Kraj bez atrakcji? | Obszedłem się ze smakiem... | Plan B: Gagauzja | Bieda aż piszczy | Za konduktem żałobnym | To był dzień pełen wrażeń
„Skoro świt”, jeszcze przed ósmą, opuszczam hostel. Plan na dziś jest taki, by zobaczyć sławne piwnice z winami pod Kiszyniowem. Nie jestem fanem takich miejsc, ale chciałbym się tam wybrać. Niestety, prawda o Mołdawii jest przykra: kraj nie może pochwalić się ani spektakularnymi miastami, ani pięknymi górami lub wybrzeżem morskim. Nie ma tu zbyt wielu zabytków, a folklor ludowy sprawia wrażenie mieszanki rumuńskiego i ukraińskiego. Nie ma tu nawet jakiegoś wyjątkowego parku narodowego lub rezerwatu przyrody*/. Atutem Mołdawii mogą być jedynie ludzie i lokalna kultura. Piwnice mołdawskie są jedną z niewielu miejscowych ciekawostek. Nie chciałbym z nich rezygnować.
W drodze na dworzec autobusowy jeszcze raz odwiedzam pomnik króla Stefana III Wielkiego, fotografuję również przy lepszym oświetleniu sobór Narodzenia Pańskiego. Po drodze trafiam na dom, w którym bywał wielikij russkij poet A.C. Puszkin. A parę kroków dalej w „zwykłym” parterowym budynku napotykam na kościół prawosławny. O tyle dziwny, że wszystkie okna, a nawet dzwonnica są zakratowane Może to jakiś odłam lub sekta. Okolica, w której się znajduję, jest mało turystyczna, by nie powiedzieć podejrzana, domy, jak to często bywa w okolicach dworców, zaniedbane.
Na dworcu autobusowym rozpytuję o połączenia z Cricovą, gdzie znajdują się owe piwnice. Nie jest to jedyne miejsce takie miejsce w Mołdawii, ale tamtejsze piwnice są najbardziej znane i tworzą najdłuższy ciąg korytarzy.
Prawie pustym autobusem przyjeżdżam kilkanaście kilometrów w kierunku północno-wschodnim. Po drodze mijamy liczne, chociaż niezbyt wielkie winnice. Jak się przekonuję po zasięgnięciu języka, piwnice znajdują się na skraju miejscowości. Czeka mnie więc 20-minutowy spacer. W oddali, na zboczach niewielkiego wąwozu, widzę wykute wapiennych skałach wejścia do pomieszczeń. Prawdopodobnie są to magazyny, w których być może przechowuje się również wino. Piwnice z winami pod Cricovą liczą sobie rzekomo 120 km długości i powstały właśnie w wyrobiskach, gdzie wydobywano wapień do celów budowlanych. Wkrótce dostrzegam sporo zaparkowanych na poboczu samochodów – widomy znak, że jestem już na miejscu. W budynku, w którym sprzedaje się bilety wstępu, spotykam mnóstwo ludzi, którzy dość nerwowo dyskutują ze sobą. Okazuje się, że dziś w piwnicach urządzona jest jakaś urzędowa czy rządowa impreza. Wstęp tylko za zaproszeniami. Jestem zezłoszczony.
– Specjalnie przyjechałem do waszego kraju, by zobaczyć to sławne miejsce. – mówię do panienki za kontuarem – a tu taka nieprzyjemna niespodzianka.
– Rozumiem, ale niewiele mogę zrobić – odpowiada z uśmiechem.
– To może chociaż wejdę na chwilkę do środka?
Panienka mówi, że musi zapytać. Rozmawia przez chwilę ze strażnikiem, ten mnie przywołuje i pozwala wejść na chwilę do środka. Robię fotkę w ciemnym korytarzu i wycofuję się. No, trudno. Takie sytuacje się zdarzają. W budynku, w którym się znajduję, jest trochę „pokazowych” beczek i parę stojaków z setkami butelek. Z pewnością nie będę tu nic kupować. Strzelam jeszcze parę fotek i ze skwaszoną miną wychodzę.
Co by tu robić z tak kiepsko rozpoczętym dniem? Plan B zakłada wyjazd do Gagauzji. Nie tracąc już więcej czasu, szybkim krokiem zawracam na przystanek autobusowy i wracam do Kiszyniowa.
Pierwszy raz o Gagauzji usłyszałem podczas trampingu do Rumunii w 2003 roku. Jak wspomniałem wcześniej, przesiedziałem wówczas z mołdawskim małżeństwem noc na dworcu w Galati. Rozmawialiśmy o ich ojczyźnie, o problemach i ekonomii w kraju. Zaciekawił mnie wówczas ten osiadły w Besarabii lud pochodzenia tatarskiego. Teraz, gdy wybierałem się do Mołdawii, było dla mnie jasne, że będę chciał pojechać do tego regionu.
W południe wsiadam do marszrutki jadącej do Copceac (Copciac), miasteczka pod granicą ukraińską. Za oknem czarnomorska równina. Zaorany czarnoziem, niekończące się pola słonecznika i winnice. Po stu kilometrach mijamy tablicę z sylwetką konia – znak, że wjeżdżamy na Terytorium Autonomicznego Gagauzji, a po kilku minutach dojeżdżamy do jego stolicy – miasta Komrat. Tu wysiadam.
Nie mam planu zwiedzania. Chcę się przejść po mieście z nadzieją, że trafi się coś ciekawego. Przy ulicy Lenina znajduje się budynek Comitetul Executiv al Găgăuziei. Powiewa na nim flaga Mołdawii i Gagauzji. Ta druga świadczy pewnej autonomii, jaką cieszy się ten region w ramach republiki Mołdowy. A raczej cieszył, bo w roku 2003 sprytnie usunięto z konstytucji zapis umożliwiający Gagauzji i Naddniestrzu na wystąpienie z Mołdawii. Terytorium Autonomiczne Gagauzji to niecałe 1900 km², przy czym obszar jest zależny od aktualnych wyników referendów. Inaczej mówiąc terytorium może się powiększać lub pomniejszać w zależności od tego, jak wypowiedzą się mieszkańcy w kwestii przynależności etnicznej. No cóż, z pewnością inaczej wyglądałby mapa polityczna świata, gdyby taka praktyka była powszechna.
Przed budynkiem Administraţia Raionului Comrat jest również pomnik Lenina. Wódz spogląda dumnie od kilkudziesięciu lat nie niepokojony przez innych. Jestem skłonny uznać, że to forma manifestacji dystansu, by nie powiedzieć niechęci do władz państwowych. Mołdawia, jak wiadomo, ma ciągoty proeuropejskie, chciałaby wstąpić do Unii. Część obywateli wolałaby utrzymać status quo ante. Znajduje się tu również pomnik weteranów wojny afgańskiej. A obok – już znacznie młodszy – pomnik upamiętniający ofiary politycznych represji. Jakby dla zrównoważenia, kilkaset metrów dalej przed budynkiem miejscowych władz Gagauzji znajduje się pomnik Władimira Ilicza. Robię sobie zdjęcie z Leninem w tle i, widząc na mapie miasta cmentarz, postanawiam go odwiedzić. Znajduje się kilka ulic dalej, nie tracąc więcej czasu, ruszam. Zanim jednak powiem parę słów o cmentarzu, muszę powiedzieć, że to niewielkie miasteczko mołdawskie wygląda nie tylko na zaniedbane, ale i na biedne. Z przykrością patrzę na nieocieplone domy zrobione z pustaków, na zardzewiałe instalacje ciepłownicze, na gazociąg poprowadzony – jak to często bywa w krajach byłego ZSRR – w powietrzu, ponad poziomem gruntu. Przygnębiający jest widok staruszków spotykających się na miejskiej ławce i wspominających stare czasy, kobiet okrytych czarnymi chustami, które, nie spiesząc się nigdzie, wędrują po opustoszałych ulicach Komrat.
Ale oto i cmentarz. W najstarszej jego części sporo krzyży pomalowanych na kolor niebieski. Są proste, wykonane z dwóch listew lub zespawanych stalowych rurek. Tę samą błękitną barwę mają ławeczki i żelazne ogrodzenia zabezpieczające poszczególne groby. Te żelazne „kojce” wokół grobów widziałem już niejednokrotnie zarówno w północnej Rosji, jak i w Gruzji i na Ukrainie. Cmentarz jest zarośnięty i, mimo że niektóre groby są całkiem nowe, to całość sprawia wrażenie zaniedbania. Nowsze nagrobki, zgodnie z tutejszą wschodnią modą, ozdobione są wygrawerowanymi portretami zmarłych osób. Krzyże są bądź łacińskie, bądź prawosławne. Wracając do centrum miasteczka, oglądam zabytkowe miejscowe domy. Na wiatrownicach i kalenicach dachów znajdują się ozdobne elementy drewniane przypominające góralskie pazdury lub kurpiowskie śparogi. Ale największe zdziwienie wzbudzają we mnie wykafelkowane z zewnątrz na kolor zielony i niebieski ściany.
Mając jeszcze chwilę czasu, wstępuję do sklepu spożywczego. I co widzę? Na półkach króluje Mlekovita! Jest ser żółty cheddar, ramader i edamski; jest masło roślinne, są sery topione gouda i cheddar, są nawet serki homogenizowane tej polskiej firmy. Sprzedawane są tu, oczywiście, również produkty innych firm: m.in. Aria i Danone, ale to obecność polskich produktów tak mnie cieszy. To niby nic wielkiego, lecz gdy spotka się je daleko od polskich granic – jak na przykład kiedyś w Ułan Bator – to człowiek zawsze się uśmiecha.
Na lokalnym dworcu stoi kilka marszrutek. Do Kiszyniowa najbliższa pojedzie za 40 minut. Postanawiam zajrzeć jeszcze do pobliskiej cerkwi. Świątynia z zewnątrz wygląda na współczesną, ale wnętrze jest przepiękne, kapiące złotem ramy obrazów, skrzące się kryształy kandelabrów, migocące płomyki świec, pomalowane na złoty kolor drewniane elementy ikonostasu. Ludzi wewnątrz praktycznie nie ma. Jakaś babina zbiera ogarki świec wetkniętych w warstwę piasku na dużej metalowej tacy. Kręcę się chwilę po cerkwi, przystaję przed ikonami, fotografuję kolorowe, szklane, ze złoconymi zdobieniami, kadzielnice zawieszone przed obrazami. Z wrót diakońskich wyjrzał pop, ogarnął świątynię rzutem oka, podrapał się po splątanej brodzie i zniknął za ikonostasem. Wychodzę i ja. Pomiędzy cerkwią a wieżą bramną przy ulicy znajdują się pergole porośnięte winną latoroślą. Z przyjemnością patrzę na dojrzewające kiście winogron. Widzę, że przed cerkwią zebrało się kilkanaście osób i czuję, że coś się zapowiada. ”No, ślubu raczej nie będzie. Za mało ludzi” – myślę sobie. Z bramy wyłania się kilku mężczyzn, dzierżą krzyże (bynajmniej nie prawosławne!), a jeden z nich trzyma jakąś chorągiew liturgiczną. Ubrani są zwyczajnie, wcale nie odświętnie. Wyróżnia ich jedynie szeroka na 40 centymetrów szarfa przerzucona przez ramię. Pojawia się teraz pop z narzuconą żółtą szatą liturgiczną i małym krzyżem w ręku. Za popem wkracza czwórka starszych mężczyzn również przepasanych szarfami, niosąc otwartą trumnę ze zwłokami. Zgromadzeni bliscy i znajomi zmarłego żegnają się po trzykroć, gdy mija ich trumna a następnie dołączają do konduktu. Ot, taki zwykły obrazek z prowincjonalnego miasteczka. Ponury kondukt wchodzi do wnętrza cerkwi. Tu będzie przedostatni przystanek przed przewiezieniem zwłoki na miejski cmentarz. Trumna zostaje umieszczona przed ołtarzem tak, że stopy zmarłego skierowane są do ikonostasu. Za chwilę zaczną się modły (Boska Liturgia) i otpiewanije.
Czas na powrót do stolicy. Odnajduję marszrutkę, płacę 46 MDL i jedziemy. Tym razem marszrutka zatrzymuje się na przedmieściach Kiszyniowa. Nie szkodzi, jeździ tu trolejbus a jazda nim to rozrywka sama w sobie. Dawno już nie jechałem trolejbusem, ostatni raz albo w Lublinie w 1983 roku albo gdzieś w Rosji w 2005. Linia trolejbusowa poprowadzona jest przez przemysłowe przedmieścia, pojazd jest prawie pusty, bilety kupuję u kierowcy. Po dotarciu na miejsce kieruje się od razu do hostelu, robię sobie kawę i zupkę. Zasłużyłem na to! Pojawiło się trochę nowych ludzi, dziś nocować będą tu również Polacy, ale poza przywitaniem się nie rozmawiałem – poszli zwiedzać miasto. Późnym popołudniem wychodzę i ja do miasta.
_________________________________________
*/ Pierwszy park narodowy Orgiejów (Parcul Național Orhei) powstał dopiero 4 lata temu (2013) i obejmuje ponad 300 km² lasów, łąk i wiosek w pagórkowatym terenie.