Dzień: [1] [2] [3] [4] [5] [6] [7] [8] [9]


Praia – Orgãos

wtorek, 24 I 2023


Niezbyt czarni mieszkańcy Cabo Verde | Złe mzimu rozbija piwo | Kierunek – góry! | Nasz "romantyczny" pokój | Na karbowerdyjskiej prowincji | Piękne zimorodki i dziwne "muzeum" | Wizyta u wytwórców grogu | Wieczorny spacer


Rano odczytuję sms-a od gospodarza pensjonatu, w którym dziś mamy zamocować. Nasz pokój jest gotowy i czeka na nas. Uprzejmie odpisuję, że nie wiem, kiedy dotrzemy, gdyż musimy zorganizować sobie transport. Płacę za nocleg 2900 escudo, nie czekając na resztę, bo chłopak ma trudności z jej wydaniem. Bierzemy plecaki i wychodzimy do miasta. Praia z pewnością nie jest olśniewającym miastem, ale pierwsze wrażenie – czyste uliczki i reprezentacyjny deptak z równo przystrzyżonymi fikusami Benjamina – jest pozytywne. Dzielnica, w której się znajdujemy, to Plato – niewielki płaskowyż tuż nad oceanem. Jest to jednocześnie najstarsza część stolicy. Portugalscy kolonizatorzy pokusili się o kratownicowy układ ulic i wielopiętrową zabudowę. Jest tu pałac prezydencki i parę kościołów, zwiedzanie miasta zostawiamy jednak na inną okazję. Dziś mamy inne priorytety. Pytamy o dworzec z busami do Assomady, miejscowy chłopak pokazuje ogólnie kierunek, a z gestów wynika, że mamy zejść do części miasta znajdującej się poniżej. Potwierdzamy te informacje jeszcze u innych osób. Na ulicy przechodnie uśmiechają się do nas, a my do nich. Pozdrawiamy się często.

– Wiesz, oni nie wyglądają bardzo murzyńsko – stwierdzam.

– Bo są mieszańcami – mówi Renata.

– No, tacy europejscy są.

Nie powinno nas to dziwić. Mulaci, których tu najwięcej, są potomkami czarnoskórych i Portugalczyków. Trochę jestem rozczarowany, z drugiej strony, dla Renaty wyjazd do tej części Afryki nie będzie aż tak kontrastować z europejskimi realiami, do których jest przyzwyczajona.

– W każdym razie cieszę się, że tutaj dotarłem – kontynuuję – mam na myśli, że udało mi się przyjechać do nowego kraju. Od czasów przedpandemicznych nie byłem w żadnym nowym kraju. No i cieszę się, że przyjechałem tu z tobą – dodaję.

Wstępujemy na kryty targ zlokalizowany w dużej, dwupiętrowej hali. Mnóstwo tu straganów z warzywami i owocami, niestety ceny nie są nigdzie wystawione, trudno się zorientować, ile kosztują towary. Z drugiej strony nie spieszymy się z ich kupowaniem – zakupy oznaczałyby dźwiganie dodatkowych kilogramów.

– Change many, change money? – co chwilę na ulicy zaczepiają nas cinkciarze.

Najwięcej jest ich w okolicach banków przy Avenida Amilcar Cabral. Kolejny chłopak pokazuje nam na mapie lokalizację przystanku, skąd przy odjeżdżają autobusy do Orgãos.

Mijamy spokojną uliczkę z interesującymi muralami przedstawiającymi jakieś współczesne (ale znane tylko mieszkańcom kraju) postacie i kolorowymi schodkami schodzimy do dolnej części miasta. Tu, przy alei Machado Santos, parkują dziesiątki białych busów. Stąd i z sąsiedniej ulicy Sucupira odjeżdżają minibusy w głąb wyspy.

– Do Orgãos tam stoją busy – pokazuje nam jakiś mężczyzna.

Faktycznie, przy skrzyżowaniu Sucupira i Av. Cidade de Lisboa stoi już pojazd w połowie wypełniony pasażerami. Kierowca zaprasza nas do środka.

– Poczekaj – mówię do Renaty – nie mamy już chleba. A tam, w tej górskiej wiosce, nie wiadomo, jak będzie z zaopatrzeniem.

– Pójdziesz kupić, a ja poczekam tu?

– Chodźmy razem, bo jeszcze ktoś mi ciebie porwie.

Cóż, mało kto tu zna angielski, z pewnością słowo „bread” nie należy tutaj do powszechnie znanych. Ale znajduje się jakaś anglojęzyczna pani, która podaje nam lokalizację. Trochę to trwa zanim odnajdujemy właściwy sklep. Już z daleka dolatuje do nas zapach świeżego pieczywa. Niestety jest ono dopiero w trakcie wypieku. Pieczenie odbywa się w sklepie spożywczym w dużej skrzyni wielkości suszarki laboratoryjnej. Na dwóch półkach za szybką pieką się bułeczki.

– Ile to potrwa? – pytam, pukając palcem w nadgarstek (zegarka nie noszę od 10 lat).

– Dziesięć minut.

Ok, poczekamy. Kręcimy się po sklepie i, oglądając ceny produktów, z przykrością stwierdzamy, że są one znacznie wyższe niż w Polsce. Tak, jak w Maroku i w innych krajach, te produkty, które są importowane, muszą być droższe. W pewnym momencie koło nas roztrzaskuje się mała butelka z piwem. Ja mam czyste sumienie – nie dotykałem.

– To ty? – spoglądam pytająco na Renatę.

– Nie. Skąd!?

Personel sklepu patrzy na nas z wyrzutem. My jednak zachowujemy kamienny wyraz twarzy. Może to jakieś złe mzimu? Po chwili bułki są już gotowe. Kupujemy 10 sztuk oraz wodę za 69 escudo i szybkim krokiem wracamy na dworzec.

Niestety w tym momencie wypełniony pasażerami minibus odjeżdża, musimy poczekać aż skompletuje się kolejny pojazd. Czas wykorzystujemy na fotografowanie lokalnych obrazków. Oto w przychodni zebrała się grupka sprzedawców, przekupki królestwo oferują banany jakieś tam warzywa Kobiety ubrane są w miarę barwnie, ale nie tak kolorowo, jak w Senegalu czy Uzbekistanie. Renata przechadza się po placu, jestem dość zaskoczony jej odwagą czy też beztroską, bo inne towarzyszki drogi, z którymi podróżowałem, nie byłyby skłonne do opuszczenia pojazdu w oczekiwaniu na odjazd. Ale faktycznie – czujemy się tutaj komfortowo i bezpiecznie.

– Bardziej podobają mi się Murzyni niż Arabowie – stwierdza później Renata.

Cóż, Maroko nie sprawiło na niej zbyt pozytywnego wrażenia przez natarczywość sprzedawców i innych naganiaczy.

– Dla mnie najbardziej przyjemnymi krajami były Syria, Iran i Rosja – wspominałem swoje trampingi – tam ludzie byli najbardziej serdeczni i gościnni; zapraszający do siebie.

– Mnie Arabowie denerwowali.

Okej. Staram się nie generalizować, każdy ma swoje doświadczenia. Przez dłuższą chwilę dyskutujemy o tym problemie, na koniec dochodzimy do banalnego wniosku, że różnie to może być, że można mieć odmienne doświadczenia. No, ale najważniejsze, by nie uogólniać niesprawiedliwie.

Mamy już komplet pasażerów, w ostatnim momencie dosiada się kobiecina z wielkimi miednicami wypełnionymi pieczywem, bułkami i chlebem tostowym. Musimy się przesiąść na tylną kanapę tak, by handlarka mogła się zmieścić ze swoim towarem z przodu. Ruszamy do Orgãos, to około 25 kilometrów. Mamy tam zarezerwowane noclegi na dwie kolejne noce. W planach – mam nadzieję – zdobywanie najwyższego szczytu wyspy.

Za miastem widoki są średnio ciekawe. Wokół teren pozbawiony lasów i jakiejś wyższej roślinności, z rzadka można dostrzec kilka krzaków. Wszędzie powysychane łąki, przy gospodarstwach małe poletka z warzywami, jakieś pólka z kukurydzą, czy też zagon z ziemniakami. W miarę, gdy posuwamy się w głąb wyspy, krajobraz staje się bardziej górzysty, lecz wciąż pozostaje monotonny. Dziesiątki skalistych, wysuszonych wzgórz z rzadka porośniętych niewysokimi krzakami. Hm. Wciąż mam nadzieję, że Santiago okaże się bardziej zielone, niż płaski i nudny Sal.

Po kilkunastu kilometrach widoki stają się bardziej atrakcyjne, góry są coraz wyższe, a zakręty i podjazdy coraz częstsze. Zza kolejnych wzgórz wyłaniają się kolejne doliny. Właśnie ujrzeliśmy w dole szeroką dolinę z wioskami, a otaczające góry wydają się być trudno dostępne.

Wysiadamy w centrum wsi, w pobliżu większego pensjonatu. Mijamy zabytkowy, XVI-wieczny most Punto D. Luiz i rozglądamy się za naszym noclegiem.

– To chyba ten dom! – mówi Renata.

– Skąd wiesz?

– Nie poznajesz? Taki był na zdjęciu na Booking.com.

Odszukujemy gospodynię. Hotel a może raczej pensjonat ma kilka pokoi, nasz jest zlokalizowany na pierwszym piętrze. Pokój jest bardzo duży i urządzony w tonacji czerwono-białej. Drzwi do pozostałych są pootwierane i widzę, że ich aranżacja jest w tym samym niecodziennym stylu. „Dobrze, że nie na różowo” – mruczę do siebie. Wygląda na to, że przynajmniej w tej chwili jesteśmy jedynymi gośćmi. Gospodyni namawia mnie, żebym anulował jeden nocleg i zapłacił niższą cenę, bez haraczu dla Booking.com. Nie ma problemu. Amanhã.

Do pokoju zagląda pokojówka, młoda dziewczyna sprzątająca pokoje i zwraca się do nas po portugalsku. Zdaje się proponuje śniadanie na jutro. Uprzejmie dziękujemy.

– Idziemy rozpoznać teren – mówię później do Renaty i pakuję niezbędne rzeczy na krótką popołudniową wycieczkę.

Przystaję na chwilę na zewnętrznych schodach pensjonatu. Jest piękna pogoda, na niebie kilka obłoków. Na wprost mnie piętrzy się skalisty masyw Pico da Antónia (1392 m n.p.m.). Od kulminacji grzbiet ciągnie się w obu kierunkach i opada daleko na horyzoncie. To teren jednego z kilku parków narodowych na tej wyspie – Parque Natural da Serra do Pico de Antónia. Na pierwszym planie widzę natomiast wioskę San Lorenzo dos Orgaos, to jedna z pierwszych osad założonych na wyspie. Powstała wkrótce po utworzeniu diecezji Santiago w 1533 roku.

Ruszamy boczną drogą odchodzącą ze skrzyżowania opodal pensjonatu. Drogowskaz podaje Igreja 2 km. To będzie nasz pierwszy cel. Podczas spaceru towarzyszy nam po lewej stronie wysoka, bardzo stroma skała na górskim grzbiecie. Wygląda imponująco ze względu na pionowe ściany. Po prawej, równolegle do drogi, płynie potok, o tej porze właściwie to suche koryto. Najwyraźniej gleba jest jednak dość wilgotna, skoro na brzegach uprawiane są rośliny i warzywa. Wciąż odwracam głowę, podziwiając fantastyczne pionowe ściany wspomnianej skały.

Droga w górę doliny jest bardzo przyjemna. Idziemy prawą stroną doliny, po jej przeciwległej stronie na zboczach porozrzucane są niewielkie poletka z uprawami. Domy we wsi zwyczajne, na ogół parterowe, wyglądają skromnie. Ale na parapetach okien lub pod ścianami i w ogródkach często mieszkańcy ustawiają doniczki z kwiatkami. Widać, że chcą żyć w przyjemnym, estetycznym otoczeniu. Rozpoznaję sansewierię, czyli wężownicę (Sansevieria Thunb.), krotony, czyli trójskrzyny (Codiaeum), difenbachię (Dieffenbachia Schott) i inne gatunki. Dochodzimy do kościoła skrytego w niewielkim parku. Nabożeństwa w Igreja de São Jorge odbywają się na zewnątrz, wierni gromadzą się na ławka rozstawionych wśród drzew. Niestety, sam kościół jest zamknięty, możemy zobaczyć tylko zewnętrzny, zadaszony ołtarz.

W pobliżu kościoła znajduje się dość rozległy, podniszczony budynek. Musi mieć co najmniej ze 100 lat, a wygląda na jakieś opactwo lub klasztor. Odgłosów wydobywających się z wewnątrz wynika jednak, że został zaginiony na obory. W przejściu między budynkami dostrzegam nawet parę krów. Na wpół zatarty napis nad bramą „Posto de Fomento Pecuario …. S. Jorge” rozwiewa wątpliwości.

Kontynuujemy wędrówkę w górę doliny. Na drodze mija nas czasem jakiś samochód, najczęściej to pickup z umieszczonym na szybie napisem: nazwiskiem właściciela albo nazwą firmy. Na poboczach i na płotach kwitnie bugenwilla, (Bougainvillea Comm. ex Juss.). Ma kwiaty koloru fioletowego, purpurowego, białego, pomarańczowego, czerwonego, amarantowego, jest taka barwna!

Droga prowadzi wciąż w górę, czasem mijają nas uczniowie w niebieskich fartuszkach.

– Czytałem, że te drogi są bardzo stare – mówię, przypatrując się nieregularnie ułożonemu brukowi.

– To znaczy, ile mają lat?

– Nie wiem. Może kilkaset To twarda, wulkaniczna skała.

Cóż. Za jakiś czas ten bruk zostanie pokryty asfaltem. Znikną ślady dróg budowanych rękoma niewolników. Właściwie to teraz po tych drogach jeżdżą potomkowie niewolników. Są na swoim 😉. Tak na marginesie temat dróg budowanych przed wiekami i użytkowanych czasem do dziś jest całkiem interesujący. Choćby taka Via Appia, która zaczynała się przy Forum Romanum, a kończyła przy wielkich, marmurowych kolumnach w Brindisi. Resztki oryginalnej nawierzchni i fragmenty mostów zachowały się przecież do dziś. Albo andyjski szlak Camino Inca biegnący w stronę Machu Picchu, którym dziś przechodzą tysiące turystów. Tu, na Wyspach Zielonego Przylądka, drogi są często brukowane.

– Stój! Nie ruszaj się – mówię cicho do Renaty i wyciągam aparat fotograficzny.

Na drzewie, kilkanaście metrów od nas, siedzi ptak.

– To zimorodek – szepczę z przyjęciem.

Pióra ma niebieskie, białe i brązowe, ale jego wygląd jest zdominowany przez wielki czerwony dziób. Ptak siedzi na gałązce i nieustannie rozgląda się na boki w poszukiwaniu potencjalnego pożywienia. Fotografuję go przez kilka minut, zbliżając się nieustannie w jego kierunku. Jest przepiękny. Nie po raz pierwszy widzę zimorodka, spotkałem go wcześniej w Chitwan National Park (Nepal) i w Kiang West NP (Gambia). Tu też widzieliśmy zimorodka wcześniej, ale szybko przeleciał nad drogą i nie zdążyłem zareagować.

Po dwóch kilometrach droga się obniża, dochodzimy do niewielkiej osady położonej w dolinie nad strumieniem. To Lemba Lemba. Jest tu szkoła podstawowa, a obok nawet coś w rodzaju klubo-kawiarni z „eco” w nazwie, miejsce, jak mniemam, zaprojektowane pod kątem białasów. Pomiędzy domkami czy raczej budami z gałęzi i kawałków desek ustawiono najróżniejsze przedmioty sprzed kilkudziesięciu lat. Monitor kineskopowy, przedpotopowe żelazko, płyty gramofonowe i inne przedmioty dostarczonych przez okoliczne dzieciaki w ramach jakiejś akcji edukacyjnej.

Podchodzimy do tablicy informacyjnej ze schematem szlaków. Wygląda na to, że Lemba Lemba jest dobrym punktem startowym w góry. Tylko gdzie się szlak zaczyna?

– Wiesz, którędy idzie szlak na Pico d’Antonio? – zwracam się do nudzącego się najwyraźniej mieszkańca wioski.

Mężczyzna pokazuje ogólnie kierunek i, dostrzegając jakiegoś znajomego, woła:

– Jose, poczekaj! Moi przyjaciele mają sprawę do ciebie.

Jose wygląda sympatycznie, ma około 30 lat i jest Mulatem.

– Chcecie iść na Pico d’Antonio? Kiedy? Mogę was zaprowadzić.

– Nie wiem, może jutro, może za tydzień, chcieliśmy się tylko zorientować, którędy szlak prowadzi – wyjaśniam tak, by nieco zrazić potencjalnego przewodnika.

– Dam wam numer telefonu, jak będziecie szli to zadzwońcie.

– Dobrze zadzwonimy. A szlak, którędy idzie?

– Obok tych domów – pokazuje ręką chaty zbudowane z gliny i trzciny w dolinie poniżej.

Obok dwa murowane budynki, kręci się tam kilkanaście osób, widać smugę białego dymu z paleniska.

– Mieszkasz tu?

– Nie, ja tylko tam pracuję. Robimy grogue. Chcecie zobaczyć?

– Jasne, czemu nie.

Mężczyzna prowadzi nas po schodkach do osady poniżej. Witamy się z pracownikami gorzelni, mają chyba przerwę w pracy, bo siedzą w kuckach pod murem i rozmawiają.

– Grog wytwarzamy z trzciny cukrowej – mówi Jose, pokazując sterty wysuszonych kawałków roślin.

– Ciekawe. A kto mieszka w tych chatach?

– Nikt. Zbudowane są raczej dla turystów, tak żeby mogli zobaczyć, jak się dawniej mieszkało. My mieszkamy w domach tam wyżej – zatacza ręką krąg wokół.

Czego się nie robi dla turystów :). Zapewne w tych trzcinowych chatkach urządzą stoiska z cepelią…

– Chodźcie, pokażę wam produkcję – chłopak prowadzi nas do murowanego budynku.

Tu ustawionych jest kilka cylindrycznych reaktorów o średnicy 120 centymetrów i wysokości półtora metra. Zaglądam do środka z góry, znajduje się tu ciemnożółta ciecz, a z jej wnętrza unoszą się ku powierzchni miliony pęcherzyków gazu. To dwutlenek węgla pochodzący z fermentacji. W powietrzu czuć intensywny, słodko-alkoholowy zapach. Dotykam dłonią powierzchni metalowego zbiornika. Jest wyraźnie ciepła, może ma 40 °C.

– Te zbiorniki są podgrzewane? – pytam Jose.

– Nie. Fermentacja powoduje, że roztwór sam się ogrzewa – tłumaczy.

– A jak długo trwa ten proces? – dopytuję.

– Około 5 dni, potem jest destylacja. Chodźcie dalej.

Na podwórku przed budynkiem znajduje się betonowy piec. Do paleniska znajdującego się poniżej, Murzyni wrzucają kawałki drewna. W górnej części pieca znajduje się metalowy zbiornik, z którego wystaje zgięta rura prowadząca do sąsiedniego budynku.

– Nie macie problemów z opałem? – pytam – Bo przecież tutaj nie ma za dużo drzew?

– Nie. Zbieramy drewno w lesie, ale też cały czas sadzimy nowe drzewa – opowiada Jose.

Z ciekawością podążamy za mężczyzną do destylarni. Tu, w plastikowych beczkach, znajduje się przedestylowany trunek. Z rury przechodzącej przez ścianę skapuje destylat do mniejszego baniaka. To strategiczne miejsce zabezpiecza smutny Murzyn w średnim wieku. Jose zwraca się do niego po kreolsku, a ten wielką łyżką nabiera nieco surowego grogu z naczynia. Najpierw sam próbuje, a potem daje mi do skosztowania. Alkohol nie jest zbyt mocny, ale też nie odrzuca w smaku.

– To jakieś 25-30% alkoholu? – pytam naszego „przewodnika”.

– Tak, około trzydziestu – potwierdza.

– Chcesz spróbować? – zwracam się do Renaty, lecz ta potrząsa głową.

Nie wie, co dobre. Chociaż… jak sobie przypominam, często wzbraniałem się przed kosztowaniem lokalnych trunków. Tak było na wyspach Bijagos, gdy Murzyni częstowali nas winem palmowym, tak było w pociągu na Ukrainie, gdy miejscowy częstował nas samogonem.

– A czyja to jest fabryka?

– To kooperatywa mieszkańców wioski, nasza wspólna własność.

– I sami wytwarzacie grog. Ale ktoś to musi kontrolować?

– Tak. Rząd kontroluje produkcję i wyznacza limity. No i płacimy podatek.

Koniec darmowej wycieczki. Przechodząc koło młodych bananowców, pytam, jak długo trzeba czekać na pierwsze banany.

– Około 8 miesięcy – odpowiada Jose.

– To bardzo krótko – komentuje Renata.

Żegnamy się z Jose, który znów przypomina o swojej ofercie towarzyszenia nam w wycieczce na najwyższy szczyt wyspy.

– Będziemy pamiętać, dziękujemy.

Wracamy do domu.

– Wiesz, Piotr, teraz mi się przypomniało, że czytałam o wycieczkach do wytwórni grogu.

– To było bardzo ciekawe miejsce.

– Ja też się cieszę, że udało się nam zobaczyć to wszystko…

– Przypadkowo i za darmo.

– Tak, taka wycieczka kosztuje z 50 euro…

W dobrym nastroju docieramy do „naszej” wioski.

– Pójdziemy jeszcze na spacer? – proponuję po posiłku.

– Tak chętnie, przecież wiesz, że lubię chodzić na spacery.

– To tym razem pójdziemy sobie w przeciwną stronę.

Kierujemy się boczną drogą asfaltową prowadzącą w stronę wzgórz po północnej stronie miejscowości. W barze przy skrzyżowaniu siedzi kilkanaście osób przy stolikach wystawionych na zewnątrz. Rozmawiają lub oglądają mecz na ekranie dużego telewizora. To zapewne stali klienci spędzający każde wolne popołudnie i wieczór w miejscowym "centrum kulturalnym". Tu plotkują i tu się integrują. Obrazek jakich tysiące na całym świecie.

W miarę jak wchodzimy na wzgórze, ubywa domów, a widoki stają się coraz szersze. Pico d’Antonia widoczny jest w całej okazałości, chociaż wieczorne powietrze jest nieco przymglone. Wciąż zachwycam się niezwykłym skalnym ostańcem o pionowych skałach po drugiej stronie doliny. Obok strzelają w górę trzy nierównej wysokości iglice. Mają zapewne po kilkadziesiąt metrów wysokości i wydają się wprost niewiarygodnie trudne do zdobycia.

Fotografuję drobne kwiatki i roślinki, gdy kątem oka widzę jakiś ruch na drzewie. Znowu zimorodek. Zbliżam się powoli i, mając go cały czas w kadrze aparatu, robię serię zdjęć. Jest taki piękny! Przypatruje się nam spokojnie później przelatuje na dalsze drzewo.

Zmierzamy ku przełęczy ustalając, że będzie to koniec naszej dzisiejszej wędrówki. Przy kolejnym zakręcie na odsłoniętym podczas budowy tej drogi skalnym występie widać niezwykle wyraźnie pionowo biegnący półmetrowy szerokości pas ciemniejszych skał. Wyglądają na pochodzenia wulkanicznego i leżą między warstwami osadowymi. To raczej sprasowany tuf wulkaniczny niż lawa: krawędzie warstwy są nadzwyczaj równe. Takie różne warstwowania widziałem mnóstwo razy w życiu, ale zawsze jestem pełen podziwu dla niezwykłych sił natury, które wyniosły warstwy skalne tak wysoko. Jakże potężne siły musiały tu działać, by poprzewracać te warstwy, sfałdować. Czasem żałuję, że nie wybrałem zawodu geologa. To otwiera, przynajmniej teoretycznie, możliwość wyjazdów po całym świecie. Ale podejrzewam, że realia pracy geologa w terenie nie są tak barwne, jak się wydaje. Najważniejsze jednak, by być zadowolonym z tego, co się robi i mieć możliwość realizacji swoich pasji. Tak jak ja to robię, jeżdżąc po świecie. Z przełęczy rozciąga się widok na drugą stronę wzgórz. Przystajemy i odpoczywamy chwilę w pobliżu gospodarstwa. Miejscowi chłopcy kopią piłkę na asfalcie, nie zwracając na nas uwagi. Ich matka wiesza pranie w ogrodzie. Z radia dobiega dźwięk miejscowej muzyki. Spokojne życie na wsi, sielanka. Czy jednak życie tutaj, w kraju egzotycznym a jednocześnie nie tak odległym od Polski i w miarę bezpiecznym, byłoby tym, o czym marzą niektórzy ludzie, chcąc spędzić jesień swojego życia z dala cywilizacji?

W drodze powrotnej trafiamy na kolejne zimorodki. Ten, którego widzę na drzewie, właśnie złapał dużego konika polnego i trzyma w dziobie, rozglądając się na boki. Wydawać się może, że chwali się otoczeniu swą zdobyczą.

Wracamy do naszej wioski. Powoli zapada zmierzch.

Następny dzień Powrót do Wstępu Powrót do Strony głównej