Dzień: [0] [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9] [10] [11] [12] [13]


Seki – Zaqatala – Bakalan – Tbilisi

wtorek, 27 IX 2011


Zwiedzam Seki | Na zamkowym wzgórzu | Wzrywacztki nieto? | Powrót do Tbilisi


Budzę się o 7:00, jem śniadanko i czekam na gospodarza. O 8:15 podjeżdża.

O, uże gotow? – pyta się.

Jasne. K startu gotow. Facet jest wstawiony, czuć od niego wódą na pół kilometra, ciekawe, jak tu dojechał. Daję mu za nocleg 10 manatów, zdaje się, że przepłacam, no ale trudno. W Lonely Planet (2007) podają ceny za homestay od 5 do 20 manatów. Idę w stronę centrum na piechotę. Siąpi deszcz i czuję, że jeśli zaraz nie wsiądę do marszrutki, to wkrótce będę mokry. Wciąż mi się wydaje, że to już niedaleko. Seki okazuje się jednak wyjątkowo dużo miejscowością. Albo... nocleg wypadł na odległych przedmieściach. 😉

Zatrzymuję się pod sklepowym daszkiem. Sprzedawca a może właściciel sklepu z chałwą zaczyna rozmowę ze mną. Wypytuje, skąd, dokąd. Później rozmawiamy o Azerbejdżanie i Polsce. Czekamy na marszrutkę, która ma mnie zawieźć pod karawanseraj. Jak na złość – długo jej nie ma. Sprzedawca zatrzymuje znajomą taksówkę i tłumaczy taksówkarzowi, dokąd ma mnie zawieźć. Niby mam zapłacić jak za marszrutkę. Oczywiście, na koniec kierowca chce, bym zapłacił jak zwykły kurs. Wygłaszam (po polsku) tyradę na temat mafii taksówkowej i daję mu jednego manata. OK. Budynek karawanseraju nie jest zbyt imponujący, ale – gdy wejdzie się na dziedziniec i pomyszkuje po zakamarkach – może się spodobać. Dziś jest to hotel, Lonely Planet – jak mu nie ufać? – klasyfikuje go jako "tani". Pytam portiera o aktualną cenę: 300 manatów! Może 300 €?!, zastanawiam się, aż mi się nie chce wierzyć. Nieważne.

Kieruję się teraz na zamkowe wzgórze ulicą zabudowaną zabytkowymi, dziewiętnastowiecznymi domami. Klimaty całkiem europejskie – chociaż nie wiem, które z odwiedzonych miast Seki mi najbardziej przypomina. Po chwili przechodzę przez bramę w murze otaczającym twierdzę. Deszcz praktycznie ustał, więc swobodnie mogę zwiedzać. Niebo tylko zachmurzone i zdjęcia nie będą zbyt ładne. Zaglądam najpierw do budynku po drugiej stronie drogi, mieści się tam informacja turystyczna. Kramik z pamiątkami i galeria są jeszcze nieczynne, biorę plan miasta i wracam do zwiedzania. Najpierw kościół albański – biała rotunda z X wieku. W przedsionku – sklepik z pamiątkami, mało ciekawa cepelia. Na oddzielnej półce dostrzegam oryginalne znaleziska archeologiczne: jakieś sprzączki, gliniane figurki. No, tych rzeczy akurat mi się nie sprzedadzą, szkoda. W nawie kościoła urządzono wystawę rzeźb. Dwa manaty za wstęp to za dużo, bym się skusił.

Nieco dalej znajduje się najważniejszy obiekt w twierdzy – Han Sarai, czyli pałac Chana z drugiej połowy XVIII wieku. Mam szczęście: dziś międzynarodowy dzień UNESCO, wstęp gratisowy. Pałac położony jest w ogrodzie z fontannami i alejkami. Z zewnątrz wygląda dość skromnie – zwracają uwagę jedynie kolorowe witraże podświetlane od środka. Wchodzę z niewielką grupą Azerów. Towarzyszący nam przewodnik opowiada o wnętrzach, a te są naprawdę piękne. Pierwsze z pomieszczeń wyłożone jest malowaną boazerią i kolorowymi tkaninami. Nawet sufity jest ozdobiony wzorzystymi barwnymi motywami. Z chęcią porobiłbym tu zdjęcia, lecz przewodnik czujnie spogląda na aparat zawieszony na mojej piersi. Czeka, aż opuszczę komnatę, taki z niego cerber! Kolejne pokoje są oddzielone wysokimi, 20-centymetrowymi progami i są również zachwycające. Wszędzie bogate zdobienia ścian i sufitów. W pokoju "kobiecym" dominują motywy kwiatowe, arabeski i jakiś ptaszki, natomiast w pokoju "męskim' malowidła przedstawiają sceny polowań i mityczne bestie. Nieliczne meble i inne przedmioty ustawione w gablotach również wzbudzają moje zainteresowanie. W sumie – warto tu było przyjechać.

Podjeżdżam zatłoczoną marszrutką na dworzec autobusowy. Autobusu do granicy nie ma, mogą pojechać tylko do Zaqatali. Wrzucam plecak do prawie pełnej marszrutki i biegnę po ostatnie zakupy w Azerbejdżanie. W sklepiku kupuję chałwę Seki oraz miniaturowy egzemplarz Koranu umieszczony w ażurowym skórzanym stojaczku. Ta książeczka jest mniejsza od irańskiego egzemplarza Koranu wciśniętego mi ongiś przez dzieciaka na placu Imama w Isfahanie (Iran)*/. Droga do przedostatniej miejscowości przed granicą zajmuje może godzinę. Przejeżdżamy przez okolicę pełną plantacji leszczyny. Krajobraz dalszym ciągu jest zamglony, nie ma warunków do podziwiania nie tak odległych kaukaskich szczytów. Wysiadam w pobliżu dużego ronda. Z pobliskiego dworca autobusowego za pół godziny odchodzą marszrutki do Balakən ostatniego miejscowości przed granicą. Nie przewiduję więc kłopotów z dostaniem się do Gruzji, postanawiam co nieco zapoznać się z miasteczkiem. Tyle że nie chce mi się chodzić z plecakiem. Zaglądam do pobliskiej apteki i pytam, czy przechowają mi plecak.

Wzrywacztki nieto? – pyta podejrzliwie farmaceuta.

Kręcę głową i szeroko się uśmiecham.

Niet!

Odkuda ty? Aaaa! Z Polszy...

Azer patrzy już na mnie łagodniej i wskazuje miejsce za ladą.

Ostaw’ riukzak zdies’.

Bolszoje spasibo! Budu obratno czerez czas!

Ruszam szybkim krokiem. Idąc w kierunku starego miasta długą ulicą pełną małych sklepików, spotykam parę kawiarenek internetowych. Może bym i skorzystał z internetu, ale brakuje czasu. Będzie okazja w Tbilisi. Dochodzę do meczetu, tu znajduje się również współczesna medresa z wyższą szkołą – koraniczną, oczywiście. W środku dużo kolorów, ale bez przepychu. Na placu przed operą odpoczywam chwilę w alei z popiersiami. Złote posągi ze sławnymi, jak się domyślam, postaciami związanymi z regionem czy może krajem. Wdaję się w rozmowę z miejscowym dziadkiem. Sympatyczny staruszek objaśnia mi, kim były niektóre z tych postaci. Robimy sobie zdjęcie na pamiątkę i idę dalej szukać sławnego klonu i warowni. Istotnie, na pobliskim skwerze rośnie imponujący klon o obwodzie siedmiu metrów z piękną łuszczącą się korą. To miejsce schadzek tutejszej młodzieży. W pobliżu znajduje się pomnik bojowników czy też żołnierzy. Bardzo nowoczesne przedstawienie. Podchodzę pod tzw. Warownię Rosyjską, wstępu nie ma, gdyż jest to obiekt wojskowy, natomiast spod murów roztacza się ładna panorama, choć okoliczne szczyty toną we mgle. Wracam na dworzec wzdłuż murów warowni, potem zagłębiam się we współczesne osiedle. Pomiędzy blokami mieszkańcy przeciągnęli dziesiątki sznurków, na których teraz suszy się pranie. Wygląda to bardzo malowniczo i pomimo krzyków "no photo" wydawanych przez paniusię stojącej w oknie, pstrykam parę zdjęć. Odbieram bagaż z apteki i pakuję się do busa. Wewnątrz pełno dziewcząt. Są tak śliczne, że nie mogę oderwać oczu.

Wysiadam na skrzyżowaniu w Balakən. Znowu słyszę "brak marszrutek do granicy". Gruzja jest 13 kilometrów dalej, pakuję się więc do taksówki i za 1 manata podjeżdżam do granicy. Przejście graniczne przekraczam z buta. Witaj Gruzjo po raz trzeci! Po drugiej stronie jakiś chłopak czeka na okazję. Więc nie tylko ja podróżuję stopem 😉 Zabieram się pustym autobusem do Lagodechi (1 lari). Zmieniam też czas w komórce na lokalny, zyskując jedną godzinę. Przyczepia się do mnie waluciarz, może to i dobrze, bo zostało mi trochę azerskich pieniędzy. Zamieniam 10 manatów na 20 lari. Mam trochę czasu, bo jedna marszrutka do Tbilisi zwiała mi sprzed nosa, kolejna za godzinę. W Tbilisi jestem dość późno, ściemniło się. Wsiadam do znajomego busa 150, odnotowując, że przejazdy podrożały do 0,8 lari. Podjeżdżam na ulicę Czitaja 4 licząc, że będzie tu wolne miejsce. Jest! Nocuję z kilkoma żołnierzami w pokoju. Wyskakuję jeszcze po chleb do sklepiku mieszczącego się w tym samym budynku i korzystając z dostępu do sieci internetuję się trochę.

___________________________________

*/ W sumie z podróży przywiozłem trzy Korany: z Iranu, z Azerbejdżanu i z Kataru.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej