Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13] [14] [15] [16] [17]


Bridgetown – (Marigot) – Pointe-a-Pitre – Saint-François

czwartek, 28 XI 2019


Odlatujemy na Barbados | Niepotrzebna sprzeczka | Nasz lot jest anulowany | Proszę nie trząść łóżkiem


Właściwie całą noc nie spałem pilnując, by karaluchy nie dobierały się do Agnieszki. Kilka razy strzepywałem je z siebie. Dobrze, że mamy ze sobą te bieliźniane śpiwory. Zdrzemnąłem się dopiero nad ranem.

Budzik nastawiony na 5:00 cichutko brzęczy. Otwieram oczy. W barze jest ciemno, na zewnątrz zresztą też panuje noc.

– Agnieszko, już czas – potrząsam ramię dziewczyny.

Naćpany chłopak śpi jak zabity. Barman przebudził się i podniósł głowę.

– Good morning – witam się po cichu – time for us.

Zwijamy śpiwory pościelowe. Chłopak również wyskoczył spod koca. Wypalają z Agnieszką papierosa.

– Było bardzo miło, dziękujemy za nocleg – mówię do niego.

– Nie ma za co.

Wyciągam 15 XCD i pytam:

– Okay?

– Okay, sure.

Ruszamy w stronę lotniska. Pierwszy odcinek do bramy przy wylocie doliny przechodzimy praktycznie w całkowitych ciemnościach. Daleko nad morzem niebo się zaróżowiło. Brama już jest otwarta, mijamy zaspanego strażnika. Nasz samolot należący do linii LIAT stoi już na pasie.

Lotnisko w Marigot należy do tych trudniejszych dla pilotów, zwłaszcza przy podejściu od strony gór. Pas kończy się 170 metrów od morza. Tu, na Dominice, było to jedyne płaskie miejsce, na budowę lotniska. Ruch, w tym międzynarodowym porcie jest… umiarkowany. Odlatuje stąd codziennie zaledwie kilka samolotów.

Lot do Bridgetown na Barbados trwa 50 minut. Ledwo się wznieśliśmy, a już słyszymy zapowiedź lądowania i komunikat o zapięciu pasów. Siedzimy przy oknie i z przyjemnością oglądam zbliżającą się linię brzegową wyspy. Przelatujemy obok stolicy i zniżamy się ku lotnisku.

Tuż po 8:00 jesteśmy na miejscu. Musimy koniecznie wymienić parę dolarów na lokalną walutę, by mieć czym zapłacić za przejazd do stolicy. Przystanek znajduje się przy głównej drodze i jest oddalony od hali przylotów zaledwie o 200 metrów. Na głównej trasie przebiegającej zachodnim wybrzeżem autobusy jeżdżą dość często, tak więc po kilku minutach już siedzimy w autobusie do Bridgetown (bilety po 3,5 BBD). Wysiadamy w centrum.

W planie mamy zwiedzanie miasta i krótkie plażowanie. Lot na Gwadelupę jest o godzinie 13:45, nie spodziewam się po Bridgetown jakichś spektakularnych widoków i niezwykłych wrażeń. Ot, jeszcze jedno miasto podobne jak Castries czy Roseau.

[opis miasta]

Oglądamy jakieś budynki rządowe, przechodzimy obok mariny w stronę wybrzeża. Agnieszka wciąż zostaje z tyłu, złapała darmowe WiFi i chce wysłać zdjęcia na swojego fejsa. Złoszczę się, bo czasu jest niewiele. A przecież będzie mogła się skomunikować ze znajomymi wieczorem na Gwadelupie. Przyzwyczaiłem się już do tego, że robi przerwy na papierosa w najmniej oczekiwanych i właściwych momentach. Być może moja cierpliwość zbliżyła się niebezpiecznie do granic wytrzymałości. W każdym razie robię jej ostrą wymówkę i na plażę idziemy już w milczeniu.

Brownes Beach, chociaż znajduje się w centrum miasta, jest atrakcyjna. Długa na kilometr i szeroka, z białym piaskiem. Co prawda biegają po niej bezpańskie psy, ale zasadniczo jest czysta. Zrzucam z grzbietu plecak i kładę się na piasku. Ta niepotrzebna sprzeczka pogorszyła mi humor, mimo wszystko cieszę się, że tu dotarłem.

Chałupy welcome to!

Sun of Jamaica blues

Polish Barbados i Galapagos

Chałupy welcome to!

Po chwili podchodzę do Agnieszki, która rozłożyła się 20 kroków ode mnie.

– Idź się kąpać, ja popilnuję rzeczy.

Spędzamy tu ze dwie godziny. Później Agnieszka znika, by skorzystać z WiFi w barze na plaży. Co prawda jest ono płatne, ale udaje jej się wysępić kod za darmo.

Samolot mamy o 13:45. To była najdłuższa dostępna przerwa podczas lotu na Guadalupę. Na lotnisku jesteśmy na godzinę przed odlotem.

– Zdaje się, że niepotrzebnie się spieszyliśmy – stwierdzam, patrząc na tablicę z odlotami. Opóźnienie wynosi 30 minut.

Mam w końcu dostęp do prądu, podładowuję akumulatory w aparacie, a Agnieszka komórkę. Tłum pasażerów w hali odlotów gęstnieje, ławki są zajęte, siedzimy na podłodze. Godzinę później pojawia się nowy komunikat: opóźnienie będzie półtoragodzinne. To już przestaje być śmieszne. Kolejka do gate’u rozchodzi się. W końcu pojawia się komunikat, że lot do Pointe-a-Pitre jest odwołany. W hali odlotów rozlega się przeciągły niski jęk zawodu wydobywający się z kilkudziesięciu gardeł. Widać, że pasażerowie są poddenerwowani, a mi podnosi się ciśnienie. Po kilkunastu minutach chaosu przy bramce ustawiają się pasażerowie odlatujący na Dominikę o 15:30. Przedstawicielka linii LIAT chodzi po hali i wyszukuje pasażerów z odwołanego lotu. Zgłaszamy się i zostajemy ustawieni również w kolejce na lot do Marigot. Nie wiem, jak to wszystko się skończy; podobno stamtąd polecimy do Pointe-a-Pitre. Ale, kiedy – nie mam pojęcia.

Lot trwa znów krótko. W Marigot część pasażerów opuszcza samolot, my i ci, którzy lecą do Gwadelupy – po zapowiedzi stewardessy – zostają w samolocie. Dobieramy jeszcze parę osób i znów startujemy.

– Czym się martwisz? – Agnieszka spogląda na mnie.

– Zastanawiałem się, jak dojedziemy teraz na nasz nocleg.

– Jak? Normalnie?

– Nie za bardzo. Tam po 17:00 nie ma żadnych połączeń autobusowych.

– Nie martw się. Jakoś to będzie, poradzimy sobie.

Lot na Gwadelupę jest jeszcze krótszy, zaledwie 20 minut. To najkrótszy mój lot w życiu!

Lotnisko jest położone jakieś 7 kilometrów od miasta. Rzecz w tym, że nawet ze stolicy nie dostaniemy się do Saint-François, gdzie mamy nocować. Z tego, co czytałem, wynika, że w ogóle nie ma na wyspie komunikacji publicznej po 18:00.

– Jedyna korzyść z tej sytuacji jest taka – pocieszam się – że mogę powiedzieć, iż byłem dwa razy na Dominice.

Informacja jest nieczynna, zasięgamy języka u jakiś u ludzi.

– Tylko taksówka – odpowiadają i tym razem im wierzę.

Zapadł już zmierzch, o autostopie nie ma więc mowy, a taksówka, jak podpowiadają miejscowi, kosztuje 80 euro. Saint-François oddalone o trzydzieści pięć kilometrów, znajduje się na końcu wyspy.

– Kto mógł przypuszczać, że tyle się spóźnimy... – wzdycha Agnieszka.

– I tak dobrze, że udało się dzisiaj dolecieć tutaj.

– Co robimy?

– Nie wiem.

– Zadzwońmy do kobiety, może po nas podjedzie.

– To chyba dobry pomysł. Tylko wiesz, ona nie pisała do mnie po angielsku, chyba nie zna języka. Najlepiej, by było, aby ktoś z nią po francusku porozmawiał i wytłumaczył w czym rzecz.

Zaczepiam przedstawicielkę LIAT i długo jej tłumaczę po angielsku, w czym rzecz.

– Nie ma sprawy, daj mi numer do tej kobiety, porozmawiam z nią i zasugeruję, jak może wam pomóc.

Daję dziewczynie swoją komórkę. Po kilku minutach wszystko jest jasne: pani może przyjechać po nas na lotnisko, ale będzie nas to kosztować 40 euro. W porządku, to i tak mniej niż za taksówkę. Pół godziny później witamy się z sympatyczną czterdziestolatką.

– Bonsoir!

– Good evening! Sorry for this situation…

Aucun problème!

– Anulowano lot na Gwadelupę, musieliśmy lecieć z przesiadką…

Je comprends, comprends.

Jedziemy. Sytuacja wydaje się opanowana, wszystko się dobrze kończy – poza finansową wpadką. Takie rzeczy się zdarzają.

Nasz host mieszka w piętrowym domu na obrzeżach Saint-François w miejscu oddalonym od głównych dróg i linii brzegowej (a przez to chyba w niższej cenie). Wygląda na to, że jest starą panną, a w każdym razie mieszka sama.

– Rano wychodzę do pracy przed 8:00 – zapowiada – zostawcie dom w porządku.

Pokazuje nam pokój łazienkę i kuchnię. Bierzemy jeszcze hasło do WiFi i po kilku minutach zdawkowej rozmowy mówimy sobie dobranoc. Pokój jest zwyczajny, skromny, z dużym skrzypiącym łóżkiem. W pokoju znajduje się kilka kartek z instrukcjami dla gości. Nie znając francuskiego tłumaczymy sobie kartkę wetkniętą za ramę lustra: „SVP NE SECOUE PAS LE LIT”. Wybuchamy śmiechem: najwyraźniej nasz host ma dosyć nocnych igraszek par, które tu nocują.


Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej