń, zaczyna się płaska brunatną szara równina. Ze dwa kilometry dalej dwóch jeźdźców kłusuje przez pustkowie. Jak się wkrótce przekonamy, konne przejażdżki są tu miejscową atrakcją. Daleko przed nami z tej perspektywy powyżej nas dymi wulkan Bromo ledwo widoczna jest ścieżka ze schodami prowadząca na krawędź krateru. My na razie kierujemy się ku wulkanowi Gunung Batok. Mijamy go i podchodzimy do kompleksu świątynnego. Najbardziej charakterystycznym elementem w tym hinduistycznym klasztorze jest rozcięta brama. Wstęp na teren świątyni jest niemożliwy, ale z tego, co widzę, za murem nie ma żywego ducha. Może mnisi śpią, może medytują. W każdym razie świątynia wygląda bardzo malowniczo na tle kaldery. Ludzi tu jakby więcej, widać dojechali dżipami i wędrują teraz w małych grupkach w różnych kierunkach. Idziemy w stronę ścieżki prowadzących na Bromo.
– Dziś wstępu nie ma – mówi uzbrojony strażnik. – Za dużo aktywność wulkaniczna.
– Ale… – oponuję.
– I nie jest bezpiecznie.
Przeczuwałem taką sytuację: gdy patrzyłem przez teleobiektyw swego aparatu, nie dostrzegłem na krawędzi wulkanu żadnych ludzi. Czy rzeczywiście niebezpieczeństwo jest istotne? Faktem jest, że Bromo raz na jakiś czas wyrzuca ze zdwojoną siłą kłęby pyłów i pary, a z głębi krateru dochodzą niskie pomruki.
– Z tym większą ochotą bym tam wszedł – myślę sobie.
Przez chwilą przekomarzam się ze strażnikiem, ale zdaję sobie sprawę z tego, że dziś nic z tego nie będzie. Na szczęście mamy alternatywę – bardziej malowniczy stożek wulkanu Gunung Batok. Zawracamy więc i stajemy u stóp wulkanu.
– Naprawdę chcesz tam wchodzić? – Cecile patrzy na mnie z wątpliwościami w oczach.
– No, pewno. To pół godziny, za 40 minut maksymalnie jesteśmy na górze.
Z góry schodzi dwóch chłopaków z chustami na twarzach.
– Widzisz, oni dali rady dali radę.
– Albo się wycofali – zauważa Cecile.
– Dobra, idziemy.
Droga pod górę jest męcząca. Stroma ścieżka pokryta jest grubą warstwą pyłu wulkanicznego, który usypuje się spod nóg.